wtorek, 26 kwietnia 2022

4 - Problemy

 

Rozdział 4

Problemy

Sophie

 

 

 

Cztery dni później

Dojechałam właśnie Raptorem do swojego przyszłego domu, Domu Pod Zielonym Dachem, który był aktualnie (wciąż) w budowie.

Było tuż po południu.

W trakcie jazdy rozmawiałam z Sammy’m przez mój telefon podłączony przez bluetooth do komputera w samochodzie.

- Dobra, Sammy - kończyłam, zanim wyłączyłam silnik - To spotkamy się tu za parę minut.

- Tak - kończył Sammy - Nara, Soph.

Rozłączyliśmy się.

Podczas jazdy tutaj ustaliłam pokrótce z Sammy’m, co będziemy robili całą ekipą w moim domu przez najbliższe dwa dni, skoro chwilowo nie mieliśmy żadnego nowego klienta.

Budowa dla Upierdliwej Klientki była prawie zakończona.

Ja zbierałam ostatnie podpisy i zezwolenia, Sammy sprawdzał, czy wszystko wykończyliśmy, a chłopaki dzisiaj jeszcze mieli sprawdzić instalacje i wstępnie posprzątać, czyli zabrać nasze rzeczy.

Pozostałe po budowie materiały zabrałam rano na kipę mojego pickupa, zanim pojechałam do urzędów, co stanowiło nudną, ale konieczną do wykonania część mojej pracy.

Zamknęłam kipę Raptora na klucz, kiedy jechałam w miasto.

Nikt raczej, by się do tego nie dobrał, ale strzeżonego… wiecie.

Upierdliwa Klientka nie chciała naszego sprzątania, jakie mieliśmy w ofercie, bo „profesjonaliści zrobią to porządniej i szybciej”.

Dla nas tak było lepiej.

Mniej pracy, więcej czasu.

Pieniądze te same.

Postanowiłam wpaść do mojego domu, bo nie byłam w nim od tygodnia i nikt nie sprawdzał, czy czegoś tam nie zalało lub czy nie wywiało któregoś okna (tak tylko żartowałam).

Sammy miał dojechać za kilka minut, żebyśmy ustalili, co chłopaki mogliby zrobić w moim domu przez dwa, trzy dni, kiedy ja będę dalej szarpała się z urzędnikami.

No i zanim zdobylibyśmy nowego klienta.

Zaparkowałam Raptora na podjeździe, wyłączyłam silnik, złapałam telefon z uchwytu, torebkę z siedzenia pasażera i wysiadłam.

Automatycznie zapikałam w zamki, żeby zamknąć samochód.

Kiedy podchodziłam do drzwi, patrzyłam w ekran telefonu, żeby go wyłączyć, a jednocześnie drugą ręką szukałam kluczy w torebce.

Wyciągnęłam klucze do domu, otworzyłam drzwi, weszłam jeden krok za próg i nagle zamarłam.

Coś było nie tak.

W domu śmierdziało starymi, brudnymi, przepoconymi ubraniami, resztkami jedzenia i w ogóle śmietnikiem.

A nie powinno.

Schowałam cicho telefon do torebki razem z kluczami, położyłam ostrożnie torebkę na brudnej, zakurzonej podłodze tuż obok zamkniętych drzwi i zaczęłam się skradać.

Byłam ubrana w granatowe, luźne ogrodniczki z niezbyt grubej bawełny, bakłażanowy obcisły t-shirt i… robocze buty na grubej podeszwie.

Skradanie się w nich nie było ani najwygodniejsze, ani najcichsze.

Ale bardzo ostrożnie wyjrzałam zza rogu korytarza wejściowego i - cholera! - nagle zostałam zaatakowana.

Zobaczyłam kątem oka niechlujnego jak gówno mężczyznę, który próbował mnie uderzyć jakimś kawałkiem drewna.

Kurwa!

Od przodu był drugi, który zrobił krok w moją stronę.

W głębi pokoju (jeszcze nie rozdzielonego ścianami działowymi na sekcje) zarejestrowałam ruch trzeciego.

Szczęśliwie potraktowali mnie jak kobietę.

Stereotypowo.

Cofnęłam się tułowiem, jak nauczyłam się na treningach i ten z boku, siłą swojego własnego uderzenia, przeleciał na drugą stronę wejścia, by uderzyć głową o ściankę działową.

Wybił w niej dziurę.

Kurwa.

A potem wszystko działo się naraz.

Błyskawicznie.

Walczyłam zażarcie, chociaż starałam się być zimna.

Patrzyłam wszędzie, pamiętając o pilnowaniu wszystkich napastników.

Wykorzystałam wszystkie swoje umiejętności, które nabyłam w ciągu lat treningów kickboxingu, judo i karate.

Ale było ich trzech.

I byli silniejsi, i bardzo zdeterminowani.

A ja zrobiłam błąd.

Głupi, chociaż brzemienny w skutkach.

Akurat wtedy, kiedy przyjechał Sammy, jeden z tamtych był już nieprzytomny, bo się sam ogłuszył, wpadając siłą swojego skoku na stolik narzędziowy, który stał na środku pomieszczenia, drugi spanikowany moją niespodziewaną sprawnością uciekał, ale ten trzeci, najbardziej zajadły, rzucił mnie na kant ściany nośnej, szarpiąc za moją prawą rękę.

Uderzyłam w to lewym przedramieniem, które owinęłam właśnie, w czasie wykonywania ruchu, o swój brzuch i lewą połową twarzy, której nie zdążyłam odsunąć ani osłonić.

Błyskawicznie ogarnęła mnie ciemność, przez którą jeszcze zdążyłam usłyszeć głos Sammy’ego i odgłosy jego szarpaniny z intruzami.

*****

Jakiś czas później

Ocknęłam się i dokładnie wiedziałam, gdzie byłam.

Poznałam to.

Leżałam na łóżku w szpitalu.

Poczułam, że jestem w szpitalnej, luźnej koszuli, ale nadal miałam na sobie dżinsy, chociaż byłam bez butów.

Natychmiast, jak zwykle, rozpoznałam gdzie byłam, ale musiałam się przez sekundę skupić, żeby sobie przypomnieć dlaczego.

Właśnie wtedy, kiedy otworzyłam oczy, pochylała się nade mną pielęgniarka, a za zasuniętą zasłoną usłyszałam głos Sammy’ego.

- Więc, doktorze? - zapytał dosyć niecierpliwie i pomyślałam, że chciał wracać do pracy.

Nie usłyszałam odpowiedzi.

- Ocknęła się - jednocześnie powiedziała niezbyt głośno koło mnie pielęgniarka, patrząc uważnie w moje oczy.

Zasłona się uchyliła i wszedł lekarz z Sammy’m.

- Dobrze - mruknął do mnie lekarz, również patrząc uważnie w moje oczy.

Przedstawił mi się, powiedział, że zrobili mi już prześwietlenie i wiedzą, że mam złamaną rękę i uraz głowy, a potem zaczął mi świecić latareczką w oczy i wypytywać mnie o samopoczucie.

Odpowiadałam mu krótko i niecierpliwie, żeby go uspokoić i jak najszybciej stamtąd wyjść.

- Okej - powiedział na koniec - wygląda na to, że nie ma pani wstrząśnienia mózgu, ale radzę pozostać w domu przez kilka dni. Zapiszę leki przeciwbólowe. Proszę brać je co sześć godzin, a dodatkowo w razie silniejszego bólu.

Odwrócił się w stronę Sammy’ego.

- Proszę ją obserwować i zgłosić się w razie zawrotów głowy, silniejszego bólu lub wymiotów - powiedział do niego - A teraz możecie państwo jechać do domu.

Widocznie uderzyłam się mocniej w głowę niż sądziłam, bo nie wszystko zrozumiałam.

Odkąd to Sammy był osobą, która zabierała mnie do domu i była informowana o moim stanie?

Nie odezwałam się na ten temat, nie zapytałam, bo chciałam stamtąd jak najszybciej wyjść.

Panowie wyszli, pielęgniarka pomogła mi się ubrać w koszulkę (cholera, bolało przy podnoszeniu głowy, podczas wstawania, właściwie cały czas), założyć buty i zejść z łóżka.

Lekarz wrócił, podał mi receptę, którą od razu przejął Sammy, a pielęgniarka przyniosła mi tabletkę do połknięcia i plastikowy kubek z wodą.

Połknęłam posłusznie, żeby wreszcie przestało tak cholernie boleć.

Przez ten czas inna pielęgniarka przyprowadziła wózek inwalidzki i kazała mi na nim usiąść, po czym zawiozła mnie do windy, a potem, obok Sammy’ego, który cały czas nam asystował, do wyjścia.

Tam Sammy zaprowadził nas do jego poobijanego pickupa, wsiedliśmy i podziękowałam pielęgniarce, która zabrała wózek i wróciła do szpitala.

Sammy zapiął mi pasy i wsiadł na miejsce kierowcy, a potem milcząco odpalił silnik i wyjechał z parkingu.

- Co teraz? - spytałam go.

- Odwiozę cię do domu - powiedział Sammy - Ale potem, sorki, Soph, muszę spadać do roboty.

- Okej - mruknęłam - A co z…

- Twój samochód przyprowadzimy później z Hal’em - przerwał mi Sammy - tamci trzej zostali aresztowani, przyznali się do wtargnięcia do twojego domu i zaatakowania cię, kiedy wchodziłaś.

- Co tamci… - zaczęłam znowu.

- Chcieli po prostu pomieszkać - wyjaśniał Sammy, cały czas jadąc, więc patrząc na drogę - Weszli przez garaż, bo był najsłabiej zabezpieczony. Nie spodziewali się tam nikogo, a jak cię usłyszeli, a potem zobaczyli, że jesteś sama, mieli ochotę się zabawić.

Zrobiło mi się niedobrze.

Zabawić się.

Gówno.

- Nie myśli o tym - mruknął Sammy, jakby doskonale wiedział, co mi przeszło przez myśl - …siedzą w areszcie, przyznali się od razu do wszystkiego ze strachu, że oskarżymy ich o chęć zabicia cię, więc gliny tylko zechcą mieć twoje zeznania.

- Racja - szepnęłam.

Dasz radę Sophie.

Postaraj się.

- Zatrzymamy się przy aptece, żeby ci wykupić leki - powiedział Sammy - Zastanów się, czy potrzebujesz coś jeszcze. Potem będę musiał spadać.

- Tak, Sammy - odparłam silniejszym głosem, bo musiałam się pozbierać - Oczywiście.

Sammy spojrzał na mnie i chyba uznał, że dam radę, bo więcej nic nie mówił aż do apteki.

Nie zdołałam w tym czasie wymyślić niczego, co mógłby mi kupić, bo byłam nieco oszołomiona i w ogóle miałam problemy z myśleniem.

Nie przyznałam się mu do tego.

Sammy zatrzymał swojego poobijanego pickupa na parkingu, kazał mi w nim zostać, a sam poszedł kupić mi leki.

Kiedy wrócił dał mi je do ręki, wyjaśnił, co i jak mam brać, kiedy czytałam napisy na buteleczkach i tubkach, a potem odwiózł mnie do domu.

Nie zapamiętałam.

Po drodze dodał jeszcze, że miałam złamane obydwie kości przedramienia lewej ręki, więc miałam mieć na niej gips przez pięć, sześć tygodni, ale to miało zależeć od wyników prześwietlenia, na które mieliśmy się zgłosić za pięć tygodni.

Mieliśmy, bo, żeby nie mieć problemu z pilnowaniem mnie i dowiadywaniem się o wszystko, Sammy podał się za mojego partnera.

O Boże!

Tylko tego brakowało.

Sammy moim partnerem.

Miałam nadzieję, że nie miałby problemów, kiedy dowiedziałaby się o tym jego kobieta (nie żona, o ile wiedziałam, ale nadal: byli ze sobą od dwóch lat i mieli dwójkę malutkich dzieci).

Kilka razy byłam świadkiem jego niezbyt miłych rozmów z nią przez telefon i wiedziałam, że nie miał słodko.

Dojechaliśmy do mojego kompleksu, Sammy zaparkował na parkingu dla mieszkańców, włożyłam leki do kieszeni ogrodniczek i otworzyłam drzwi.

Sammy wysiadł przez swoje i czekał na mnie, żebyśmy poszli na klatkę schodową.

Wysiadłam z kabiny, zatrzasnęłam drzwi, Sammy zapiszczał w zamki i zaczęłam szukać klucza do mieszkania w swojej torebce, kiedy zadzwonił telefon Sammy’ego.

- Yo - odebrał, więc nawet nie wiedziałam, kto dzwonił.

Staliśmy obok siebie, a ja patrzyłam.

Słuchał uważnie przez chwilę, spojrzał na mnie bokiem, zmarszczył się i spojrzał na swoje buty.

- Dobra - rzucił - zaraz tam będę.

Wyłączył telefon i schował do kieszeni.

- Mamy problem. Gliny zabraniają wejścia do twojego domu - powiedział - Hal tam jest z Bobie’m i czekają na mnie. Pojadę i zobaczę, czy możemy coś tam dzisiaj jeszcze posprzątać.

Westchnęłam na myśl o tym, jaki bajzel musieli zrobić tamci, skoro tak śmierdziało już od drzwi wejściowych do mojego domu.

- Dobra - powiedziałam - Jedź. Ja dam sobie radę.

- Jakby co, to dzwoń - rzucił Sammy i zawrócił do swojego samochodu - Twojego Raptora podrzucimy jutro.

- Okej - zawołałam za nim - Dzięki, Sammy.

Pomachał mi ręką nad głową, już odwrócony w stronę swojego samochodu.

Odwróciłam się do wejścia do mojej klatki schodowej.

Poczłapałam z trudem na górę schodów i do mojego mieszkania.

Kiedy wreszcie dotarłam do swojej cholernej kanapy po zamknięciu starannie wszystkich zamków na klucz, padłam na nią tak wyczerpana, jakbym wspięła się na pieprzony Mount Elbert.

Nawet się nie rozebrałam.

Położyłam się i natychmiast zasnęłam.

*****

Kilka godzin później

Obudziłam się i nie mogłam sobie przypomnieć gdzie jestem i dlaczego.

Przeszkadzała mi usztywniona ręka, bolało mnie oko i połowa twarzy.

Zwlokłam się z kanapy, przypomniałam sobie, co się stało i z trudem poczłapałam do łazienki.

No, dobra.

Właśnie się przekonałam, jakie codzienne drobne, ale upierdliwe problemy będę miała przez następne kilka tygodni.

Nie mogłam zdjąć ogrodniczek bez wygibasów i gimnastyki, sięgając prawą ręką do zapięcia szelek i guzików po bokach.

Koszulki tym bardziej nie będę mogła.

Gówno.

Gips miałam od połowy dłoni do powyżej łokcia lewej ręki.

Wystawały mi z niego tylko cholerne czubki palców i nie mogłam ani trochę wyprostować tej ręki.

Całość podwiesili mi na płóciennym temblaku, który mogłam sobie zdejmować przez głowę lub zapinać na pieprzone rzepy.

Niestety, pod włosami, co było niewykonalne jedną ręką (zapinanie).

Zrobiłam to, co potrzebowałam, jakoś wciągnęłam na siebie ogrodniczki, chociaż nie próbowałam ich do końca zapiąć (więc jeden pasek wisiał) i stanęłam przed lustrem, żeby się sobie przyjrzeć.

O, kurwa.

Przecięty łuk brwiowy był zabezpieczony takimi białymi paskami, jaki widziałam dotąd tylko na filmach, chociaż w moim życiu nie unikałam bójek i miewałam różne rany.

Szwy.

Oko miało niezbyt ładną niebiesko fioletową obwódkę i spuchło.

Pewno powinnam była położyć tam lód.

Kilka godzin temu.

Rozcięta warga prawdopodobnie da mi się we znaki podczas jedzenia.

À propos, byłam piekielnie głodna.

Westchnęłam, obmyłam twarz zimną wodą i pomyślałam sobie, że wcale nie było fajnie być osobą leworęczną, kiedy złamanie dotyczyło akurat tej ręki.

Byłam tak cholernie niezdarna.

Powlekłam się do kuchni, wyjęłam z zamrażalnika paczkę z lodem i przyłożyłam ją sobie do twarzy (wciąż jeszcze sycząc z bólu), a potem zaczęłam szukać czegoś do jedzenia.

Lód wylądował na blacie.

Nie miałam całkiem pustej lodówki, więc szybko coś znalazłam, ale okazało się, że wcale nie tak łatwo otworzyć paczkę z, powiedzmy, gotową do odgrzania lasagne, kiedy ma się tylko jedną rękę do dyspozycji.

Przytrzymałam paczkę z lasagne czubkami palców lewej ręki, oparłam ją o brzuch i prawą ręką zerwałam z wierzchu folię aluminiową.

Nie do końca.

Nie ryzykowałam włożenia tego do mikrofalówki.

Przerzuciłam, ile mogłam i byle jak, na talerz (część wylądowała na blacie, a trochę na podłodze, bo moja niezdarność dała się we znaki) i dopiero potem wstawiłam to do odgrzania.

Na kilkadziesiąt sekund lód wrócił na twarz.

Wyjęłam gorący talerz z mikrofalówki, postawiłam go na blacie i pochyliłam się nad nim.

Przyciskając lód do twarzy, rzuciłam się na jedzenie.

Zjadłam to tak łapczywie, jakbym głodowała od miesiąca.

Dokładnie tak się czułam.

Nie byłam pewna godziny, o której podano mi lekarstwo, ale bardzo mnie bolała ręka i głowa, więc postanowiłam wziąć tabletkę.

Gówno.

Następny problem.

Tym razem nieco większy.

Jedną ręką za nic w świecie nie dało się otworzyć tej pieprzonej buteleczki.

Poddałam się.

Byłam zmęczona jak diabli.

Zostawiłam w kuchni cały ten syf, który udało mi się zrobić podczas szykowania posiłku, zabrałam ze sobą paczkę z lodem zawiniętą w ręcznik, przyciśnięta do twarzy i poszłam do sypialni.

Położyłam się na łóżku i znowu odleciałam.

*****

Godzinę później

No dobra.

Właśnie dowiedziałam się, że jednak muszę otworzyć jakoś tę cholerną buteleczkę z pieprzonymi lekami przeciwbólowymi.

Bolało mnie tak strasznie, że nie byłam w stanie leżeć, siedzieć, wstać…

Nic.

Na dodatek okazało się, że spanie z paczką lodu (nawet owiniętą w ręcznik) nie było dobrym pomysłem.

Całą poduszkę miałam mokrą.

Wstałam, a właściwie zwlekłam się z łóżka, poczłapałam do kuchni (niosąc mokry ręcznik, worek z wodą, która kiedyś była lodem i poduszkę, którą rzuciłam na kanapę do wysuszenia).

W kuchni rzuciłam ręcznik na blat, worek z wodą do zlewu i wzięłam do ręki buteleczkę z lekarstwem.

Kombinowałam na różne sposoby, walczyłam z bólem rozsadzającym mi czaszkę i starałam się otworzyć tę cholerną buteleczkę z pieprzonymi zabezpieczeniami przeciwko dzieciom.

Kurwa!

Kto to wymyślił?

Zabiłabym popierdolca, który miał taki porąbany pomysł.

Jakbym miała przy sobie młotek, to już bym nim w to waliła.

Ale nie chciało mi się schodzić do samochodu.

Miałam ochotę wyć z frustracji.

Jak rasowa wariatka.

Usiadłam z nią w dłoni na kanapie i zaczęłam przypominać sobie zajęcia z judo o tym, jak skupiać swoją energię.

Uspokój się, Sophie.

Uspokój swój umysł.

Skup się.

Pomyśl, Sophie.

Myśl!

Byłam zdana tylko na siebie.

Jak zawsze.

Byłam w stanie rozwiązać wszystkie swoje problemy.

I kilka cudzych.

Potrzebowałam to jakoś przytrzymać.

Chwycić.

Nie miałam drugiej ręki, a właściwie miałam z niej sprawne tylko czubki palców, co było cholernie mało przydatne.

Nie miałam imadła ani niczego takiego.

Zaraz!

Przecież miałam dwa silne uda!

Włożyłam buteleczkę między kolana, ścisnęłam, prawą (tak cholernie mało sprawną) ręką nacisnęłam zakrętkę i przekręciłam.

Zaterkotało.

Buteleczka się przekręciła.

Uspokój się, Sophie.

Dasz radę.

Poprawiłam ustawienie buteleczki między kolanami.

Zignorowałam otępiający ból lewej ręki, karku i twarzy.

Ścisnęłam buteleczkę między kolanami i, naciskając nakrętkę prawą ręką, przekręciłam.

Tak!

Udało mi się.

Odetchnęłam z ulgą, otworzyłam buteleczkę do końca, rzuciłam nakrętkę na podłogę obok kanapy, przekłułam paznokciem folię zabezpieczającą i przeszłam z tym do kuchni.

Postawiłam ją na blacie, wyjęłam szklankę z szafki nad zlewem, nalałam do niej trochę wody i wysypałam na blat dwie tabletki.

Potem połknęłam jedną i popiłam ją wodą.

Byłam spocona, jak po treningu i mdliło mnie.

Trzęsły mi się wszystkie mięśnie.

Gówno.

 Zostawiłam cały ten bałagan na blacie kuchennym i poszłam do łazienki.

Rozebrałam się w korytarzu, bo już nie miałam siły na chodzenie do sypialni i z powrotem do łazienki.

Weszłam do brodzika, zdjęłam z zaczepu słuchawkę prysznicową i odkręciłam wodę, żeby się chociaż trochę obmyć.

Nie myślałam nawet o umyciu głowy, bo nawet porządne umycie całego ciała z gipsem na lewym przedramieniu (żeby go nie zamoczyć) było problemem.

Po umyciu dolnej połowy ciała, wytarłam się, owinęłam trochę ręcznikiem i powlekłam do sypialni.

Tam położyłam się na łóżku bez ubierania się, bo założenie góry od piżamy wydawało mi się problemem zbyt trudnym do rozwiązania przy moim zmęczeniu.

Zresztą to nie było ważne.

Rzuciłam tylko mokry ręcznik na podłogę i naciągnęłam na siebie kołdrę.

Zasnęłam w mgnieniu oka.

*****

Kilka godzin później

Przez całą noc zasypiałam i budziłam się, kiedy tylko próbowałam przez sen zmienić pozycję ciała, po czym zasypałam ponownie.

Przez to byłam zmęczona i rozkojarzona.

Był wczesny świt i byłam głodna, ale przynajmniej mniej obolała.

Wstałam, zaczęłam się ubierać i natrafiłam na kolejny problem.

Temblak zaplątał mi się we włosy i rzepy przyczepiły się do nich, więc zdejmowanie go było bolesne.

Nie powinnam była spać w temblaku.

Gówno.

Udało mi się go pozbyć, włożyłam majtki, wyjęłam z szuflady luźną koszulkę i zaczęłam kolejne wygibasy.

O Boże!

Jak to dobrze, że byłam tak wygimnastykowana, bo chyba inaczej nie dałabym rady.

Wreszcie, ubrana w tylko majtki i koszulkę, z ręką przewieszoną przez temblak, spod którego po drodze wyciągałam włosy, przeszłam do kuchni, gdzie natrafiłam na kolejny problem.

W mojej kuchence gazowej zepsuła się zapalarka elektryczna i ostatnio zapalałam gaz zapałkami, których paczki przynosiłam z klubów i barów.

Potrzebowałam do tego dwóch rąk.

Znowu.

Skup się Sophie.

Położyłam pudełko na brzegu blatu, urwałam jedną zapałkę, przytrzymując pudełko czubkami palców lewej ręki.

A potem stanęłam obok niego, przytrzymałam otwarte pudełko od góry czubkami palców lewej dłoni i potarłam o jego brzeg zapałką trzymaną w prawej ręce.

Zapaliła się za trzecim razem.

Trzymałam ją w czubkach palców lewej dłoni, kiedy prawą włączałam gaz.

Chyba powinnam kupić sobie ekspres do kawy.

I zapalniczkę.

Wstawiłam wodę do gotowania w czajniku i podeszłam do mojego telefonu, który poprzedniego dnia zostawiłam w torebce.

No, tak.

Super.

Rozładował się, a ja nie wiedziałam nawet kiedy.

Podłączyłam go do zasilacza i do gniazdka, a zaraz potem uruchomiłam, kiedy już się ładował.

Okazało się, że miałam kilka nieodebranych połączeń z poprzedniego dnia.

Większość od Sammy’ego.

Martwił się.

Była szósta rano, więc nie zadzwoniłam, ani nie napisałam, żeby nie drażnić jego kobiety (zazdrosnej).

Otworzyłam notatnik i zapisałam w nim do listy zakupów zapalniczkę i ekspres do kawy, a po namyśle kluski i dania gotowe do odgrzewania w wodzie (a nie w mikrofalówce) i napoje w puszkach (bo uznałam, że chyba łatwiej je otworzę niż butelki).

Woda w czajniku właśnie się zagotowała, więc wróciłam do kuchni i zrobiłam sobie kawę.

Przy okazji przekonałam się, że mleko też mi się kończy, więc postanowiłam zrobić przegląd innych produktów spożywczych w mojej kuchni.

Nie lubiłam owsianki, więc na śniadanie zwykle robiłam sobie zapiekane tosty z serem lub omlet.

Pieczywo tostowe jeszcze miałam, ale sera było mało, więc też musiałam dopisać go do listy zakupów.

Po namyśle dopisałam też jajka, pieczywo i wędlinę, żeby nie jeździć co chwilę na zakupy.

Zrobiłam sobie tosty, wypiłam kawę i zjadłam, a potem z grubsza sprzątnęłam wczorajszy (i obecny) bałagan w kuchni po zajebistym szykowaniu przeze mnie posiłków z ręką w gipsie.

Przy okazji przekonałam się jakim dużym problemem jest mycie podłogi z jedną ręką skrępowaną gipsem i temblakiem.

Uch.

Przeszłam kilka razy z sypialni do pomieszczenia gospodarczego, a potem z łazienki do pomieszczenia gospodarczego i pozbierałam wreszcie wszystkie brudne ubrania i ręczniki, żeby wstawić pranie.

T-shirt, który miałam na sobie w czasie bijatyki i w szpitalu, był poplamiony krwią i pyłem gipsowym, ale namoczyłam go w zimnej wodzie przed włożeniem do pralki i miałam nadzieję, że się dopierze.

Przy okazji dowiedziałam się, że problemem jest odsączanie jedną ręką z wody ubrań wyjętych z prania ręcznego.

Cholera.

Lista moich problemów robiła się coraz dłuższa.

Szczęśliwie były to drobne problemy.

Dam radę.

Znowu rozbolała mnie ręka, więc wzięłam kolejną tabletkę przeciwbólową, a potem zaczęłam czytać na ulotkach informacje dotyczące maści, które przepisał mi lekarz.

Wyglądało na to, że powinnam zacząć nimi regularnie smarować twarz.

Wczoraj.

Poszłam do łazienki, stanęłam przed lustrem i…

O, rany!

Znowu nakrętka do odkręcenia.

Szczęśliwie tym razem mniejsza i bez zabezpieczeń, więc jakoś udało mi się ją pokonać z tylko niewielkim problemem i wysiłkiem.

*****

Trzy godziny później

- Nie martw się o mnie, Sammy - mówiłam do swojego telefonu, kiedy kończyłam rozmowę z Sammy’m - Nie mam żadnych problemów. Radzę sobie. Wszystko jest świetnie.

- Pamiętaj, Soph, że jakby coś, to dzwoń - odparł mój facet od brudnej roboty - Pracujemy, ale jak będzie potrzeba, to przyjadę. A za dwie godziny postawimy ci samochód na parking.

Westchnęłam ciężko, bo to oznaczało, że mojego Raptora będzie prowadził Hal, a, powiedzmy sobie szczerze, nie miałam do niego największego zaufania pod tym względem.

- Okej - mruknęłam, bo nie miałam innego wyjścia - To nara.

- Nara, szefowo - odparł Sammy i rozłączył się.

Po zjedzeniu śniadania położyłam się „na chwilkę” na kanapie i znowu zasnęłam snem sprawiedliwego.

Stwierdziłam, że to cholernie denerwujące, że tak łatwo zasypiałam przy każdej okazji i to co godzinę lub dwie.

Widocznie jednak mój organizm tego potrzebował.

Teraz nadrabiałam braki informacyjne moich facetów od różnych rzeczy.

Po poinformowaniu Sammy’ego o tym, że radziłam sobie bez problemów ze wszystkimi codziennymi sprawami, przyszła pora, by powiadomić o moim stanie Maksima, który był moim trenerem judo, Walla, z którym trenowałam karate i Nicka, u którego od niedawna trenowałam kickboxing.

Dasz radę, Sophie.

Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam przebijać się przez ten naprawdę cholernie trudny problem wyjaśniania każdemu z osobna tego, dlaczego ich świetne, a wręcz zajebiste treningi nie uchroniły mnie przed złamaniem ręki i ogólnie poobijaniem.

Gówno.

*****

Trzy godziny później

O Boże!

Nagadałam się tyle, że do końca roku mogłabym się nie odzywać.

Czy ktoś by pomyślał, że oni wszyscy poczują się odpowiedzialni za to, że trzej popaprańcy postanowili sobie uczynić ze mnie cel zabawy, a mój dom potraktują jak pieprzoną metę?

Byłam ponownie głodna, spragniona i zmęczona.

Po tej sesji rozmów zadzwoniłam więc jeszcze raz.

Tym razem do Chińczyka, żeby zamówić Zupę Von Ton.

Wzięłam kolejną tabletkę przeciwbólową, którą popiłam prawie pełną szklanką wody, poszłam do łazienki i przejrzałam się w lustrze, żeby zobaczyć, czy nie wystraszę nadmiernie dostawcy, a potem posmarowałam siniaki korektorem.

Grubo.

Nie pomogło.

Nadal połowa mojej twarzy była sina i napuchnięta.

Może po prostu nie umiałam stosować korektora?

Więc dziesięć minut później, odbierając moją cholerną zupę, starałam się nie patrzeć na minę dostawcy i jak najszybciej zamknąć z powrotem pieprzone drzwi na klucz.

Dałam mu taki napiwek, że chyba mimo wszystko nie żałował.

Zupa była jeszcze ciepła, więc zjadłam ją łyżką od razu z plastikowego opakowania, w którym ją dostałam, wybierając z lubością pierożki.

O, jak dobrze.

*****

Trzy godziny później

Obudził mnie dzwonek telefonu.

Zasnęłam na kanapie zaraz po zjedzeniu zupy, więc pudełko stało na podłodze obok mnie.

- Yo - odebrałam nieco zaspanym, schrypniętym głosem, kiedy zobaczyłam na wyświetlaczu, że dzwonił Sammy.

- Yo, Soph - przywitał się Sammy - Pomyślałem, że dobrze byłoby ci powiedzieć, że będziemy u ciebie za pięć z twoim pickupem.

- Och, okej - mruknęłam nieco przytomniej - Dobra.

- Nara - rzucił Sammy i rozłączył się.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, ale i tak spojrzałam na swoje gołe nogi i stwierdziłam, że muszę włożyć jakieś spodnie.

Wstałam i powlekłam się do sypialni.

*****

Trzy godziny później

Hal wystraszył się jak gówno, kiedy tylko spojrzał na moją twarz.

Nie powinnam była mu się pokazywać.

Sammy go trochę uspokoił, ale postarał się szybko go zabrać ode mnie, żeby nie widział moich super tęczowych siniaków za długo i nie wpadał w kolejne pieprzone ataki paniki.

Miałam kluczyki do mojego Raptora, dowiedziałam się, że inspektorzy kręcili nosem na moją nieobecność podczas inspekcji i odbioru domu Upierdliwej Klientki, a potem zapewniłam chłopaków, że nie mam żadnych problemów i radzę sobie naprawdę świetnie, żeby zajęli się budową, a nie mną.

Pojechali.

Przełożyłam pranie do suszarki, zrobiłam sobie kolejną kawę (znowu przypominając sobie jakim dobrodziejstwem byłby ekspres do kawy), a potem wyciągnęłam jakieś resztki mięsa na zimno i zrobiłam sobie kanapkę.

No więc jednak miałam problemy.

Ale drobne.

Z krojeniem, smarowaniem, otwieraniem kolejnych pojemników.

Kurwa.

Zjadłam moją ubogą kolację, popchnęłam ją porcją lodów, które jadłam dużą łyżką prosto z pojemnika z zamrażarki, żeby się nie rozdrabniać, ogarnęłam cały bajzel na ile mogłam tą resztką sił, jaka mi została, bo musiałam jeszcze wyjąć kolejne pranie z suszarki.

Dałam radę.

Żaden problem.

A potem umyłam się, bo uświniłam się tym całym jedzeniem, przebrałam się w piżamę i poszłam spać.

Przed snem jednak wzięłam jeszcze jedną tabletkę, sprawdziłam, czy na pewno zamknęłam wszystkie zamki w drzwiach i posmarowałam twarz maścią.

Może pomoże.

*****

Dzień później rano

No, chyba wreszcie mój sen zaczął się regulować.

Tej nocy obudziłam się kilka razy, kiedy kręciłam się na łóżku i przeszkadzał mi gips, ale poprzedniej nocy nauczyłam się, że muszę spać bez temblaka i na dwóch poduszkach.

Prawie na siedząco.

Wtedy moje ułożenie nie było tak niekomfortowe i nie budziłam się co pół godziny, jak poprzedniej nocy.

Więc rano byłam bardziej przytomna i wyspana.

Zaczęłam planować swój dzień.

Mogłam popracować na laptopie, jak to zrobiłam poprzedniego dnia, mogłam pojechać do sklepu, mogłam zadzwonić do brata.

Musiałam zrobić kolejne pranie.

Wiele możliwości.

Nienawidziłam bezczynności, ale nie byłam pewna swoich możliwości z tym ograniczeniem, jakie powodował gips.

Zaczęłam do śniadania.

Dzień wcześniej nadal jeszcze minął mi na spaniu, bo po każdej czynności czułam się tak zmęczona, że po prostu musiałam się położyć.

Tego dnia jednak czułam się bardziej przytomna, więc mogłam zaplanować coś więcej niż tylko godzinne aktywności przy laptopie.

Umyta, ubrana, po śniadaniu i po rozłożeniu prania sprzed dwóch dni do szuflad i na półki, postanowiłam uporać się z kolejnym moim problemem.

Musiałam pojechać do sklepu, dopóki miałam siłę.

Robiłam się znowu głodna, a nie miałam w domu już nic, co mogłabym sobie przygotować sama do jedzenia (i bez problemów).

Mój Raptor był automatem, miał kilka użytecznych czujników i kamerek, więc prowadzenie go nie powinno być bardzo dużym problemem.

Nadal - miałam to robić jedną ręką.

A na dodatek zakupy wiązały się z pchaniem wózka i przykrą możliwością spotykania ludzi w sklepie.

Pomalowałam twarz korektorem (chyba nieco bardziej umiejętnie niż dzień wcześniej), zaczesałam włosy tak, żeby mi ją zasłaniały, ubrałam się w luźną koszulkę i spodnie dresowe, które nie były uciążliwe do wkładania, a nadal wyglądały wystarczająco dobrze, jeśli bym się natknęła na kogoś znajomego, zebrałam całą odwagę, dużo siły i…

Pojechałam.

*****

Alex

Alex był po nocnej zmianie, przespał się dwie godziny, ale był głodny i potrzebował uzupełnić lodówkę.

Był głodny.

Pojechał do najbliższego sklepu z listą krótką, ale pełną naprawdę niezbędnych rzeczy.

Na skrzyżowaniu przed zjazdem z autostrady zajechał mu drogę ten sam Raptor, którego kojarzył z parkingu przy kompleksie mieszkalnym Maggie, Evy, Aleka i innych.

Kurwa.

Facet miał naprawdę małego fiutka, żeby tak jeździć bez migacza.

Kiedy Alex dojechał na parking przed Walmart’em, zobaczył znanego już mu zbyt dobrze pickupa i przekonał się, że facet również parkował, jakby miał małego fiutka.

Zajął aż dwa miejsca parkingowe i jeszcze kawałek wyspy namalowanej skośnymi pasami.

 Alex zastanawiał się, czy czekać na kutasa, czy zrobić zakupy, ale był głodny i zmęczony, więc postanowił najpierw wejść do sklepu.

Na te kilka rzeczy, które miał kupić nie potrzebował dużego wózka.

Wziął koszyk i chodził między półkami.

Przy lodówkach z paczkowanym mięsem i daniami gotowymi zobaczył kobiecą sylwetkę, która tkwiła tak głęboko w jego podświadomości, że jego kutas natychmiast się obudził.

Sophie!

Te lśniące, czarne włosy spływające grubą falą na plecy i ten zajebisty tyłek w lejących się, podkreślających go spodniach.

Zanim zdecydował się do niej podejść, spakowała do wózka kilka paczek gotowych dań i poszła do następnej alejki.

Alex poszedł tam, żeby złapać swoje zakupy i chodził dalej kolejnymi alejkami  po sklepie, kiedy znowu ją zobaczył.

Stała naprzeciwko jakiejś pary, która wyglądała jak z reklamy kosmetyków lub markowych ubrań i krzykiem oznajmiała to, czego Alex nie mógł widzieć, skoro widział tylko plecy Sophii.

- O mój Boże, o Boże! Sophie, moje biedactwo, co ci się stało? - kobieta krzyczała na cały sklep, jakby chciała się upewnić, że słyszą ją wszyscy o okolicy - Wyglądasz strasznie!

Alexowi nie podobało się to, że w tonie kobiety usłyszał wyraźne zadowolenie z faktu, że Sophie wyglądała „strasznie”.

Ruszył w ich stronę.

*****

Sophie

Kurwa, kurwa, kurwa!

Moje cholerne fatum było w naprawdę, naprawdę gównianym nastroju do pieprzonych żartów.

Tak, do tej pory nie miałam prawdziwych problemów.

Teraz miałam się przekonać, co to znaczy mieć problem.

A na dodatek moje nerwy były napięte skrajnie, jak postronki i byłam głodna, więc nie wiedziałam jak się przed tym bronić.

Stałam właśnie, w tej cholernej alejce sklepowej, przy półkach z pieprzonymi makaronami, twarzą w twarz z Paulem i Stephanie.

Z pierdolonym Paulem i jebaną Stephanie.

Paul był moim super przystojnym, niezwykle starannie zadbanym, zawsze bardzo dobrze ubranym, naprawdę nieźle zarabiającym eks narzeczonym.

Był tego samego wzrostu, co Alex, ale był ciemnowłosy i miał piwne oczy.

Był też palantem, cholernym dupkiem.

Certyfikowanym.

Stephanie była kiedyś, dawno temu, moją przyjaciółką.

Fałszywą.

Miała brązowe, idealnie przycięte, zawsze świeżo umyte włosy, gładką, lekko opaloną, idealną cerę, brązowe, idealnie umalowane oczy i usta, idealnie, świeżo zrobione paznokcie, zawsze idealnie wypielęgnowane dłonie, które nie zhańbiły się żadną pracą fizyczną, idealnie wygładzone maniery i zero jakichkolwiek ambicji zawodowych.

Była też certyfikowaną suką, co potwierdzała swoim „zatroskanym” okrzykiem na cały sklep.

Paul, na szczęście, nie odzywał się, ale jego mina, po której widziałam, że mnie autentycznie żałuje, była prawie jeszcze gorsza od miny Stephanie, która otwarcie (suka) wyrażała zachwyt moim stanem.

- Cześć, Paul - powiedziałam najspokojniej, jak mogłam - Cześć, Steph.

- Och, Sophie, doprawdy - mruknął cicho Paul - Nie powinnaś sama jeździć na zakupy w takim stanie.

Znalazł się doradca.

- Radzę sobie - odparłam, skupiając się na spokoju i stabilności.

Gdybym się nie skupiała, uciekłabym, zaczęła krzyczeć, albo płakać.

- Właśnie widzę - rzuciła sarkastycznie Steph, a potem nagle wyprostowała się i oczy jej się zaświeciły na widok czegoś lub kogoś za moimi plecami.

Zlekceważyłam to.

- Radzę sobie bez problemów - powiedziałam jeszcze stanowczo, ale chyba nie powinnam.

W tej samej chwili bowiem pojawiło się tam znajome, bardzo znajome i nieoczekiwane, ale może pożądane (chociaż akurat nie w tej chwili) ciepło męskiego ciała.

Tak znajome i pożądane, że, wbrew sobie i temu, jak wyglądałam (i jak się czułam), moje ciało zakołysało się do niego i cały świat został zredukowany do tego ciepła.

Alex.

Tęskniłam, chociaż nie chciałam się do tego przyznać.

- Tu jesteś, kochanie - mruknął mi do ucha, kiedy nieomalże odwróciłam się, żeby dotknąć ustami do jego policzka i wrzucił do mojego wózka kilka rzeczy - Kto to? Znajomi?

- Tak, kotku - powiedziałam nieswoim głosem, kiedy wysiliłam się na spokój - starzy znajomi.

Alex stał nieco z mojej prawej strony, za moimi plecami, więc uznałam, że mogę zaryzykować bez wstrząsu dla niego i odwrócić się lekko w jego stronę.

Zobaczyłam, że nie patrzył na mnie, tylko na Steph i Paula ze starannie pustą, zamkniętą twarzą.

- Alex, poznaj, proszę, mojego byłego narzeczonego i moją byłą przyjaciółkę - wskazałam niedbale prawą ręką na parę stojącą naprzeciwko mnie (teraz z nieco innymi minami).

Opuściłam dłoń na rączkę wózka i patrzyłam na nich bez złości.

- To Alex - dodałam w ich stronę bez wyjaśnień i kiwnęłam głową w jego stronę, niechby sobie pomyśleli, co im wpadnie do głów.

- Hej - usłyszałam ciche powitania i zobaczyłam skinienia głów.

Postanowiłam nieco wyjaśnić Alexowi.

- Paul, aby mi pokazać jak bardzo mu zależało na naszym związku, wspaniałomyślnie zerżnął Steph w noc przed naszym ślubem. Tak się złożyło, że było to zaraz po próbie i próbnej kolacji, kiedy miałam zgodnie z tradycją zanocować u moich rodziców - dodałam całkiem spokojnie (jak na mnie).

Patrzyłam przy tym bez uśmiechu wprost na tamtą dwójkę.

- Nie musisz być wulgarna - powiedziała wyniośle Steph, przerzuciła włosy przez ramię na plecy i podniosła wysoko głowę - …znowu.

- Och, jak mi przykro… - rzuciłam do niej tonem wprost ociekającym sarkazmem - że musiałam wrócić do naszego mieszkania po laptop. To było takie wulgarne zastać was dwoje nago w naszym łóżku, kiedy ujeżdżałaś go całkiem nie-wulgarnie.

- Soph… - zaczął Paul i widziałam w jego oczach jakieś wahanie, ból, ale nie obchodziło mnie to.

Miałam dość.

Stephanie patrzyła na mnie z obrazą, ale, cóż, nie zmieniła się, nie uznała tego, co zrobiła za złe, czy chociażby nieetyczne.

Obraza dotyczyła tego, że ujawniłam bez patyczkowania się charakter naszej znajomości facetowi, z którym, najwyraźniej, byłam, a ona nie mogła nadal pokazywać, jak bardzo było jej mnie żal.

- Nie żegnam się - powiedziała.

Następnie odwróciła się do mnie tyłem i skinęła ręką na Paula.

- Chodź, kochanie - powiedziała do niego - Ona się nie zmieniła.

Paul skinął głową jakby z lekkim wahaniem, ale poszedł za nią.

I zniknęli.

I dzięki Bogu - pomyślałam.

 - I dzięki Bogu - wymamrotał wtedy Alex, powtarzając moje myśli, co mnie zaskoczyło jak cholera.

Dlatego, zapominając całkiem o moim wyglądzie, odwróciłam się do niego całkiem przodem i natychmiast tego pożałowałam.

Gówno.

*****

Alex

Jezu Chryste!

Alex nienawidził tego oglądać, ale jeszcze bardziej nienawidził tego, że widział to były narzeczony Sophie i jej była przyjaciółka, którzy, oczywiście, byli razem po tym, jak zdradzili Sophie.

Kiedy usłyszał zjadliwy ton tamtej suki, natychmiast wyjął swoje rzeczy z koszyka, porzucił go na mijanej półce, ciesząc się jak cholera, że nie wziął wózka i poszedł do nich.

Kiedy wrzucał rzeczy do jej wózka, zwracał uwagę na tamtą parę popaprańców, więc nie zobaczył w jakim stanie była Sophie.

A teraz starał się nie gapić.

Kurwa.

Twarz Sophie była tęczowa i lekko opuchnięta, co było widoczne nawet pod korektorem, którego zastosowała całkiem sporo (ale bez efektu).

I do tego miała rękę na temblaku, a z gipsu, który pokrywał całe jej lewe przedramię, wystawały tylko czubki palców.

- Dziękuję za pomoc - powiedziała zimno Sophie i wyprostowała się dumnie, najwidoczniej zauważając jego minę.

- Nie ma za co - mruknął Alex i dodał - Potrzebujesz pomocy.

- Nie! - powiedziała Sophie zawziętym, pewnym, mocnym głosem - …radzę sobie bez problemów.

Oczywiście.

Już to widział.

- Racja - mruknął Alex - Więc tylko odprowadzę cię do samochodu.

- Nie. Dziękuję - powiedziała Sophie.

- Sophie… - zaczął, ale mu przerwała jakby ze złością.

- Nie musisz jechać do swojej blondynki? - warknęła.

- Nie - odparł krótko Alex, chociaż zaczynała go wkurzać.

Sophie bez pożegnania ruszyła przed siebie energicznie, pchając wózek brzuchem i wyciągając po drodze telefon.

Wkurzona?

Alex naszykował się na to, że zadzwoni po przyjaciela i spławi go, żeby kontynuować swoje zakupy, ale ona tylko otworzyła notatnik i szukała czegoś na półkach.

Czyżby była tam sama?

W takim stanie?

Kurwa.

Alex szedł za nią, nie za blisko, żeby się nie denerwowała, ale też niezbyt daleko, żeby jej nie zgubić, tylko pilnować.

Nie wiedział dlaczego, ale czuł, że musiał się nią zaopiekować.

I dobrze zrobił, bo nie zapanowała nad mocno już wyładowanym wózkiem dwa razy na pieprzonych zakrętach, pchając go jedną ręką (i to z telefonem) i musiał ją ratować.

- Może zwolnisz? - zasugerował w końcu.

Westchnęła się, zatrzymała i spojrzała na niego.

- Okej - mruknęła zrezygnowana i odsunęła się od rączki wózka.

Alex, zdziwiony jak cholera, złapał ją i spojrzał na Sophie.

Jej twarz była blada, a usta wygięte, w dziwnym wyrazie jakby zmęczenia lub zniechęcenia, który nie podobał się Alexowi, bo nie pasował do tej Sophie, jaką znał.

Znowu patrzyła w dół na swój telefon.

- Jeszcze ekspres do kawy - mruknęła - i zapalniczka.

Alex zmarszczył brwi, ale bez pytania zawrócił na stoisko z artykułami przemysłowymi.

Wybrali wspólnie ekspres do kawy, podczas czego Alex sugerował różne funkcje, a Sophie, o dziwo, słuchała.

Kiedy zobaczyła jego minę, odezwała się.

- No, co? - mruknęła zniecierpliwiona, ale bez złości.

- Nic - mruknął Alex.

- Nie znam się na tym - powiedziała Sophie wyjaśniająco .

- To czemu sama to kupujesz? - zdziwił się Alex.

- Bo trudno z tym zapalić gaz, a co dopiero sobie zrobić kawę - wskazując brodą na gips, wymamrotała wyjaśnienie, które powiedziało Alexowi jedno: sama sobie gotowała i robiła kawę!

Wyprostował się i popatrzył na nią uważniej, podczas gdy ona już odwróciła się w stronę półek.

Nigdy nie przyszło mu to do głowy.

Sophie zawsze była sama.

Wszędzie, gdzie ją widział.

Nie widywał jej nigdy w towarzystwie kogokolwiek, kto cholernie przejmowałoby się tym, że wychodziła w środku nocy z klubu z obcym mężczyzną, że znikała z przyjęcia ślubnego lub z pieprzonej imprezy przy sąsiedzkim grillu.

Jak i on.

Nim też nikt się nie przejmował, bo nie miał bliskiej rodziny, a z mamą rozmawiał zwykle tylko przez telefon.

Może jednak miała problemy, wbrew temu, co sama mówiła.

Może potrzebowała jego pomocy, chociaż, najwyraźniej, nie chciała się do tego przyznać.

Alex postanowił to sprawdzić.

Nawet jeśli Sophie by go odpychała.


 

3 komentarze: