Rozdział 18
Sophie
Miesiąc później
Thanksgiving
spędziliśmy rodzinnie, w rozjazdach.
Był
właśnie wczesny wieczór i jechaliśmy Mustangiem do Richmond, by zjeść kolację z
Vito i jego rodziną.
Minione
tygodnie wypełnione były pracą, rozmowami, przyjaciółmi i rodziną i miałam
nadzieję, że tak zostanie.
Lubiłam
to.
Nie.
Kochałam to.
Pod
koniec października spadł pierwszy śnieg, więc nie było mowy o tym, żeby
rozpocząć budowę Domu Nad Potokiem, ale miałam już pełną akceptację planów od
Iriny i Irvinga, moich klientów, przyszłych właścicieli tego domu.
Rysowałam
plany szczegółowe, które ustalaliśmy przez e-maile.
Zdobyłam
wstępne pozwolenia.
Geodeta
zgodził się pracować pewnego cieplejszego dnia, pomimo leżącego śniegu (na
szczęście nie było go dużo).
Więc
to też mieliśmy z głowy.
Reszta
mogła przyjść pomalutku, bo do wiosny nie mieliśmy szansy na prace w terenie (w
naszym klimacie, Pfff, zapomnij).
To
samo dotyczyło prac nad drugim domem, ale tam miałam prostszą sprawę ze względu
na to, że w tym miejscu stał już wcześniej
dom.
Był
odrobinę mniejszy, niż nowy, wymarzony, ale chcieliśmy z właścicielami utrzymać
w elewacji ten sam styl, który występował w okolicy, więc pozwolenia można było
dostać nieomalże od ręki.
Tuż
przed Halloween zgłosił się do mnie jeszcze jeden potencjalny klient.
Powiedziałam
mu, że buduję dwa domy i musiałby poczekać.
Kilka
dni temu dostałam odpowiedź, że zgadza się poczekać, ale nadal nie znałam jego
wymagań, wyobrażeń, więc i tak mogło się okazać, że nie przyjęłabym tego
zlecenia.
Zobaczymy.
Mogłam
powybrzydzać.
Alex
był dumny z tego, że byłam taka rozchwytywana.
Dumny ze mnie.
A
ja byłam szczęśliwa, że mogłam mu to dać.
Wykańczaliśmy
z chłopakami Dom Pod Zielonym Dachem, co wiązało się z decyzją dotyczącą mebli,
które składowałam w wynajmowanym przeze mnie magazynie i tych, które miałam w
mieszkaniu.
Rozmawiałam
o tym z Alex’em, bo chciałam, żeby ten dom był nasz, żeby Alex też dobrze w nim się czuł.
Ale
nie pomagał.
Przytakiwał
mi we wszystkim i nie miał własnych pomysłów.
Uch!
Więc
zdecydowałam niedawno, że urządzę cały dom po swojemu, a Alexowi pracownię -
studio do malowania.
Nie
mogłam wymyślić, które z pomieszczeń naszego domu nadawałoby się do tego, bo
musiałoby mieć jednocześnie wentylację, światło i łatwy dostęp z reszty domu.
Potem
przyszło mi do głowy wyodrębnienie części pomieszczenia, które przeznaczyłam na
składzik przy garażu i dobudowanie do niego szklanych ścian zewnętrznych, żeby
je powiększyć i sufitu w stylu oranżerii.
Okna
wychodziłyby na główny taras, ale mogłabym zasłonić okna częściowo pergolą lub,
lepiej, „zieloną ścianą”, żeby Alex miał swoją prywatność, jeśli natchnienie
naszłoby go wtedy, kiedy mielibyśmy gości.
Widziałam
takie rozwiązanie w magazynie branżowym, więc mogłam poszukać sposobu na
wykonanie tego, ale dopiero wiosną, kiedy znowu będzie można budować.
Na
razie przenieślibyśmy rzeczy Alexa do składziku, żeby nie miał studio tak
daleko od domu i żebym ja miała go bliżej siebie.
Na
tę rozmowę przeznaczyłam sobie czas po
Thanksgiving.
Nasze
myśli obecnie zajmował ślub Maggie i Davida, który miał odbyć się w Boże
Narodzenie.
O,
Boże kochany!
Kilka
lat temu nikt nie wmówiłby mi, że
kiedykolwiek będę się przejmowała ślubem przyjaciółki.
Ba,
nie myślałam, że będę miała przyjaciółki.
Byłam
naprawdę szczęśliwie podekscytowana.
Szalenie.
Alek
i Sam (chociaż głównie Alek) planowali wszystko i nie pozwalali nam się wtrącać
nawet w wybór sukienek, jakie miałyśmy wszystkie mieć na sobie jako druhny.
To
było zabawne.
Mogłam
zauważyć, że dziewczyny się przed tym nie broniły, ale zrozumiałam to dopiero
po usłyszeniu jego propozycji.
Alek
omawiał je z nami szczegółowo.
Wielokrotnie.
Wszystkie
nasze sukienki były w tym samym stylu, ale każda z nich była tak naprawdę inna.
Każda
z nas miała sukienkę, która do niej pasowała najlepiej.
Również
kolorem.
Podkreślała
jej kształty, tuszując niedoskonałości (przynajmniej w opowiadaniach Aleka i na
rysunkach krawcowej).
Wprost
nie mogłam się doczekać pierwszej przymiarki, którą miałyśmy mieć w następnym
tygodniu.
Moja
sukienka miała być, oczywiście, bordowa.
À propos sukienek - to
zaczęło się od Halloween.
Noc
Halloween spędziliśmy we dwójkę z Alex’em włócząc się po imprezach miejskich,
chodząc razem z rozbawionym tłumem od parku i placu miejskiego po kolejnych
parkach i placach.
Miałam
na sobie kostium andaluzyjskiej księżniczki.
Dla
żartu.
Była
to czerwona, długa do kostek suknia z czarnymi wykończeniami w postaci koronek
i z czarnym stanikiem, ale miała duży dekolt na plecach, a noc była zimna, więc
musiałam na nią założyć grubą czarną chustę z czerwonymi frędzlami, którą
owinęłam się na krzyż przez piersi i zawiązałam na plecach.
Suknia
była obcisła w talii, na biodrach i do połowy ud, a poniżej miała sute czerwone
falbany, które miotały mi się wściekle, kiedy szłam energicznie, biegłam lub
kręciłam się dookoła Alexa.
Niestety,
musiałam założyć do niej botki na obcasie (na szczęście, niewysokim).
Podobne
jak przy spódnicy, falbany były przy rękawach od łokcia do dłoni, czego już nie lubiłam, bo mi przeszkadzały.
Włosy
spięłam w gruby kok na karku, a nad nim i za uszami wpięłam w nie duże czerwone
kwiaty z aksamitu.
Umalowałam
się na wampirzycę, skoro to było Halloween, ale dla Alexa ważniejsza okazała
się sukienka.
Alex
częściowo dostosował się do mojego stroju swoim (powiedziałam mu ogólnie co
zamierzałam założyć), chociaż nie chciałam, żeby to robił, bo pasujące do niego
kolory były inne niż moje.
Miałam
jednak do niego zaufanie, bo miał dobry gust, więc pozwoliłam mu zrobić mi
niespodziankę.
Była
fantastyczna.
Strój,
który (również dla żartu) włożył wtedy Alex był w stylu Gothic, w wersji Devil.
Czarne,
eleganckie chinosy do czarnych butów i, najlepsze: czarny, długi, wyglądający
na aksamitny płaszcz, zapinany na guziki z pętelkami ze sznurków, ze stójką pod
szyją i sztywnymi mankietami.
Z
nielicznymi czerwonymi dodatkami i wykończeniami.
A
do tego włosy zaczesane do tyłu i szare cienie pod oczami.
Omójbosze!
Wyglądał
tak zabójczo, tajemniczo i
przystojnie, był taki gorący, że
zawahałam się, czy na pewno chcę z nim wychodzić.
Miałam
ochotę zostać z nim w domu i natychmiast go z tego rozebrać.
Zerwać to z niego.
Jego
wzrok, kiedy zobaczył mnie w mojej sukni, powiedział mi, że i on chciał zrobić to
samo ze mną.
Nie
uznał tego za żart i mój wygląd był przyjęty przez niego super poważnie, wręcz za bardzo poważnie.
Jego
oczy pociemniały i tak na mnie patrzył, że dosłownie dyszałam.
Ale
wyszliśmy, bo postanowiliśmy (właściwie bez słów), że tym razem opóźniona
gratyfikacja może okazać się dla nas zbawienna.
Szybkiego
seksu mieliśmy nadmiar na co dzień.
Cały
kompleks był udekorowany dyniami, suchymi gałązkami z pajęczynami, mumiami i
duszkami.
Kiedy
wychodziliśmy z mieszkania, było już ciemno, więc wszystko spowijała poświata
przyćmionych ledowych światełek i nastrój zabawy.
Byłam
szczęśliwa.
I
tak podekscytowana, że cały czas podskakiwałam z niecierpliwości, żeby szybko dołączyć
do ludzi na pochodzie w mieście.
Pojechaliśmy
Mustangiem, cały czas czułam, skierowane na mnie, szczęśliwe spojrzenia,
rzucane przez Alexa i wiedziałam, że cieszył się, że mi to dawał.
A
jeszcze bardziej szczęśliwi byliśmy cztery godziny później,
Kiedy
wróciliśmy do mieszkania, zmęczeni, ale mocno podnieceni i Alex mi pokazał,
jakie zalety mają sukienki.
Podciągnął
mi spódnicę do pasa, zsunął ze mnie do kolan to, co musiałam pod nią mieć ze
względu na chłód zimowej nocy i wypieprzył mnie w ubraniu.
W
korytarzu wejściowym.
Tuż
za progiem.
Obiecałam
sobie, że nie będę zakładała bielizny pod sukienki i spódnice, jeśli zdarzy mi
się je nosić.
A
chyba mogłabym zaplanować noszenie
ich częściej (i kupić kilka), jeśli tak podobały się Alexowi.
A
podobały się, co pokazywał mi potem przez całą noc.
Dlatego
właśnie na Thanksgiving założyłam kolejną sukienkę.
Jedną
z tych, które kupiłam niedawno w butiku Aleka i Sama.
Ta
była bordowa, rozcięta z przodu od góry do dołu, z szeroką spódnicą, zapinana w
pasie dużym, ozdobnym, czarnym guzikiem na skosie materiału z prawej na lewą
stronę talii (dodatkowe guziki miała ukryte pod materiałem na skosie w prawą
stronę oraz przy dekolcie i poniżej pasa) i miała bardzo duży dekolt otoczony szerokim kołnierzem.
Taka
nieco bardziej elegancka (i seksowna) szmizjerka.
Miałam
do niej czarne botki na koturnie i czarną torebkę, a teraz miałam na sobie
jeszcze czarny płaszcz (i czerwony szal).
I
od południa odwiedzaliśmy przyjaciół i rodzinę.
Do
niektórych tylko zadzwoniliśmy z życzeniami.
W
południe odwiedziliśmy Evę i Jimmy’ego, by zawieźć prezenty dla Davie’go, który
niedługo kończył miesiąc, a przy okazji też dla Marii i Matta, bo nie mogli
zostać bez drobiazgów na pocieszenie, kiedy ich brat dostawał prezent.
Dowiedzieliśmy
się, że oboje starsze dzieci mówiły do Evy mamo, a do Jimmy’ego tato.
Mało
się (znowu) nie popłakałam.
Stanowczo:
robiłam się strasznie miękka.
Potem
byliśmy na lunchu u Marii, gdzie zaczęła się zbierać cała rodzina, więc było
hałaśliwie i radośnie.
Nie
mieliśmy okazji porozmawiać, bo co chwilę przyjeżdżał ktoś nowy, aż uciekliśmy,
żeby móc odjechać Mustangiem, zanim go całkiem zastawili.
Wstąpiliśmy
na krótko do naszego mieszkania, żeby zabrać przygotowane przez nas dania.
Lana
miała wystraczająco dużo pracy, więc powiedzieliśmy jej, że przygotujemy
niektóre.
Muszę
się przyznać, że „na krótko” wiązało się z szybkim numerkiem, do którego doszło
po tym, jak Alex sprawdził, że nie włożyłam bielizny (miałam na sobie pończochy
samonośne, więc wcześniej mógł się tego tylko domyślać, skoro ubierałam się
częściowo w łazience, żeby nie widział).
A
potem musiałam się umyć, uczesać i na nowo pomalować, ale nie miałam nic
przeciwko temu.
Zabraliśmy
nasze półmiski: Alex zapiekankę z zielonej fasoli, której nie pozwolił mi nawet
spróbować, a ja jabłecznik, które zrobiła dwa, żeby spróbować jeden i nie
narażać się na pośmiewisko, jeśli byłby niejadalny.
Na
szczęście był dobry (Alex powiedział, że pyszny!).
I
pojechaliśmy po Mamę Juliet.
Zabraliśmy
ją bowiem ze sobą do Richmond.
Juliet
uparła się, więc przygotowała tradycyjny farsz, do którego Lana miała
przygotować grzanki.
Spakowaliśmy
to wszystko do bagażnika Mustanga, Juliet usiadła z tyłu (na własne żądanie), a
ja na miejscu pasażera obok Alexa.
Tak
właśnie jechaliśmy.
*****
Alex
Trzy godziny
później
Alex
patrzył na swoją kobietę, na bijące z niej szczęście, zadowolenie z tego, że
miała rodzinę i przyjaciół przez cały dzień przy sobie i był zadowolony z tego,
że mogli to mieć, że mógł jej to dać.
Nie.
Nie
był zadowolony.
Był
naprawdę bardzo, bardzo szczęśliwy.
Przez
ponad miesiąc była coraz bardziej sobą: żywiołowa, radosna, pełna entuzjazmu.
To
z niej wprost wybuchało.
Przy
każdej okazji.
A
Alex to kochał.
Byli
właśnie po kolacji, dzieci objadły się tak, że nie chciały iść spać, więc byli
wszyscy skupieni w dużej bawialni.
Oprócz
nich była jeszcze siostra Lany z rodziną (przyszli tuż po kolacji, w sam raz na
deser), również z małymi dziećmi, więc bawili się wszyscy na podłodze.
Sophie
siedziała z nimi na dywanie, ale głowę miała zwróconą do brata i bratowej i
opowiadała z zapałem o swoich najnowszych projektach.
Taka
rozjaśniona pasją była jeszcze piękniejsza.
Mama
Alexa patrzyła na nią z rozczulonym wyrazem twarzy, a potem spojrzała tak samo
na Alexa.
Kochała
Sophie.
Nie
tylko ze względu na Alexa, ale również dlatego, że Sophie po prostu była taka,
jaka była.
Trzeba
było ją kochać i, jak ktoś ją znał, po prostu to robił.
Alex
słuchał rozmów, ale wspominał podziękowania, jakimi dzielili się przy wspólnym
stole.
Sophie
długo dziękowała, za wiele rzeczy.
Znał
to wszystko na pamięć.
Powtarzała
mu to często i przy każdej okazji.
Tak
często, że uwierzył, że to on dał jej to wszystko.
Ale
dla niego najważniejsze, najcenniejsze ponad wszystko inne było to, co
powiedziała Maria (a tego dnia to powtórzyła, chociaż innymi słowami).
Że
dał jej ją.
Że
wreszcie była sobą.
Więc
jego podziękowania były o wiele
krótsze.
-
Dziękuję za Sophie - powiedział, kiedy już podziękował za możliwość bycia tam z
nimi i jego mamą, bo te trzy słowa wyrażały wszystko to, czego nie umiał
powiedzieć.
Wyraz
jej twarzy (i jej brata, i bratowej, i jego mamy) powiedział mu, że zrozumiała,
co chciał powiedzieć.
*****
Tydzień później
Przeprowadzali
się.
Sophie
zapytała go, czy zgadza się na przeniesienie jego studio do pomieszczenia,
które przeznaczyła na składzik obok garażu w ich domu i zaczęła coś mówić o
planowanej przeróbce tego tak, żeby miał tam więcej miejsca i światła, ale nie
dał jej dokończyć.
Pomysł,
że byłby podczas malowania bliżej niej, był tak fantastyczny, że przerwał jej w
połowie gorącym pocałunkiem i pokazał jej w sposób niewerbalny, jak bardzo się z
tego cieszył.
Chociaż
ten sposób był bardzo głośny z jej
strony.
I
wcale nie taki szybki lub krótki, bo mieli tego dnia mnóstwo czasu dla siebie i
w pełni to wykorzystał.
Sophie
razem z facetami z jej ekipy przewiozła do ich domu meble, które miała po
rodzicach, więc Alex miał okazję przekonać się, że nie przemyślał sprawy, kiedy
odmówił wzięcia udziału w wymyślaniu, jak powinien być urządzony ich dom, bo
było ich bardzo dużo.
Chociaż
nie żałował.
Sophie,
jak zwykle, miała super pomysły, a w ich domu było bardzo dużo przestrzeni,
więc teraz tylko chodził tam i oglądał te wszystkie powierzchnie, na których
mógłby w przyszłości pieprzyć swoją Sophie.
W
ich sypialni stało jego duże łóżko, a cała ściana, w której były drzwi do
garderoby, była pokryta lustrami.
Część
z tego stanowiły lustrzane drzwi z jego starej garderoby, a resztę naklejone na
ścianę lustra, które sięgały od podłogi do sufitu.
Ich
apartament główny był przestronny, jasny, z dużą łazienką, w której była duża wanna
z funkcją jacuzzi i
prysznic.
Mieli
również wyjście na ich prywatny taras.
Teraz
zasypany śniegiem.
Na
ścianie przy drzwiach Sophie poprosiła Alexa, żeby mogła zawiesić obraz
przedstawiający jej piersi.
Alex
to uwielbiał.
Sophie
miała w ich domu swój gabinet z deską kreślarską, komputerem i mnóstwem półek
ze skoroszytami z wejściem prosto do salonu, ale z drzwiami, które dało się szczelnie
zamknąć, gdyby on miał tam swoich gości, a ona chciałaby popracować.
Mieli
również, jeszcze nie do końca urządzone, z wejściami z oddzielnego korytarza, trzy
pokoje gościnne z łazienkami na wypadek, gdyby przyjechała do nich w odwiedziny
rodzina Vito lub inni goście.
Albo,
kiedyś, dla ich dzieci.
Stał
nad rozpakowywanym pudłem w ich nowej kuchni, kiedy Sophie weszła z
pomieszczenia gospodarczego, gdzie rozpakowywała inne.
Podniósł
głowę, uśmiechnął się do niej i zostawił to, co robił.
Podszedł
do niej, złapał ją, pociągnął ze sobą, żeby przeszli do salonu i oboje opadli
na kanapę, która stała niedaleko, a którą Sophie kupiła niedawno razem z mamą
Alexa w sklepie Soniji.
Alex
siedział z boku niej i odgarnął włosy Sophie z oczu, a ona objęła go za
ramiona.
-
Wyjdziesz za mnie? - spytał od niechcenia, patrząc na swoje palce, przesuwające
się po jej czole.
-
Co? - szepnęła Sophie i zamarła, zamrugała, ale jednocześnie zacisnęła obie
ręce na jego karku.
-
Wyjdź za mnie, Księżniczko - zamruczał Alex, pochylając się do jej ust, ale
zawisł tam, żeby usłyszeć, co miała mu do powiedzenia.
Nie
był spokojny.
Ani
trochę.
Bał
się jej odpowiedzi jak cholera.
Ze
zdenerwowania zaciskały mu się mięśnie karku i musiał wkładać całą siłę woli,
żeby je rozluźnić.
-
Tak - szepnęła Sophie i uśmiechnęła się niepewnie przy jego ustach, a wtedy
Alex poczuł tak wielką ulgę, że prawie można było usłyszeć trzask
rozluźniających się jego mięśni i pocałował ją.
Sophie
wspięła się na jego kolana i usiadła na nich okrakiem.
Ale
Alex musiał coś jeszcze zrobić, więc wstał, podnosząc ją z sobą i jedną ręką
sięgnął do tylnej kieszeni dżinsów.
Wiedział,
że jego Sophie utrzyma się na nim nogami wokół jego bioder i rękoma wokół jego
ramion, ale, na wszelki wypadek, podtrzymywał ją jedną ręką pod tyłkiem.
Wyjął
palcami to, co miał schowane w kieszeni, usiadł z powrotem, złapał ją za lewe
ramię i przeciągnął jej dłoń między nich.
A
potem wsunął na jej palec pierścionek, który kupił ze swoją mamą, bo chciał,
żeby Sophie miała coś tak wyjątkowego, jak ona sama.
Pierścionek
był z żółtego złota z czarnymi diamentami i dużym onyksem.
I
pasował idealnie.
*****
Sophie
Dwa dni później
Stałam
nad ostatnimi pudłami, do których spakowałam moje i Alexa ubrania z szafy w
mieszkaniu, kiedy ją ostatecznie opróżniałam.
Kończyliśmy
naszą przeprowadzkę.
Alex
pojechał do studio, żeby je ostatecznie zwolnić, podpisać papiery i opłacić
(kaucję mieli mu przesłać na konto, ale była połowa miesiąca, więc zarządca
miał się zorientować, jak wyglądała ostatnia płatność).
Zniosłam
część pudeł, do których spakowałam zawartość szafek kuchennych i lodówki do
Raptora, a te miałam zabrać niespiesznie, pojedynczo i pojechać do naszego
domu.
Nasz dom.
Spojrzałam
na swoją lewą dłoń.
Uśmiechnęłam
się na wspomnienie oświadczyn Alexa.
Chciał
być wyluzowany, ale mnie nie oszukał.
Czułam
jego zdenerwowanie, napięcie jego mięśni i późniejsze szczęście, kiedy
powiedziałam tak.
Kochałam
go, wiedział o tym, ale nadal nie był pewien siebie, nie sądził, że to, że
poprosił mnie, bym była z nim na dobre i na złe, było czymś najwspanialszym, było
spełnieniem największego marzenia, jakie kiedykolwiek
miałam.
A
pierścionek był cudny.
Idealny.
Pasował
do mnie, do mojego charakteru, był dokładnie
w moim stylu.
Kochałam
to.
Kiedy
Alex usłyszał moją odpowiedź i włożył ten pierścionek na mój palec, nie zwlekał
ani sekundy, żeby mi pokazać, jak bardzo się cieszył.
Ochrzciliśmy
nową kanapę, a potem jeszcze naszą nową sypialnię przynajmniej trzy razy,
chociaż to łóżko już przeżyło nasz seks, więc nie można powiedzieć, że je
„ochrzciliśmy”.
Potem
poszliśmy pod prysznic i tam również zrobiliśmy to pierwszy raz.
Spędziliśmy
w ten sposób całą noc w naszym nowym domu, świętując nasze zaręczyny w różnych miejscach.
A
następny dzień spędziliśmy informując o tym naszych bliskich (nie o
świętowaniu, ale o zaręczynach).
Alex
pojechał do pracy na szóstą rano, więc ja zadzwoniłam do dziewczyn.
Poczekałam
na czas jej śniadania z dzwonieniem do Alice, ale Eva i Maggie przecież i tak
wyprawiały swoich mężczyzn do pracy, więc do nich zadzwoniłam zaraz po tym, jak
Alex wyszedł z domu.
Ten
pisk ich szczerej radości będę miała w moich obolałych uszach jeszcze przez
tydzień, zanim mi się zagoją.
Potem
zadzwoniłam do Vito.
Wcale
nie było lepiej.
Tylko
zamiast pisku, usłyszałam huk.
Też
szczęśliwy.
A
do Mamy Juliet pojechaliśmy razem z Alex’em zaraz po jego powrocie z pracy,
chociaż był zmęczony i godny.
Uprzedziłam
ją, więc miała dla niego kolację.
A
on mi to dał.
Możliwość
pochwalenia się; powiedzenia Juliet, że byliśmy szczęśliwi.
Kiedy
o tym myślałam, zadzwonił mój telefon.
Wyjęłam
go z kieszeni i spojrzałam na wyświetlacz.
Przeczytałam
Alex Dzwoni, więc odebrałam z
uśmiechem - Hej, kochanie.
-
Kochanie nie pożyje długo, jeśli tu zaraz nie przyjedziesz - usłyszałam syczący,
obcy, zły, bardzo zły, wręcz złowrogi głos.
O, Boże!
Zamarł
mi oddech, więc ledwie wykrztusiłam z siebie pytanie:
-
Gdzie Alex? - a potem wysokim głosem krzyknęłam - Co mu zrobiłeś?!
-
Nic. Jeszcze… - usłyszałam zimny głos - Chcę ciebie. Masz tu być zaraz. Sama. Żadnych glin.
I
rozłączył się.
Patrzyłam
przez dwie sekundy na swój telefon i miałam pustkę w głowie.
Potem
przez moją głowę niczym błysk przemknęło wszystko to, co mieliśmy, co
dostaliśmy w ciągu tych ostatnich tygodni, a co mogliśmy stracić.
A
potem zadziałały treningi z Maksimem i skupiłam się na problemie.
Po
pierwsze nie rób dokładnie tego,
czego żąda złoczyńca.
Skup się, Sophie.
Do
kogo mogłam zadzwonić?
Chłopaki
mieli ten dzień wolny do szóstej po południu.
David
pomógł mi poprzednio, więc na pewno miał
możliwości pomocy.
Znał
odpowiednich ludzi.
Wiedział,
co robić.
Znowu
podziękowałam w myślach Bogu (i Alexowi) za przyjaciółki.
Wybrałam
numer do Maggie.
Odebrała
po trzecim dzwonku.
-
Hej, Sophie - powiedział cicho - jestem w pracy i mam spotkanie.
-
Przepraszam, Maggie, ale potrzebuję numer do Davida - powiedziałam bez powiania
surowo, nerwowo i wiedziałam, że, po moim głosie, Maggie wiedziała, że to bardzo ważne.
-
Okej - szepnęła.
Natychmiast
się rozłączyła i parę sekund później dostałam SMS’a z wizytówką z numerem do
Davida.
Wybrałam
go i odebrał dość szybko, ale ostrożnie:
-
Tak?
-
David - powiedziałam, cały podczas tego wszystkiego zbierając się do wyjścia,
więc miałam już na sobie buty, a teraz chwyciłam kurtkę - Tu Sophie. Mam
problem.
-
Mów - rzucił David i usłyszałam, że się poruszał, czyli był gotów natychmiast
ruszyć mi z pomocą.
Dzięki Bogu!
-
Zadzwonił ktoś z telefonu Alexa, że mam się stawić w jego studio, albo mu
zrobią krzywdę - wyjaśniłam, nie zastanawiając się nad tym, że David nie
wiedział o tym, że Alex miał studio -
Powiedzieli, że mam nie zawiadamiać…
-
Nie istotne - przerwał mi David - Gdzie to studio?
Podałam
adres i powtórzyłam cicho to, czego David prawdopodobnie się spodziewał -
Zabronił mi dzwonić na policję.
Zatrzymałam
się na sekundę z ręką na klamce.
-
To nieważne - rzucił David, najwidoczniej, słyszalnie, wychodząc ze swojego
domu do garażu - Zadzwoń do Vice’a.
-
Okej - szepnęłam.
-
I, Sophie - powiedział jeszcze David - Nic nie rób. Poczekaj.
-
Okej - szepnęłam znowu, ale nie miałam zamiaru posłuchać.
Rozłączyłam
się i wybiegłam na galerię, zamknęłam za sobą drzwi na klucz i zbiegłam po
schodach.
Pomyślałam,
że nie powinnam jechać zbyt szybko.
Powinnam
dać czas Davidowi.
Ale
byłam zdenerwowana.
Mój
był połączony z samochodem przez bluetooth, więc jadąc zadzwoniłam do agenta Vice’a,
ale, mówiąc mu to, co powiedziałam Davidowi, nie powiedziałam mu nic o Davidzie
i poprosiłam o ostrożność.
Powiedział
mi to, co David.
Nic nie rób.
Nie
zamierzałam posłuchać.
Musiałam
coś zrobić.
Kiedy
dojechałam na miejsce, było ciemno i cicho.
Przed
studio Alexa stał jego Mustang i nic więcej.
Zaparkowałam,
wysiadłam ostrożnie, podeszłam do drzwi i zapukałam.
*****
David
Byli
zgranym zespołem po wielu wspólnych akcjach.
Zorganizowali
się w mniej niż pięć minut.
Nieco
ponad dziesięć minut później byli na miejscu.
Rozpoznanie
zajęło im mniej niż dwie minuty.
Jako
pierwszego znaleźli dozorcę.
Martwego.
Kiedy
podłączyli się do kamer systemu bezpieczeństwa, zobaczyli podjeżdżającego
Raptora.
-
Kurwa mać - syknął David przez zęby.
Taylor
spojrzał na niego.
-
To kobieta tego faceta, który jest w środku - wyjaśnił mu cicho David - To ona
dzwoniła.
Patrzyli,
jak Sophie zapukała, poczekała krótko, drzwi się otworzyły, weszła i drzwi się
za nią zamknęły.
-
Co to za studio? - spytał Taylor - Co w nim jest?
-
Nie wiem - mruknął David.
Właściwie
nie znał Alexa.
Nie
wiedział nawet, że kumpel miał jakiekolwiek
studio.
Nie
wiedzieli również ile osób było w środku.
Ilu
było napastników.
Musieli
działać szybko, bo istniało zagrożenie życia.
Zespół
był już gotowy, ubrany w stroje ochronne, więc ruszyli.
David
szedł za nimi; ostrożnie, ale zdecydowanie.
Chodziło
o jednego z nich.
*****
Sophie
Weszłam
i zobaczyłam Alexa leżącego bez przytomności pod ścianą obok fotela, ostatniej z
rzeczy, których nie przewieźliśmy do naszego domu.
Alex!
Poczułam
dławienie w gardle, uścisk w piersi i musiałam bardzo się skupić, żeby opanować emocje i móc działać.
Jeszcze
nie wiedziałam, co mogłabym zrobić.
-
Grzeczna dziwka - mruknął zbir, który trzymał mnie na muszce, kiedy stanęłam
przy ścianie niedaleko drzwi i pokazywałam gestem, że się poddaję.
Był
ogromny we wszystkie strony, ale napakowany, a nie wysportowany.
Jakby
jego masa została uzyskana sterydami, a nie siłownią.
Ciemne
włosy miał obcięte na jeża, czoło niskie i pofałdowane.
Sprawiał
wrażenie bezmyślnego troglodyty, chociaż wrażenie zawsze mogło być mylne.
I
miał broń.
Skierowaną
na mnie.
Trzymałam
obie ręce lekko uniesione, wnętrzem dłoni skierowanym w jego stronę, palcami ku
górze.
Obserwowałam
go, ale zauważałam również resztę.
Alex
nie był biały jak martwy, nie krwawił, oddychał.
Dobrze.
Na
skroni miał wielkiego, rosnącego guza.
Nie
dobrze.
Facet
nie bał się mnie, patrzył ze złością, chociaż wyglądał na takiego, który został
uprzedzony o tym, co mogę zrobić.
Co
umiem.
Trzymał
się daleko ode mnie.
Bardzo
niedobrze.
Miał
jednak coś do powiedzenia, od siebie lub od kogoś innego, a może po prostu
lubił się w ten sposób zabawić.
To
była moja (nikła) szansa.
Żałowałam,
że nie zostawiłam torebki w samochodzie.
Miałam
ją przewieszoną na skos przez jedno ramię i brzuch, ale nadal trochę mogła mi
przeszkadzać.
-
Mam cię załatwić bez śladów - powiedział tamten - Miałem nadzieję, że będzie co
tu palić, ale widzę, że posprzątaliście.
Dzięki Bogu! - westchnęłam w
duchu.
Pomyślałam,
że terpentyna i farby, które tu wcześniej były, płonęłyby tak, że nawet Super
David nie dałby rady nas uratować.
-
Miałem zabić tylko ciebie - mówił tamten - ale zabawniej będzie sobie trochę
postrzelać - wyszczerzył nieprzyjemnie zęby.
O,
nie!
Skup się, Sophie.
On chce cię
zdenerwować.
Zaczęłam
oddychać miarowo i starałam się zablokować myśli, które mnie naszły.
Tylko nie Alex!
-
Kto cię nasłał - spytałam cicho.
Zaśmiał
się wrednie, a mnie przeszły ciarki.
-
Co za różnica? - zapytał retorycznie, bo była żadna.
Nie
było różnicy, kim był jego pracodawca, jeśli nie mogłabym tego przekazać FBI,
Davidowi, ani nikomu innemu.
-
Ale, wiesz - nagle zmienił zdanie - mogę ci trochę powiedzieć.
Nie
mogłam w to uwierzyć.
Aż
tak miał ochotę na rozmowę?
Podniosłam
lekko głowę na znak, że słuchałam.
-
Ojciec tamtego dupka - wskazał głową w stronę Alexa, który właśnie poruszył
ręką, ale, na szczęście, nawet nie pisnął - był jednym z lepszych klientów
mojego pracodawcy. Ale spieprzył sprawę wciągając w to ciebie. Zapłaci.
Niestety dla ciebie, ty musisz zniknąć. Zanim będzie sprawa Iana.
Kurwa!
Wiedziałam.
Sieć,
w którą był zaplątany Arthur Whitman i Ian Jak-Mu-Tam, była o wiele bardziej
złożona, niż nam się wydawało i bardziej niebezpieczna.
-
Fajnie się gadało, ale wystarczy - podniósł pistolet - Muszę jeszcze potem
posprzątać.
-
Poczekaj… - zdążyłam powiedzieć.
-
Co? - tamten zmarszczył brwi.
W
tym momencie wydarzyło się kilka rzeczy naraz.
Po
pierwsze drzwi zostały wyważone, a do pomieszczenia wpadli SWAT wywrzaskując
swoje Padnij. Na ziemię.
Po
drugie Alex wstał, a właściwie zerwał się i rzucił się w moją stronę.
Po
trzecie rozległ się strzał.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziekuje za rozdział :)
OdpowiedzUsuń