Rozdział 4
Sophie
Cztery dni później
Dojechałam
właśnie Raptorem do swojego przyszłego domu, Domu Pod Zielonym Dachem, który
był aktualnie (wciąż) w budowie.
Było
tuż po południu.
W
trakcie jazdy rozmawiałam z Sammy’m przez mój telefon podłączony przez
bluetooth do komputera w samochodzie.
-
Dobra, Sammy - kończyłam, zanim wyłączyłam silnik - To spotkamy się tu za parę
minut.
-
Tak - kończył Sammy - Nara, Soph.
Rozłączyliśmy
się.
Podczas
jazdy tutaj ustaliłam pokrótce z Sammy’m, co będziemy robili całą ekipą w moim
domu przez najbliższe dwa dni, skoro chwilowo nie mieliśmy żadnego nowego klienta.
Budowa
dla Upierdliwej Klientki była prawie zakończona.
Ja
zbierałam ostatnie podpisy i zezwolenia, Sammy sprawdzał, czy wszystko
wykończyliśmy, a chłopaki dzisiaj jeszcze mieli sprawdzić instalacje i wstępnie
posprzątać, czyli zabrać nasze rzeczy.
Pozostałe
po budowie materiały zabrałam rano na kipę mojego pickupa, zanim pojechałam do
urzędów, co stanowiło nudną, ale konieczną do wykonania część mojej pracy.
Zamknęłam
kipę Raptora na klucz, kiedy jechałam w miasto.
Nikt
raczej, by się do tego nie dobrał, ale strzeżonego… wiecie.
Upierdliwa
Klientka nie chciała naszego sprzątania, jakie mieliśmy w ofercie, bo
„profesjonaliści zrobią to porządniej i szybciej”.
Dla
nas tak było lepiej.
Mniej
pracy, więcej czasu.
Pieniądze
te same.
Postanowiłam
wpaść do mojego domu, bo nie byłam w nim od tygodnia i nikt nie sprawdzał, czy
czegoś tam nie zalało lub czy nie wywiało któregoś okna (tak tylko żartowałam).
Sammy
miał dojechać za kilka minut, żebyśmy ustalili, co chłopaki mogliby zrobić w
moim domu przez dwa, trzy dni, kiedy ja będę dalej szarpała się z urzędnikami.
No
i zanim zdobylibyśmy nowego klienta.
Zaparkowałam
Raptora na podjeździe, wyłączyłam silnik, złapałam telefon z uchwytu, torebkę z
siedzenia pasażera i wysiadłam.
Automatycznie
zapikałam w zamki, żeby zamknąć samochód.
Kiedy
podchodziłam do drzwi, patrzyłam w ekran telefonu, żeby go wyłączyć, a
jednocześnie drugą ręką szukałam kluczy w torebce.
Wyciągnęłam
klucze do domu, otworzyłam drzwi, weszłam jeden krok za próg i nagle zamarłam.
Coś
było nie tak.
W
domu śmierdziało starymi, brudnymi, przepoconymi ubraniami, resztkami jedzenia
i w ogóle śmietnikiem.
A
nie powinno.
Schowałam
cicho telefon do torebki razem z kluczami, położyłam ostrożnie torebkę na brudnej,
zakurzonej podłodze tuż obok zamkniętych drzwi i zaczęłam się skradać.
Byłam
ubrana w granatowe, luźne ogrodniczki z niezbyt grubej bawełny, bakłażanowy obcisły
t-shirt i… robocze buty na grubej podeszwie.
Skradanie
się w nich nie było ani najwygodniejsze, ani najcichsze.
Ale
bardzo ostrożnie wyjrzałam zza rogu korytarza wejściowego i - cholera! - nagle zostałam zaatakowana.
Zobaczyłam
kątem oka niechlujnego jak gówno mężczyznę, który próbował mnie uderzyć jakimś
kawałkiem drewna.
Kurwa!
Od
przodu był drugi, który zrobił krok w moją stronę.
W
głębi pokoju (jeszcze nie rozdzielonego ścianami działowymi na sekcje)
zarejestrowałam ruch trzeciego.
Szczęśliwie
potraktowali mnie jak kobietę.
Stereotypowo.
Cofnęłam
się tułowiem, jak nauczyłam się na treningach i ten z boku, siłą swojego
własnego uderzenia, przeleciał na drugą stronę wejścia, by uderzyć głową o
ściankę działową.
Wybił
w niej dziurę.
Kurwa.
A
potem wszystko działo się naraz.
Błyskawicznie.
Walczyłam
zażarcie, chociaż starałam się być zimna.
Patrzyłam
wszędzie, pamiętając o pilnowaniu wszystkich napastników.
Wykorzystałam
wszystkie swoje umiejętności, które nabyłam w ciągu lat treningów kickboxingu,
judo i karate.
Ale
było ich trzech.
I
byli silniejsi, i bardzo zdeterminowani.
A
ja zrobiłam błąd.
Głupi,
chociaż brzemienny w skutkach.
Akurat
wtedy, kiedy przyjechał Sammy, jeden z tamtych był już nieprzytomny, bo się sam
ogłuszył, wpadając siłą swojego skoku na stolik narzędziowy, który stał na
środku pomieszczenia, drugi spanikowany moją niespodziewaną sprawnością uciekał,
ale ten trzeci, najbardziej zajadły, rzucił mnie na kant ściany nośnej,
szarpiąc za moją prawą rękę.
Uderzyłam
w to lewym przedramieniem, które owinęłam właśnie, w czasie wykonywania ruchu,
o swój brzuch i lewą połową twarzy, której nie zdążyłam odsunąć ani osłonić.
Błyskawicznie
ogarnęła mnie ciemność, przez którą jeszcze zdążyłam usłyszeć głos Sammy’ego i odgłosy
jego szarpaniny z intruzami.
*****
Jakiś czas później
Ocknęłam
się i dokładnie wiedziałam, gdzie byłam.
Poznałam
to.
Leżałam
na łóżku w szpitalu.
Poczułam,
że jestem w szpitalnej, luźnej koszuli, ale nadal miałam na sobie dżinsy,
chociaż byłam bez butów.
Natychmiast,
jak zwykle, rozpoznałam gdzie byłam, ale musiałam się przez sekundę skupić,
żeby sobie przypomnieć dlaczego.
Właśnie
wtedy, kiedy otworzyłam oczy, pochylała się nade mną pielęgniarka, a za
zasuniętą zasłoną usłyszałam głos Sammy’ego.
-
Więc, doktorze? - zapytał dosyć niecierpliwie i pomyślałam, że chciał wracać do
pracy.
Nie
usłyszałam odpowiedzi.
-
Ocknęła się - jednocześnie powiedziała niezbyt głośno koło mnie pielęgniarka,
patrząc uważnie w moje oczy.
Zasłona
się uchyliła i wszedł lekarz z Sammy’m.
-
Dobrze - mruknął do mnie lekarz, również patrząc uważnie w moje oczy.
Przedstawił
mi się, powiedział, że zrobili mi już prześwietlenie i wiedzą, że mam złamaną
rękę i uraz głowy, a potem zaczął mi świecić latareczką w oczy i wypytywać mnie
o samopoczucie.
Odpowiadałam
mu krótko i niecierpliwie, żeby go uspokoić i jak najszybciej stamtąd wyjść.
-
Okej - powiedział na koniec - wygląda na to, że nie ma pani wstrząśnienia
mózgu, ale radzę pozostać w domu przez kilka dni. Zapiszę leki przeciwbólowe.
Proszę brać je co sześć godzin, a dodatkowo w razie silniejszego bólu.
Odwrócił
się w stronę Sammy’ego.
-
Proszę ją obserwować i zgłosić się w razie zawrotów głowy, silniejszego bólu
lub wymiotów - powiedział do niego - A teraz możecie państwo jechać do domu.
Widocznie
uderzyłam się mocniej w głowę niż sądziłam, bo nie wszystko zrozumiałam.
Odkąd
to Sammy był osobą, która zabierała mnie do domu i była informowana o moim
stanie?
Nie
odezwałam się na ten temat, nie zapytałam, bo chciałam stamtąd jak najszybciej
wyjść.
Panowie
wyszli, pielęgniarka pomogła mi się ubrać w koszulkę (cholera, bolało przy
podnoszeniu głowy, podczas wstawania, właściwie cały czas), założyć buty i zejść z łóżka.
Lekarz
wrócił, podał mi receptę, którą od razu przejął Sammy, a pielęgniarka
przyniosła mi tabletkę do połknięcia i plastikowy kubek z wodą.
Połknęłam
posłusznie, żeby wreszcie przestało tak cholernie boleć.
Przez
ten czas inna pielęgniarka przyprowadziła wózek inwalidzki i kazała mi na nim
usiąść, po czym zawiozła mnie do windy, a potem, obok Sammy’ego, który cały czas
nam asystował, do wyjścia.
Tam
Sammy zaprowadził nas do jego poobijanego pickupa, wsiedliśmy i podziękowałam
pielęgniarce, która zabrała wózek i wróciła do szpitala.
Sammy
zapiął mi pasy i wsiadł na miejsce kierowcy, a potem milcząco odpalił silnik i
wyjechał z parkingu.
-
Co teraz? - spytałam go.
-
Odwiozę cię do domu - powiedział Sammy - Ale potem, sorki, Soph, muszę spadać
do roboty.
-
Okej - mruknęłam - A co z…
-
Twój samochód przyprowadzimy później z Hal’em - przerwał mi Sammy - tamci trzej
zostali aresztowani, przyznali się do wtargnięcia do twojego domu i
zaatakowania cię, kiedy wchodziłaś.
-
Co tamci… - zaczęłam znowu.
-
Chcieli po prostu pomieszkać - wyjaśniał Sammy, cały czas jadąc, więc patrząc
na drogę - Weszli przez garaż, bo był najsłabiej zabezpieczony. Nie spodziewali
się tam nikogo, a jak cię usłyszeli, a potem zobaczyli, że jesteś sama, mieli
ochotę się zabawić.
Zrobiło
mi się niedobrze.
Zabawić się.
Gówno.
-
Nie myśli o tym - mruknął Sammy, jakby doskonale wiedział, co mi przeszło przez
myśl - …siedzą w areszcie, przyznali się od razu do wszystkiego ze strachu, że
oskarżymy ich o chęć zabicia cię, więc gliny tylko zechcą mieć twoje zeznania.
-
Racja - szepnęłam.
Dasz radę Sophie.
Postaraj się.
-
Zatrzymamy się przy aptece, żeby ci wykupić leki - powiedział Sammy - Zastanów
się, czy potrzebujesz coś jeszcze. Potem będę musiał spadać.
-
Tak, Sammy - odparłam silniejszym głosem, bo musiałam się pozbierać - Oczywiście.
Sammy
spojrzał na mnie i chyba uznał, że dam radę, bo więcej nic nie mówił aż do
apteki.
Nie
zdołałam w tym czasie wymyślić niczego, co mógłby mi kupić, bo byłam nieco
oszołomiona i w ogóle miałam problemy z myśleniem.
Nie
przyznałam się mu do tego.
Sammy
zatrzymał swojego poobijanego pickupa na parkingu, kazał mi w nim zostać, a sam
poszedł kupić mi leki.
Kiedy
wrócił dał mi je do ręki, wyjaśnił, co i jak mam brać, kiedy czytałam napisy na
buteleczkach i tubkach, a potem odwiózł mnie do domu.
Nie
zapamiętałam.
Po
drodze dodał jeszcze, że miałam złamane obydwie kości przedramienia lewej ręki,
więc miałam mieć na niej gips przez pięć, sześć tygodni, ale to miało zależeć
od wyników prześwietlenia, na które mieliśmy się zgłosić za pięć tygodni.
Mieliśmy, bo, żeby nie
mieć problemu z pilnowaniem mnie i dowiadywaniem się o wszystko, Sammy podał
się za mojego partnera.
O
Boże!
Tylko
tego brakowało.
Sammy
moim partnerem.
Miałam
nadzieję, że nie miałby problemów, kiedy dowiedziałaby się o tym jego kobieta
(nie żona, o ile wiedziałam, ale nadal: byli ze sobą od dwóch lat i mieli dwójkę
malutkich dzieci).
Kilka
razy byłam świadkiem jego niezbyt miłych rozmów z nią przez telefon i
wiedziałam, że nie miał słodko.
Dojechaliśmy
do mojego kompleksu, Sammy zaparkował na parkingu dla mieszkańców, włożyłam
leki do kieszeni ogrodniczek i otworzyłam drzwi.
Sammy
wysiadł przez swoje i czekał na mnie, żebyśmy poszli na klatkę schodową.
Wysiadłam
z kabiny, zatrzasnęłam drzwi, Sammy zapiszczał w zamki i zaczęłam szukać klucza
do mieszkania w swojej torebce, kiedy zadzwonił telefon Sammy’ego.
-
Yo - odebrał, więc nawet nie wiedziałam, kto dzwonił.
Staliśmy
obok siebie, a ja patrzyłam.
Słuchał
uważnie przez chwilę, spojrzał na mnie bokiem, zmarszczył się i spojrzał na
swoje buty.
-
Dobra - rzucił - zaraz tam będę.
Wyłączył
telefon i schował do kieszeni.
-
Mamy problem. Gliny zabraniają wejścia do twojego domu - powiedział - Hal tam
jest z Bobie’m i czekają na mnie. Pojadę i zobaczę, czy możemy coś tam dzisiaj
jeszcze posprzątać.
Westchnęłam
na myśl o tym, jaki bajzel musieli zrobić tamci, skoro tak śmierdziało już od drzwi
wejściowych do mojego domu.
-
Dobra - powiedziałam - Jedź. Ja dam sobie radę.
-
Jakby co, to dzwoń - rzucił Sammy i zawrócił do swojego samochodu - Twojego Raptora
podrzucimy jutro.
-
Okej - zawołałam za nim - Dzięki, Sammy.
Pomachał
mi ręką nad głową, już odwrócony w stronę swojego samochodu.
Odwróciłam
się do wejścia do mojej klatki schodowej.
Poczłapałam
z trudem na górę schodów i do mojego mieszkania.
Kiedy
wreszcie dotarłam do swojej cholernej kanapy po zamknięciu starannie wszystkich
zamków na klucz, padłam na nią tak wyczerpana, jakbym wspięła się na pieprzony Mount
Elbert.
Nawet
się nie rozebrałam.
Położyłam się i natychmiast zasnęłam.
*****
Kilka godzin
później
Obudziłam
się i nie mogłam sobie przypomnieć gdzie jestem i dlaczego.
Przeszkadzała
mi usztywniona ręka, bolało mnie oko i połowa twarzy.
Zwlokłam
się z kanapy, przypomniałam sobie, co się stało i z trudem poczłapałam do
łazienki.
No,
dobra.
Właśnie
się przekonałam, jakie codzienne drobne, ale upierdliwe problemy będę miała
przez następne kilka tygodni.
Nie
mogłam zdjąć ogrodniczek bez wygibasów i gimnastyki, sięgając prawą ręką do
zapięcia szelek i guzików po bokach.
Koszulki
tym bardziej nie będę mogła.
Gówno.
Gips
miałam od połowy dłoni do powyżej łokcia lewej ręki.
Wystawały
mi z niego tylko cholerne czubki palców i nie mogłam ani trochę wyprostować tej
ręki.
Całość
podwiesili mi na płóciennym temblaku, który mogłam sobie zdejmować przez głowę
lub zapinać na pieprzone rzepy.
Niestety,
pod włosami, co było niewykonalne jedną ręką (zapinanie).
Zrobiłam
to, co potrzebowałam, jakoś wciągnęłam na siebie ogrodniczki, chociaż nie
próbowałam ich do końca zapiąć (więc jeden pasek wisiał) i stanęłam przed
lustrem, żeby się sobie przyjrzeć.
O,
kurwa.
Przecięty
łuk brwiowy był zabezpieczony takimi białymi paskami, jaki widziałam dotąd
tylko na filmach, chociaż w moim życiu nie unikałam bójek i miewałam różne rany.
Szwy.
Oko
miało niezbyt ładną niebiesko fioletową obwódkę i spuchło.
Pewno
powinnam była położyć tam lód.
Kilka
godzin temu.
Rozcięta
warga prawdopodobnie da mi się we znaki podczas jedzenia.
À propos, byłam piekielnie
głodna.
Westchnęłam,
obmyłam twarz zimną wodą i pomyślałam sobie, że wcale nie było fajnie być osobą
leworęczną, kiedy złamanie dotyczyło akurat tej ręki.
Byłam
tak cholernie niezdarna.
Powlekłam
się do kuchni, wyjęłam z zamrażalnika paczkę z lodem i przyłożyłam ją sobie do
twarzy (wciąż jeszcze sycząc z bólu), a potem zaczęłam szukać czegoś do
jedzenia.
Lód
wylądował na blacie.
Nie
miałam całkiem pustej lodówki, więc szybko coś znalazłam, ale okazało się, że
wcale nie tak łatwo otworzyć paczkę z, powiedzmy, gotową do odgrzania lasagne,
kiedy ma się tylko jedną rękę do dyspozycji.
Przytrzymałam
paczkę z lasagne czubkami palców lewej ręki, oparłam ją o brzuch i prawą ręką
zerwałam z wierzchu folię aluminiową.
Nie
do końca.
Nie
ryzykowałam włożenia tego do mikrofalówki.
Przerzuciłam,
ile mogłam i byle jak, na talerz (część wylądowała na blacie, a trochę na
podłodze, bo moja niezdarność dała się we znaki) i dopiero potem wstawiłam to do
odgrzania.
Na
kilkadziesiąt sekund lód wrócił na twarz.
Wyjęłam
gorący talerz z mikrofalówki, postawiłam go na blacie i pochyliłam się nad nim.
Przyciskając
lód do twarzy, rzuciłam się na
jedzenie.
Zjadłam
to tak łapczywie, jakbym głodowała od miesiąca.
Dokładnie
tak się czułam.
Nie
byłam pewna godziny, o której podano mi lekarstwo, ale bardzo mnie bolała ręka
i głowa, więc postanowiłam wziąć tabletkę.
Gówno.
Następny
problem.
Tym
razem nieco większy.
Jedną
ręką za nic w świecie nie dało się otworzyć tej pieprzonej buteleczki.
Poddałam
się.
Byłam
zmęczona jak diabli.
Zostawiłam
w kuchni cały ten syf, który udało mi się zrobić podczas szykowania posiłku,
zabrałam ze sobą paczkę z lodem zawiniętą w ręcznik, przyciśnięta do twarzy i
poszłam do sypialni.
Położyłam
się na łóżku i znowu odleciałam.
*****
Godzinę później
No
dobra.
Właśnie
dowiedziałam się, że jednak muszę
otworzyć jakoś tę cholerną buteleczkę z pieprzonymi lekami przeciwbólowymi.
Bolało
mnie tak strasznie, że nie byłam w stanie leżeć, siedzieć, wstać…
Nic.
Na
dodatek okazało się, że spanie z paczką lodu (nawet owiniętą w ręcznik) nie
było dobrym pomysłem.
Całą
poduszkę miałam mokrą.
Wstałam,
a właściwie zwlekłam się z łóżka, poczłapałam do kuchni (niosąc mokry ręcznik, worek
z wodą, która kiedyś była lodem i poduszkę, którą rzuciłam na kanapę do
wysuszenia).
W
kuchni rzuciłam ręcznik na blat, worek z wodą do zlewu i wzięłam do ręki
buteleczkę z lekarstwem.
Kombinowałam
na różne sposoby, walczyłam z bólem rozsadzającym mi czaszkę i starałam się
otworzyć tę cholerną buteleczkę z pieprzonymi zabezpieczeniami przeciwko
dzieciom.
Kurwa!
Kto
to wymyślił?
Zabiłabym
popierdolca, który miał taki porąbany
pomysł.
Jakbym
miała przy sobie młotek, to już bym nim w to waliła.
Ale
nie chciało mi się schodzić do samochodu.
Miałam
ochotę wyć z frustracji.
Jak
rasowa wariatka.
Usiadłam
z nią w dłoni na kanapie i zaczęłam przypominać sobie zajęcia z judo o tym, jak
skupiać swoją energię.
Uspokój się,
Sophie.
Uspokój
swój umysł.
Skup się.
Pomyśl, Sophie.
Myśl!
Byłam
zdana tylko na siebie.
Jak
zawsze.
Byłam w stanie
rozwiązać wszystkie swoje problemy.
I
kilka cudzych.
Potrzebowałam
to jakoś przytrzymać.
Chwycić.
Nie
miałam drugiej ręki, a właściwie miałam z niej sprawne tylko czubki palców, co było
cholernie mało przydatne.
Nie
miałam imadła ani niczego takiego.
Zaraz!
Przecież
miałam dwa silne uda!
Włożyłam
buteleczkę między kolana, ścisnęłam, prawą (tak cholernie mało sprawną) ręką
nacisnęłam zakrętkę i przekręciłam.
Zaterkotało.
Buteleczka
się przekręciła.
Uspokój się,
Sophie.
Dasz radę.
Poprawiłam
ustawienie buteleczki między kolanami.
Zignorowałam
otępiający ból lewej ręki, karku i twarzy.
Ścisnęłam
buteleczkę między kolanami i, naciskając nakrętkę prawą ręką, przekręciłam.
Tak!
Udało
mi się.
Odetchnęłam
z ulgą, otworzyłam buteleczkę do końca, rzuciłam nakrętkę na podłogę obok
kanapy, przekłułam paznokciem folię zabezpieczającą i przeszłam z tym do
kuchni.
Postawiłam
ją na blacie, wyjęłam szklankę z szafki nad zlewem, nalałam do niej trochę wody
i wysypałam na blat dwie tabletki.
Potem
połknęłam jedną i popiłam ją wodą.
Byłam
spocona, jak po treningu i mdliło mnie.
Trzęsły
mi się wszystkie mięśnie.
Gówno.
Zostawiłam cały ten bałagan na blacie
kuchennym i poszłam do łazienki.
Rozebrałam
się w korytarzu, bo już nie miałam siły na chodzenie do sypialni i z powrotem
do łazienki.
Weszłam
do brodzika, zdjęłam z zaczepu słuchawkę prysznicową i odkręciłam wodę, żeby
się chociaż trochę obmyć.
Nie
myślałam nawet o umyciu głowy, bo nawet porządne umycie całego ciała z gipsem
na lewym przedramieniu (żeby go nie zamoczyć) było problemem.
Po
umyciu dolnej połowy ciała, wytarłam się, owinęłam trochę ręcznikiem i
powlekłam do sypialni.
Tam
położyłam się na łóżku bez ubierania się, bo założenie góry od piżamy wydawało
mi się problemem zbyt trudnym do rozwiązania przy moim zmęczeniu.
Zresztą
to nie było ważne.
Rzuciłam
tylko mokry ręcznik na podłogę i naciągnęłam na siebie kołdrę.
Zasnęłam
w mgnieniu oka.
*****
Kilka godzin
później
Przez
całą noc zasypiałam i budziłam się, kiedy tylko próbowałam przez sen zmienić
pozycję ciała, po czym zasypałam ponownie.
Przez
to byłam zmęczona i rozkojarzona.
Był
wczesny świt i byłam głodna, ale przynajmniej mniej obolała.
Wstałam,
zaczęłam się ubierać i natrafiłam na kolejny problem.
Temblak
zaplątał mi się we włosy i rzepy przyczepiły się do nich, więc zdejmowanie go
było bolesne.
Nie
powinnam była spać w temblaku.
Gówno.
Udało
mi się go pozbyć, włożyłam majtki, wyjęłam z szuflady luźną koszulkę i zaczęłam
kolejne wygibasy.
O
Boże!
Jak
to dobrze, że byłam tak wygimnastykowana, bo chyba inaczej nie dałabym rady.
Wreszcie,
ubrana w tylko majtki i koszulkę, z ręką przewieszoną przez temblak, spod
którego po drodze wyciągałam włosy, przeszłam do kuchni, gdzie natrafiłam na
kolejny problem.
W
mojej kuchence gazowej zepsuła się zapalarka elektryczna i ostatnio zapalałam
gaz zapałkami, których paczki przynosiłam z klubów i barów.
Potrzebowałam
do tego dwóch rąk.
Znowu.
Skup się Sophie.
Położyłam
pudełko na brzegu blatu, urwałam jedną zapałkę, przytrzymując pudełko czubkami
palców lewej ręki.
A
potem stanęłam obok niego, przytrzymałam otwarte pudełko od góry czubkami
palców lewej dłoni i potarłam o jego brzeg zapałką trzymaną w prawej ręce.
Zapaliła
się za trzecim razem.
Trzymałam
ją w czubkach palców lewej dłoni, kiedy prawą włączałam gaz.
Chyba
powinnam kupić sobie ekspres do kawy.
I
zapalniczkę.
Wstawiłam
wodę do gotowania w czajniku i podeszłam do mojego telefonu, który poprzedniego
dnia zostawiłam w torebce.
No,
tak.
Super.
Rozładował
się, a ja nie wiedziałam nawet kiedy.
Podłączyłam
go do zasilacza i do gniazdka, a zaraz potem uruchomiłam, kiedy już się ładował.
Okazało
się, że miałam kilka nieodebranych połączeń z poprzedniego dnia.
Większość
od Sammy’ego.
Martwił
się.
Była
szósta rano, więc nie zadzwoniłam, ani nie napisałam, żeby nie drażnić jego
kobiety (zazdrosnej).
Otworzyłam
notatnik i zapisałam w nim do listy zakupów zapalniczkę i ekspres do kawy, a po
namyśle kluski i dania gotowe do odgrzewania w wodzie (a nie w mikrofalówce) i
napoje w puszkach (bo uznałam, że chyba łatwiej je otworzę niż butelki).
Woda
w czajniku właśnie się zagotowała, więc wróciłam do kuchni i zrobiłam sobie
kawę.
Przy
okazji przekonałam się, że mleko też mi się kończy, więc postanowiłam zrobić
przegląd innych produktów spożywczych w mojej kuchni.
Nie
lubiłam owsianki, więc na śniadanie zwykle robiłam sobie zapiekane tosty z
serem lub omlet.
Pieczywo
tostowe jeszcze miałam, ale sera było mało, więc też musiałam dopisać go do
listy zakupów.
Po
namyśle dopisałam też jajka, pieczywo i wędlinę, żeby nie jeździć co chwilę na
zakupy.
Zrobiłam
sobie tosty, wypiłam kawę i zjadłam, a potem z grubsza sprzątnęłam wczorajszy (i
obecny) bałagan w kuchni po zajebistym szykowaniu przeze mnie posiłków z ręką w
gipsie.
Przy
okazji przekonałam się jakim dużym problemem jest mycie podłogi z jedną ręką
skrępowaną gipsem i temblakiem.
Uch.
Przeszłam
kilka razy z sypialni do pomieszczenia gospodarczego, a potem z łazienki do
pomieszczenia gospodarczego i pozbierałam wreszcie wszystkie brudne ubrania i
ręczniki, żeby wstawić pranie.
T-shirt,
który miałam na sobie w czasie bijatyki i w szpitalu, był poplamiony krwią i
pyłem gipsowym, ale namoczyłam go w zimnej wodzie przed włożeniem do pralki i
miałam nadzieję, że się dopierze.
Przy
okazji dowiedziałam się, że problemem jest odsączanie jedną ręką z wody ubrań
wyjętych z prania ręcznego.
Cholera.
Lista
moich problemów robiła się coraz dłuższa.
Szczęśliwie
były to drobne problemy.
Dam
radę.
Znowu
rozbolała mnie ręka, więc wzięłam kolejną tabletkę przeciwbólową, a potem
zaczęłam czytać na ulotkach informacje dotyczące maści, które przepisał mi
lekarz.
Wyglądało
na to, że powinnam zacząć nimi regularnie smarować twarz.
Wczoraj.
Poszłam
do łazienki, stanęłam przed lustrem i…
O,
rany!
Znowu
nakrętka do odkręcenia.
Szczęśliwie
tym razem mniejsza i bez zabezpieczeń, więc jakoś udało mi się ją pokonać z
tylko niewielkim problemem i wysiłkiem.
*****
Trzy godziny
później
-
Nie martw się o mnie, Sammy - mówiłam do swojego telefonu, kiedy kończyłam
rozmowę z Sammy’m - Nie mam żadnych problemów. Radzę sobie. Wszystko jest
świetnie.
-
Pamiętaj, Soph, że jakby coś, to dzwoń - odparł mój facet od brudnej roboty -
Pracujemy, ale jak będzie potrzeba, to przyjadę. A za dwie godziny postawimy ci
samochód na parking.
Westchnęłam
ciężko, bo to oznaczało, że mojego Raptora będzie prowadził Hal, a, powiedzmy
sobie szczerze, nie miałam do niego największego zaufania pod tym względem.
-
Okej - mruknęłam, bo nie miałam innego wyjścia - To nara.
-
Nara, szefowo - odparł Sammy i rozłączył się.
Po
zjedzeniu śniadania położyłam się „na chwilkę” na kanapie i znowu zasnęłam snem
sprawiedliwego.
Stwierdziłam,
że to cholernie denerwujące, że tak łatwo zasypiałam przy każdej okazji i to co
godzinę lub dwie.
Widocznie
jednak mój organizm tego potrzebował.
Teraz
nadrabiałam braki informacyjne moich facetów od różnych rzeczy.
Po
poinformowaniu Sammy’ego o tym, że radziłam sobie bez problemów ze wszystkimi
codziennymi sprawami, przyszła pora, by powiadomić o moim stanie Maksima, który
był moim trenerem judo, Walla, z którym trenowałam karate i Nicka, u którego od
niedawna trenowałam kickboxing.
Dasz radę, Sophie.
Wzięłam
głęboki wdech i zaczęłam przebijać się przez ten naprawdę cholernie trudny
problem wyjaśniania każdemu z osobna tego, dlaczego ich świetne, a wręcz
zajebiste treningi nie uchroniły mnie przed złamaniem ręki i ogólnie
poobijaniem.
Gówno.
*****
Trzy godziny
później
O
Boże!
Nagadałam
się tyle, że do końca roku mogłabym się nie odzywać.
Czy
ktoś by pomyślał, że oni wszyscy poczują się odpowiedzialni za to, że trzej
popaprańcy postanowili sobie uczynić ze mnie cel zabawy, a mój dom potraktują
jak pieprzoną metę?
Byłam
ponownie głodna, spragniona i zmęczona.
Po
tej sesji rozmów zadzwoniłam więc jeszcze raz.
Tym
razem do Chińczyka, żeby zamówić Zupę Von Ton.
Wzięłam
kolejną tabletkę przeciwbólową, którą popiłam prawie pełną szklanką wody,
poszłam do łazienki i przejrzałam się w lustrze, żeby zobaczyć, czy nie
wystraszę nadmiernie dostawcy, a potem posmarowałam siniaki korektorem.
Grubo.
Nie
pomogło.
Nadal
połowa mojej twarzy była sina i napuchnięta.
Może
po prostu nie umiałam stosować korektora?
Więc
dziesięć minut później, odbierając moją cholerną zupę, starałam się nie patrzeć
na minę dostawcy i jak najszybciej zamknąć z powrotem pieprzone drzwi na klucz.
Dałam
mu taki napiwek, że chyba mimo
wszystko nie żałował.
Zupa
była jeszcze ciepła, więc zjadłam ją łyżką od razu z plastikowego opakowania, w
którym ją dostałam, wybierając z lubością pierożki.
O,
jak dobrze.
*****
Trzy godziny
później
Obudził
mnie dzwonek telefonu.
Zasnęłam
na kanapie zaraz po zjedzeniu zupy, więc pudełko stało na podłodze obok mnie.
-
Yo - odebrałam nieco zaspanym, schrypniętym głosem, kiedy zobaczyłam na
wyświetlaczu, że dzwonił Sammy.
-
Yo, Soph - przywitał się Sammy - Pomyślałem, że dobrze byłoby ci powiedzieć, że
będziemy u ciebie za pięć z twoim pickupem.
-
Och, okej - mruknęłam nieco przytomniej - Dobra.
-
Nara - rzucił Sammy i rozłączył się.
Nie
zdążyłam odpowiedzieć, ale i tak spojrzałam na swoje gołe nogi i stwierdziłam,
że muszę włożyć jakieś spodnie.
Wstałam
i powlekłam się do sypialni.
*****
Trzy godziny
później
Hal
wystraszył się jak gówno, kiedy tylko spojrzał na moją twarz.
Nie
powinnam była mu się pokazywać.
Sammy
go trochę uspokoił, ale postarał się szybko go zabrać ode mnie, żeby nie
widział moich super tęczowych siniaków za długo i nie wpadał w kolejne pieprzone
ataki paniki.
Miałam
kluczyki do mojego Raptora, dowiedziałam się, że inspektorzy kręcili nosem na
moją nieobecność podczas inspekcji i odbioru domu Upierdliwej Klientki, a potem
zapewniłam chłopaków, że nie mam żadnych problemów i radzę sobie naprawdę
świetnie, żeby zajęli się budową, a nie mną.
Pojechali.
Przełożyłam
pranie do suszarki, zrobiłam sobie kolejną kawę (znowu przypominając sobie
jakim dobrodziejstwem byłby ekspres do kawy), a potem wyciągnęłam jakieś
resztki mięsa na zimno i zrobiłam sobie kanapkę.
No
więc jednak miałam problemy.
Ale
drobne.
Z
krojeniem, smarowaniem, otwieraniem kolejnych pojemników.
Kurwa.
Zjadłam
moją ubogą kolację, popchnęłam ją porcją lodów, które jadłam dużą łyżką prosto
z pojemnika z zamrażarki, żeby się nie rozdrabniać, ogarnęłam cały bajzel na
ile mogłam tą resztką sił, jaka mi została, bo musiałam jeszcze wyjąć kolejne pranie
z suszarki.
Dałam
radę.
Żaden
problem.
A
potem umyłam się, bo uświniłam się tym całym jedzeniem, przebrałam się w piżamę
i poszłam spać.
Przed
snem jednak wzięłam jeszcze jedną tabletkę, sprawdziłam, czy na pewno zamknęłam
wszystkie zamki w drzwiach i posmarowałam twarz maścią.
Może
pomoże.
*****
Dzień później rano
No,
chyba wreszcie mój sen zaczął się regulować.
Tej
nocy obudziłam się kilka razy, kiedy kręciłam się na łóżku i przeszkadzał mi
gips, ale poprzedniej nocy nauczyłam się, że muszę spać bez temblaka i na dwóch
poduszkach.
Prawie
na siedząco.
Wtedy
moje ułożenie nie było tak niekomfortowe i nie budziłam się co pół godziny, jak
poprzedniej nocy.
Więc
rano byłam bardziej przytomna i wyspana.
Zaczęłam
planować swój dzień.
Mogłam
popracować na laptopie, jak to zrobiłam poprzedniego dnia, mogłam pojechać do
sklepu, mogłam zadzwonić do brata.
Musiałam
zrobić kolejne pranie.
Wiele możliwości.
Nienawidziłam
bezczynności, ale nie byłam pewna swoich możliwości z tym ograniczeniem, jakie
powodował gips.
Zaczęłam
do śniadania.
Dzień
wcześniej nadal jeszcze minął mi na spaniu, bo po każdej czynności czułam się
tak zmęczona, że po prostu musiałam
się położyć.
Tego
dnia jednak czułam się bardziej przytomna, więc mogłam zaplanować coś więcej
niż tylko godzinne aktywności przy laptopie.
Umyta,
ubrana, po śniadaniu i po rozłożeniu prania sprzed dwóch dni do szuflad i na
półki, postanowiłam uporać się z kolejnym moim problemem.
Musiałam
pojechać do sklepu, dopóki miałam siłę.
Robiłam
się znowu głodna, a nie miałam w domu już nic, co mogłabym sobie przygotować
sama do jedzenia (i bez problemów).
Mój
Raptor był automatem, miał kilka użytecznych czujników i kamerek, więc
prowadzenie go nie powinno być bardzo dużym problemem.
Nadal
- miałam to robić jedną ręką.
A
na dodatek zakupy wiązały się z pchaniem wózka i przykrą możliwością spotykania
ludzi w sklepie.
Pomalowałam
twarz korektorem (chyba nieco bardziej umiejętnie niż dzień wcześniej),
zaczesałam włosy tak, żeby mi ją zasłaniały, ubrałam się w luźną koszulkę i spodnie
dresowe, które nie były uciążliwe do wkładania, a nadal wyglądały wystarczająco
dobrze, jeśli bym się natknęła na kogoś znajomego, zebrałam całą odwagę, dużo
siły i…
Pojechałam.
*****
Alex
Alex
był po nocnej zmianie, przespał się dwie godziny, ale był głodny i potrzebował
uzupełnić lodówkę.
Był
głodny.
Pojechał
do najbliższego sklepu z listą krótką, ale pełną naprawdę niezbędnych rzeczy.
Na
skrzyżowaniu przed zjazdem z autostrady zajechał mu drogę ten sam Raptor,
którego kojarzył z parkingu przy kompleksie mieszkalnym Maggie, Evy, Aleka i
innych.
Kurwa.
Facet
miał naprawdę małego fiutka, żeby tak jeździć bez migacza.
Kiedy
Alex dojechał na parking przed Walmart’em, zobaczył znanego już mu zbyt dobrze pickupa i przekonał się, że
facet również parkował, jakby miał małego fiutka.
Zajął
aż dwa miejsca parkingowe i jeszcze kawałek wyspy namalowanej skośnymi pasami.
Alex zastanawiał się, czy czekać na kutasa,
czy zrobić zakupy, ale był głodny i zmęczony, więc postanowił najpierw wejść do
sklepu.
Na
te kilka rzeczy, które miał kupić nie potrzebował dużego wózka.
Wziął
koszyk i chodził między półkami.
Przy
lodówkach z paczkowanym mięsem i daniami gotowymi zobaczył kobiecą sylwetkę,
która tkwiła tak głęboko w jego podświadomości, że jego kutas natychmiast się
obudził.
Sophie!
Te
lśniące, czarne włosy spływające grubą falą na plecy i ten zajebisty tyłek w
lejących się, podkreślających go spodniach.
Zanim
zdecydował się do niej podejść, spakowała do wózka kilka paczek gotowych dań i
poszła do następnej alejki.
Alex
poszedł tam, żeby złapać swoje zakupy i chodził dalej kolejnymi alejkami po sklepie, kiedy znowu ją zobaczył.
Stała
naprzeciwko jakiejś pary, która wyglądała jak z reklamy kosmetyków lub
markowych ubrań i krzykiem oznajmiała to, czego Alex nie mógł widzieć, skoro
widział tylko plecy Sophii.
-
O mój Boże, o Boże! Sophie, moje biedactwo, co ci się stało? - kobieta krzyczała na cały sklep, jakby chciała
się upewnić, że słyszą ją wszyscy o okolicy - Wyglądasz strasznie!
Alexowi
nie podobało się to, że w tonie kobiety usłyszał wyraźne zadowolenie z faktu,
że Sophie wyglądała „strasznie”.
Ruszył
w ich stronę.
*****
Sophie
Kurwa,
kurwa, kurwa!
Moje
cholerne fatum było w naprawdę, naprawdę
gównianym nastroju do pieprzonych żartów.
Tak,
do tej pory nie miałam prawdziwych
problemów.
Teraz
miałam się przekonać, co to znaczy mieć problem.
A
na dodatek moje nerwy były napięte skrajnie, jak postronki i byłam głodna, więc
nie wiedziałam jak się przed tym bronić.
Stałam
właśnie, w tej cholernej alejce sklepowej, przy półkach z pieprzonymi makaronami,
twarzą w twarz z Paulem i Stephanie.
Z
pierdolonym Paulem i jebaną Stephanie.
Paul
był moim super przystojnym, niezwykle starannie zadbanym, zawsze bardzo dobrze
ubranym, naprawdę nieźle zarabiającym
eks narzeczonym.
Był
tego samego wzrostu, co Alex, ale był ciemnowłosy i miał piwne oczy.
Był
też palantem, cholernym dupkiem.
Certyfikowanym.
Stephanie
była kiedyś, dawno temu, moją przyjaciółką.
Fałszywą.
Miała
brązowe, idealnie przycięte, zawsze
świeżo umyte włosy, gładką, lekko opaloną, idealną
cerę, brązowe, idealnie umalowane
oczy i usta, idealnie, świeżo
zrobione paznokcie, zawsze idealnie
wypielęgnowane dłonie, które nie zhańbiły się żadną pracą fizyczną, idealnie wygładzone maniery i zero jakichkolwiek
ambicji zawodowych.
Była
też certyfikowaną suką, co potwierdzała swoim „zatroskanym” okrzykiem na cały
sklep.
Paul,
na szczęście, nie odzywał się, ale jego mina, po której widziałam, że mnie autentycznie
żałuje, była prawie jeszcze gorsza od miny Stephanie, która otwarcie (suka) wyrażała
zachwyt moim stanem.
-
Cześć, Paul - powiedziałam najspokojniej, jak mogłam - Cześć, Steph.
-
Och, Sophie, doprawdy - mruknął cicho Paul - Nie powinnaś sama jeździć na
zakupy w takim stanie.
Znalazł
się doradca.
-
Radzę sobie - odparłam, skupiając się na spokoju i stabilności.
Gdybym
się nie skupiała, uciekłabym, zaczęła krzyczeć, albo płakać.
-
Właśnie widzę - rzuciła sarkastycznie Steph, a potem nagle wyprostowała się i oczy
jej się zaświeciły na widok czegoś lub kogoś za moimi plecami.
Zlekceważyłam
to.
-
Radzę sobie bez problemów -
powiedziałam jeszcze stanowczo, ale chyba nie powinnam.
W
tej samej chwili bowiem pojawiło się tam znajome, bardzo znajome i nieoczekiwane, ale może pożądane (chociaż akurat
nie w tej chwili) ciepło męskiego ciała.
Tak
znajome i pożądane, że, wbrew sobie i temu, jak wyglądałam (i jak się czułam),
moje ciało zakołysało się do niego i cały świat został zredukowany do tego
ciepła.
Alex.
Tęskniłam,
chociaż nie chciałam się do tego przyznać.
-
Tu jesteś, kochanie - mruknął mi do ucha, kiedy nieomalże odwróciłam się, żeby
dotknąć ustami do jego policzka i wrzucił do mojego wózka kilka rzeczy - Kto
to? Znajomi?
-
Tak, kotku - powiedziałam nieswoim głosem, kiedy wysiliłam się na spokój - starzy znajomi.
Alex
stał nieco z mojej prawej strony, za moimi plecami, więc uznałam, że mogę zaryzykować
bez wstrząsu dla niego i odwrócić się lekko w jego stronę.
Zobaczyłam,
że nie patrzył na mnie, tylko na Steph i Paula ze starannie pustą, zamkniętą
twarzą.
-
Alex, poznaj, proszę, mojego byłego
narzeczonego i moją byłą przyjaciółkę
- wskazałam niedbale prawą ręką na parę stojącą naprzeciwko mnie (teraz z nieco
innymi minami).
Opuściłam
dłoń na rączkę wózka i patrzyłam na nich bez złości.
-
To Alex - dodałam w ich stronę bez wyjaśnień i kiwnęłam głową w jego stronę,
niechby sobie pomyśleli, co im wpadnie do głów.
-
Hej - usłyszałam ciche powitania i zobaczyłam skinienia głów.
Postanowiłam
nieco wyjaśnić Alexowi.
-
Paul, aby mi pokazać jak bardzo mu zależało na naszym związku, wspaniałomyślnie
zerżnął Steph w noc przed naszym ślubem. Tak się złożyło, że było to zaraz po
próbie i próbnej kolacji, kiedy miałam zgodnie z tradycją zanocować u moich rodziców
- dodałam całkiem spokojnie (jak na mnie).
Patrzyłam
przy tym bez uśmiechu wprost na tamtą dwójkę.
-
Nie musisz być wulgarna - powiedziała wyniośle Steph, przerzuciła włosy przez
ramię na plecy i podniosła wysoko głowę - …znowu.
-
Och, jak mi przykro… - rzuciłam do niej tonem wprost ociekającym sarkazmem - że
musiałam wrócić do naszego mieszkania po laptop. To było takie wulgarne zastać
was dwoje nago w naszym łóżku, kiedy ujeżdżałaś go całkiem nie-wulgarnie.
-
Soph… - zaczął Paul i widziałam w jego oczach jakieś wahanie, ból, ale nie
obchodziło mnie to.
Miałam
dość.
Stephanie
patrzyła na mnie z obrazą, ale, cóż, nie zmieniła się, nie uznała tego, co
zrobiła za złe, czy chociażby nieetyczne.
Obraza
dotyczyła tego, że ujawniłam bez patyczkowania się charakter naszej znajomości
facetowi, z którym, najwyraźniej, byłam, a ona nie mogła nadal pokazywać, jak
bardzo było jej mnie żal.
-
Nie żegnam się - powiedziała.
Następnie
odwróciła się do mnie tyłem i skinęła ręką na Paula.
-
Chodź, kochanie - powiedziała do niego - Ona się nie zmieniła.
Paul
skinął głową jakby z lekkim wahaniem, ale poszedł za nią.
I
zniknęli.
I dzięki Bogu - pomyślałam.
- I dzięki Bogu - wymamrotał wtedy Alex, powtarzając
moje myśli, co mnie zaskoczyło jak cholera.
Dlatego,
zapominając całkiem o moim wyglądzie, odwróciłam się do niego całkiem przodem i
natychmiast tego pożałowałam.
Gówno.
*****
Alex
Jezu
Chryste!
Alex
nienawidził tego oglądać, ale jeszcze bardziej nienawidził tego, że widział to
były narzeczony Sophie i jej była przyjaciółka, którzy, oczywiście, byli
razem po tym, jak zdradzili Sophie.
Kiedy
usłyszał zjadliwy ton tamtej suki, natychmiast wyjął swoje rzeczy z koszyka, porzucił
go na mijanej półce, ciesząc się jak cholera, że nie wziął wózka i poszedł do
nich.
Kiedy
wrzucał rzeczy do jej wózka, zwracał uwagę na tamtą parę popaprańców, więc nie
zobaczył w jakim stanie była Sophie.
A
teraz starał się nie gapić.
Kurwa.
Twarz
Sophie była tęczowa i lekko opuchnięta, co było widoczne nawet pod korektorem,
którego zastosowała całkiem sporo (ale bez efektu).
I
do tego miała rękę na temblaku, a z gipsu, który pokrywał całe jej lewe
przedramię, wystawały tylko czubki palców.
-
Dziękuję za pomoc - powiedziała zimno Sophie i wyprostowała się dumnie,
najwidoczniej zauważając jego minę.
-
Nie ma za co - mruknął Alex i dodał - Potrzebujesz
pomocy.
-
Nie! - powiedziała Sophie zawziętym, pewnym,
mocnym głosem - …radzę sobie bez problemów.
Oczywiście.
Już
to widział.
-
Racja - mruknął Alex - Więc tylko odprowadzę cię do samochodu.
-
Nie. Dziękuję - powiedziała Sophie.
-
Sophie… - zaczął, ale mu przerwała jakby ze złością.
-
Nie musisz jechać do swojej blondynki? - warknęła.
-
Nie - odparł krótko Alex, chociaż zaczynała go wkurzać.
Sophie
bez pożegnania ruszyła przed siebie energicznie, pchając wózek brzuchem i wyciągając
po drodze telefon.
Wkurzona?
Alex
naszykował się na to, że zadzwoni po przyjaciela i spławi go, żeby kontynuować
swoje zakupy, ale ona tylko otworzyła notatnik i szukała czegoś na półkach.
Czyżby
była tam sama?
W
takim stanie?
Kurwa.
Alex
szedł za nią, nie za blisko, żeby się nie denerwowała, ale też niezbyt daleko,
żeby jej nie zgubić, tylko pilnować.
Nie
wiedział dlaczego, ale czuł, że musiał się nią zaopiekować.
I
dobrze zrobił, bo nie zapanowała nad mocno już wyładowanym wózkiem dwa razy na pieprzonych
zakrętach, pchając go jedną ręką (i to z telefonem) i musiał ją ratować.
-
Może zwolnisz? - zasugerował w końcu.
Westchnęła
się, zatrzymała i spojrzała na niego.
-
Okej - mruknęła zrezygnowana i odsunęła się od rączki wózka.
Alex,
zdziwiony jak cholera, złapał ją i spojrzał na Sophie.
Jej
twarz była blada, a usta wygięte, w dziwnym wyrazie jakby zmęczenia lub
zniechęcenia, który nie podobał się Alexowi, bo nie pasował do tej Sophie, jaką
znał.
Znowu
patrzyła w dół na swój telefon.
-
Jeszcze ekspres do kawy - mruknęła - i zapalniczka.
Alex
zmarszczył brwi, ale bez pytania zawrócił na stoisko z artykułami
przemysłowymi.
Wybrali
wspólnie ekspres do kawy, podczas czego Alex sugerował różne funkcje, a Sophie,
o dziwo, słuchała.
Kiedy
zobaczyła jego minę, odezwała się.
-
No, co? - mruknęła zniecierpliwiona, ale bez złości.
-
Nic - mruknął Alex.
-
Nie znam się na tym - powiedziała Sophie wyjaśniająco .
-
To czemu sama to kupujesz? - zdziwił się Alex.
-
Bo trudno z tym zapalić gaz, a co dopiero sobie zrobić kawę - wskazując brodą
na gips, wymamrotała wyjaśnienie, które powiedziało Alexowi jedno: sama sobie gotowała i robiła kawę!
Wyprostował
się i popatrzył na nią uważniej, podczas gdy ona już odwróciła się w stronę
półek.
Nigdy
nie przyszło mu to do głowy.
Sophie
zawsze była sama.
Wszędzie,
gdzie ją widział.
Nie
widywał jej nigdy w towarzystwie kogokolwiek,
kto cholernie przejmowałoby się tym, że wychodziła w środku nocy z klubu z
obcym mężczyzną, że znikała z przyjęcia ślubnego lub z pieprzonej imprezy przy sąsiedzkim
grillu.
Jak
i on.
Nim
też nikt się nie przejmował, bo nie miał bliskiej rodziny, a z mamą rozmawiał
zwykle tylko przez telefon.
Może
jednak miała problemy, wbrew temu, co
sama mówiła.
Może
potrzebowała jego pomocy, chociaż, najwyraźniej, nie chciała się do tego
przyznać.
Alex
postanowił to sprawdzić.
Nawet
jeśli Sophie by go odpychała.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńSuper ❤️
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń