Rozdział 1
Półtora roku
później, Salt Lake City
-
Kurwa, Sammy, mógłbyś, do cholery, trochę uważać - warknęłam wściekle na mojego
faceta od brudnej roboty, który przenosił na swoich barkach mój dobytek ze swojego
starego pickupa do mojego nowego mieszkania.
Mieszkania,
które wynajmowałam zaledwie od kilku dni.
-
Kurwa, Soph, to cholerstwo jest śliskie i nieporęczne, więc naprawdę fajnie by
było, jakbyś ruszyła swoją słodką dupę i to trochę przytrzymała - odwarknął równie
wściekle Sammy.
Racja.
Wypakowywał
moją pamiątkową szafkę po mamie, którą przywiózł tu na skrzyni swojego pickupa
z domu moich rodziców i robił to właściwie bez pomocy, więc jego uwaga była
słuszna.
Gówno.
Podeszłam
do niego i ramieniem podparłam tę cholerną szafkę, ale Sammy i tak dźwigał jej
główny ciężar.
Część
moich rzeczy przywiozłam moim czarnym, lśniącym, rok-temu-nowym (i teraz wyjątkowo
czystym) Fordem F-150 Raptor, który miał, niezbędną w naszej branży, dużą,
pojemną skrzynię z tyłu zakrywaną metalową pokrywą, więc chroniącą przewożone często
przeze mnie materiały budowlane przed warunkami atmosferycznymi.
Teraz
ta metalowa pokrywa była zdjęta, bo niebo było bezchmurne, a my przewoziliśmy
meble z domu moich rodziców do mojego nowego mieszkania i potrzebowałam na niej
więcej przestrzeni.
Aż
do teraz mieszkałam w domu rodziców.
Przez
większość czasu z rodzicami.
Moje
marzenia o szybkiej wyprowadzce na swoje i plany usamodzielnienia się, ruszenia
dalej, dosyć nagle legły w gruzach.
Półtora
roku temu właściwie z dnia na dzień dowiedziałam się, a właściwie wszyscy: cała
rodzina, dowiedzieliśmy się, że moja mama jest ciężko chora.
To
wszystko zmieniło.
Musiałam
zrezygnować ze swoich niesprecyzowanych planów wyprowadzenia się z domu rodziców.
Nie
mogłam znaleźć sobie własnego lokum.
Musiałam,
po prostu musiałam zająć się mamą, skoro
właśnie potrzebowała całodobowej opieki w domu.
Chciałam
jej pomóc, zaopiekować się nią.
Więc
zostałam z nimi.
Moja
mama zachorowała na jakąś formę nowotworu kości, która podobno mogła się u niej
rozwijać nawet przez dwadzieścia lat, zanim dała jakiekolwiek widoczne objawy.
Jako
pierwsza objawy tej choroby wykryła przypadkiem jej masażystka - fizjoterapeutka,
która odwiedzała ją w domu rodziców raz w tygodniu po tym, jak mama cztery
miesiące wcześniej w głupi sposób, spadając z jednego stopnia, złamała sobie kość
stawu biodrowego i miała wstawiony tytanowy implant.
Niby
standard.
Rutynowy
zabieg.
Ale
coś było nie tak.
Nie
było wiadomo, dlaczego, ale moja mama nadal, nawet jakiś czas po operacji,
miała problemy z chodzeniem.
Po
tym wypadku lekarz stwierdził zaawansowaną osteoporozę.
Nadal…
Masażystka
natomiast zauważyła (słusznie), że mama z tygodnia na tydzień jest coraz
bardziej blada i słaba.
Ja,
widując ją codziennie, niczego nie zauważyłam.
Niczego.
Wykonane
natychmiast badania krwi wykazały silnie obniżony poziom ilości krwinek
czerwonych i zaburzenia innych.
Lekarz
zaczął szukać przyczyny, więc robił kolejne badania, prześwietlenia, testy.
Mama
była coraz to bardziej i bardziej zmęczona.
Nie
chciała się leczyć, badać… żyć.
Lekarz
znalazł jakieś nieprawidłowości budowy szpiku kostnego, konsultował, badał, aż stwierdził
silnie zaawansowany nowotwór.
Nie
dało się go już wyleczyć.
Ani
chemioterapia, ani przeszczep nie dałyby spodziewanego dobrego rezultatu.
Gówno.
Zaczął
podtrzymywać mamę przy życiu.
Podtrzymywać.
Kurwa.
Miałam,
zabijające mnie, cholerne wyrzuty sumienia, że ja nie zauważyłam kompletne pierdolone nic wcześniej.
Byłam
jednocześnie rozżalona na mamę, że
ukrywała osłabienie i ból, jaki musiało jej sprawiać poruszanie się.
A
potem… potem byłam zła.
Wściekła.
Wzbierała
we mnie taka furia, że miałam ochotę gryźć i wyć.
Bić
kogoś.
Byłam
na nią taka strasznie, cholernie zła,
że mnie po prostu zostawiła, że nie walczyła z chorobą, że się poddała.
Nie
powiedziała nam, że potrzebuje pomocy, nie mówiła o sobie.
Potem
najbardziej, aż do nienawiści, byłam wściekła na tatę za to, że ciągle gdzieś wyjeżdżał, że on nic nie zauważył,
bo pracował.
I
na końcu byłam zła na siebie, za to,
że nie mogłam nic zrobić, że nie dopilnowałam wszystkiego, nie zauważyłam…
Tęskniłam
za mamą.
Do
bólu.
Minął
rok od jej śmierci (dokładniej rok i trzy miesiące), ale ja nadal nie przeszłam
żałoby.
Nadal
tęskniłam.
Nadal
byłam zła.
Nadal
się obwiniałam.
W
mojej głowie ciągle i ciągle nawracały pieprzone obrazy z cholernych ubiegłych
osiemnastu miesięcy.
Powracały
w moich snach.
Widziałam
to na jawie.
Przez
trzy miesiące po pierwszej diagnozie mamy nadal sypiałam w swojej starej sypialni
w ich domu po to, żeby codziennie wcześnie rano wstać, iść do niej, wstępując
po drodze do ich kuchni, żeby zabrać z lodówki jogurt i łyżeczkę z szuflady, a
potem nakarmić tym mamę.
Czasem
była to galaretka zrobiona specjalnie dla niej.
Owocowa
lub mięsna.
Z
dnia na dzień z coraz większym trudem namawiałam ją, żeby zjadła jeszcze jedną
łyżeczkę, chociaż odrobinę.
Żeby
powiedziała mi, co mam zrobić innego dla niej do jedzenia (nie, żebym umiała
gotować, gotował ktoś inny) albo cokolwiek innego, żeby powiedziała mi cokolwiek.
Ale
tak naprawdę marzyłam tylko, żeby usłyszeć od niej trzy słowa.
Żeby
powiedziała mi, że mnie kocha.
Tak,
jak dawniej mówiła.
Kocham cię,
Księżniczko.
Bo
kiedyś byłam jej małą Księżniczką.
Czasem
pomagałam wynajętej przez tatę pielęgniarce myć mamę, przebierać ją lub
prześcielać jej łóżko.
Czasem
po prostu siedziałam z nią i czytałam.
Czytałam
jej na głos, albo ja czytałam sobie po cichu, a jej puszczałam stare piosenki,
które kochała.
Znałam
je na pamięć, więc nawet nie musiała mi mówić jakie.
Po
wyjściu od niej jeździłam do pracy, chociaż robiłam to bez zapału, co odbijało
się na moich projektach, bo bywały bez polotu.
Na
szczęście wówczas większość klientów nie potrzebowała ode mnie oryginalności.
Potem
mama coraz po prostu częściej spała.
A
ja coraz więcej i bardziej zaciekle pracowałam.
A
potem…
A
potem, pewnego dnia weszłam do jej pokoju, a jej łóżko było puste.
Puste!
Tak
cholernie puste.
Znajoma
mi pielęgniarka, którą tata wynajmował do całodobowej opieki nad mamą, zdejmowała
pościel z jej łóżka, obejrzała się na mnie ze współczuciem i powiedziała mi, że
tata odwiózł mamę do szpitala.
Nic
mi nie mówiąc.
Nic!
Nie
wysłał nawet cholernego SMS’a.
A
potem…
Potem…
…tego
samego dnia…
…w
szpitalu…
…moja
kochana mama… umarła.
Moja
jedyna prawdziwa przyjaciółka.
Nie
zdążyłam się z nią pożegnać.
Kiedy
dojechałam do szpitala, dotarłam na wskazane piętro, już odeszła.
Odeszła.
Nie
mogłam w to uwierzyć.
Moja mama!
Kiedy
się o tym dowiedziałam od pielęgniarek, bo tata rozmawiał z lekarzem, nie
mogłam sobie znaleźć miejsca w szpitalu na korytarzu.
Kręciłam
się w kółko i patrzyłam na wszystko, nie widząc nic.
Musiałam
zająć się jakimiś formalnościami, wypełnić dokumenty, podpisać coś, ale nie
pamiętałam potem tego, więc nie wiedziałam, co to było i czy zrobiłam to
dobrze.
Wróciłam
do domu rodziców samochodem, ale do tej pory nie wiem jak, i nadal nie czułam
nic.
Nie
mogłam sobie znaleźć miejsca.
Byłam
cholernie totalnie zagubiona.
Wszystko
w domu przypominało mi o niej.
Nie
mogłam płakać.
To
bolało za bardzo.
W
czasie pogrzebu nie odzywałam się do nikogo, nawet do mojego ukochanego brata,
który tulił mnie długo i dawał mi prawdziwe pocieszenie.
Nie
mogłam patrzeć na tatę.
Taka
byłam na niego zła.
Wściekła.
A
potem całkowicie zajęłam się pracą tak samo, jak mój tata.
Oboje
spotykaliśmy się w naszym wielkim, pustym,
rodzinnym domu na posiłkach, przelotnie między wyjazdami i powrotami z pracy i
do pracy.
Domu,
który nadal prowadziła Maria, którą znałam od dzieciństwa, bo zawsze prowadziła dom moich rodziców,
odkąd kilkanaście lat wcześniej przeprowadziliśmy się do Edgemont.
Domu,
który Maria opuściła pewnego dnia, mówiąc, że nie była już nam potrzebna, bo i
tak nas nigdy tam nie było.
Słusznie.
Więc
dom stał się jeszcze bardziej pusty.
A
na dodatek straciłam ten drobny, złudny kontakt z rodziną Marii, która bywała u
niej, więc znaliśmy się, rozmawialiśmy, chociaż nie przyjaźniliśmy.
A
potem…
Trzy
miesiące temu tata zginął w wypadku samochodowym.
Głupio.
Był
gdzieś w Nevadzie w jednej ze swoich zwykłych tras w pracy, budując komuś super
system nawadniający na polu, które przyroda chciała mieć pustynią.
Po
prostu zmęczony zasnął za kierownicą samochodu, jadąc z jednego miejsca do
drugiego, oddalonego o setki kilometrów.
Nie
mogłam być dłużej zła na niego za mamę.
Byłam
wściekła za to, że nie zadbał o siebie.
On
również mnie zostawił.
Razem
z moim kochanym bratem, moją jedyną pozostałą rodziną, sprowadziliśmy ciało taty
do Salt Lake City, poddaliśmy je kremacji i złożyliśmy pod małą tabliczką obok
prochów mamy.
Żeby
byli razem tak, jak zawsze tego chcieli.
Niezależnie
od tego jak bardzo byłam na niego zła, zawsze i nieodmiennie wiedziałam jedno:
że tata kochał mamę, a ona kochała go nad życie.
Byli
sobie przeznaczeni.
Tak
mówiła mama.
Ulubioną
piosenką mojej mamy było You Are My
Destiny Paula Anki[1].
Pamiętałam
dni, kiedy nie mogłam jej słuchać, bo puszczała ją w kółko, kiedy tata
wyjeżdżał do pracy i nie mieli innego kontaktu ze sobą jak tylko rozmowy
telefoniczne.
Skrycie
marzyłam jednak o tym, żeby mieć kogoś takiego dla siebie (chociaż może nie
znikającego na całe tygodnie).
Bardzo
skrycie.
Tęskniłam
za nimi obojgiem.
Bardzo.
Również
skrycie.
Potem
zgodnie, za całkiem niezłe pieniądze sprzedaliśmy razem z bratem wielki i pusty
dom rodziców w Edgemont, ich dwa samochody i firmę taty.
I podzieliliśmy cały spadek po nich na dwie
równe części, chociaż nalegałam, żeby wziął więcej dla moich bratanków i
bratanic.
Moja
bratowa była bowiem w trzeciej ciąży, a ja kochałam te wszystkie małe brzdące,
które dała mojemu bratu do tej pory.
Bardzo.
Chciałam,
żeby miały wszystko, ale mój dumny, młodszy brat powiedział, że potrafi zadbać o dostatek swojej rodziny.
Uparciuch.
Racja.
Jak
sobie chciał.
Bratankowi
i bratanicy (i temu, co miało być) mogłam sprawiać od czasu do czasu super
prezenty.
Moim
dotychczasowym (niewielkim) wkładem w ich życie był projekt tego domu, w którym
mieszkali.
Natomiast
przypadającą mi część pieniędzy ze spadku po rodzicach zainwestowałam w rozwój mojej
firmy (no, może nie wszystkie).
Nie
była to już po prostu kolejna mała, zwykła firma budowlana.
Spełniałam
swoje marzenie.
Reklamowałam
się projektowaniem i budową pojedynczych, nietypowych domów jednorodzinnych „z
charakterem”.
Mogły
być droższe, a nawet dużo droższe niż inne, ale były wyjątkowe, a nawet bardzo wyjątkowe.
Miały
odzwierciedlać charakter ich właścicieli i robiły to.
I
nie budowałam pod wynajem.
Nigdy.
Mieszkanie,
do którego się sprowadzałam, wynajęłam tylko na rok i nie planowałam na dłużej,
bo budowałam swój dom.
Własny.
Według
tego projektu, który wykonałam jako swoją pracę dyplomową, który wymarzyłam
sobie i dla siebie.
O
którym tata początkowo mówił, jako o fantasmagorii artysty, która nie może być
urzeczywistniona, bo jest zbyt wymyślna i droga.
Ale
w czasie obrony pracy dyplomowej udowodniłam, że taki dom może być wybudowany, a na dodatek może funkcjonować bez olbrzymich
nakładów na utrzymanie, media itp.
Tata
był ze mnie dumny.
Ja
po prostu chciałam mieć ten dom.
Mój dom.
A
tymczasowe mieszkanie wynajęłam w kompleksie mieszkaniowym, który był tak
typowy i bez charakteru, że mnie od tego mdliło.
Były
to właściwie cztery dwupoziomowe proste bloki zestawione ze sobą tak, że
tworzyły prostokąt.
Pomieszczenia,
które były na parterze miały wejścia od strony zewnętrznej i wewnętrznej, a mieszkania,
które były na górze tylko od strony wewnętrznej.
Tam
też była łącząca je galeria.
Nad
patio.
Były
też dwie klatki schodowe, jedna od strony parkingu, a druga wychodząca na
tereny zielone.
Standard.
Nietypowe
było to, że wszędzie: zarówno na galerii, na patio, na parkingu, jak i typowych
terenach zielonych było tu mnóstwo zieleni.
Nawet
teraz, w lutym, nadal było widać, że właściciel dbał o kwiaty w skrzynkach na
balustradach, gazony na patio i takie inne.
Wszystkie
ciągi komunikacyjne, w tym boczne chodniki, były starannie odśnieżone i
posypane piaskiem.
Skrzynki
i betonowe gazony były zabezpieczone, a z reklam w Internecie wiedziałam, że
latem było ich mnóstwo.
Za
budynkami był, o czym również wiedziałam z Internetu, teren zielony z dużym
trawnikiem, obsadzonym kilkoma drzewkami, boiskiem i basenem z kwitnącymi
krzewami na skraju.
Parking
dla mieszkańców był wyłożony ażurową kostką, co bez wątpienia zwiększało
powierzchnię zieloną i również dodawało uroku temu miejscu.
Parking
dla gości był nieco oddalony i schowany za niskim żywopłotem.
To mi się bardzo
podobało.
Ale
o wyborze tego miejsca tak naprawdę zadecydował przypadek, bo potrzebowałam
mieszkania natychmiast, a tu było kilka do wyboru.
Nie
pytałam dlaczego.
Pomalowanie
pomieszczeń na wybrane przeze mnie kolory zajęło mi (z pomocą chłopaków) dwa
dni, a potem zostawiłam sobie jeszcze jeden dzień, żeby wszystko wyschło i
wywietrzyło się.
Więc
teraz wypakowywaliśmy z Sammy’m i Hal’em (moim elektrykiem-złotą rączką)
nadmiar moich mebli, które miały bez wątpienia zagracić moją nową przestrzeń
życiową.
Nie
miałam jednak ochoty pozbywać się ich, skoro budowałam swój dom i wiedziałam,
że będę ich potrzebowała, a te były pamiątką po mamie.
Sentyment.
Część
zmieściłam w wynajętej na rok małej powierzchni magazynowej, ale nie chciałam
wynajmować jej więcej, niż to było konieczne, żeby nie generować kosztów.
Więc
resztę miałam mieć ze sobą.
Sammy
zabrał w końcu zdejmowaną przez niego szafkę nocną i poszedł z nią w kierunku
schodów, a ja zabrałam się za wydobywanie ze skrzyni pickupa moich osobistych
tekstyliów.
Były
to głównie ubrania robocze i dżinsy z T-shirtami, ale również parę seksownych
sukienek, których nigdy dotąd nie miałam okazji nosić.
Były
tam też ręczniki i pościel, do których byłam super przywiązana, bo lubiłam te
rzeczy dobrej jakości i wyszukiwałam je w sklepach z upodobaniem oraz tony
bielizny (bo kochałam jedwabną
bieliznę).
Zajmowało
to cztery pudła i dwie wielkie walizy.
Ustawiłam
to na ziemi i wyciągałam kolejne pudło, tym razem z butami, kiedy na parking
podjechał samochód.
Bardzo
zwyczajny, mały, miejski samochodzik.
Czerwona
Honda Civic.
Wysiadł
z niej mężczyzna, który był mojego wzrostu lub niewiele wyższy.
Miał
ciemno blond, krótko obcięte, potargane artystycznie włosy, szare, patrzące
wprost na mnie, oczy i miły uśmiech.
Ubrany
był niesamowicie kolorowo w brązową kurtkę, pomarańczowe spodnie i rdzawy
szalik, który zawiązał z fantazją.
Również
się do niego uśmiechnęłam.
Przystanął
niedaleko mnie.
-
Cześć - powiedział machnął raz otwartą dłonią.
-
Cześć - odpowiedziałam.
-
Jestem Alek, witamy w sąsiedztwie - powiedział wyraźnie, nadal się do mnie
uśmiechając.
Przyjacielsko.
-
Jestem Sophie - odparłam - Dzięki.
-
Wprowadzasz się sama? - zaciekawił się.
-
Tak - odpowiedziałam, ani trochę nie zrażona jego wścibstwem - Będę tu
mieszkała sama.
W
tej samej chwili od strony schodów podszedł do nas Sammy.
Alek
zmierzył go wzrokiem od stóp do głowy.
Sammy
był nieco niechlujnym, męskim, dużym facetem (bardzo dużym we wszystkie strony),
z brązowymi, zbyt długimi włosami i taką samą brodą.
Wiecznie
wyglądał tak, jakby potrzebował fryzjera, kąpieli i czego tam mężczyźni
potrzebują.
Jego
kobieta to tak lubiła, więc nigdy nie kwestionowałam tego, chociaż ja tego nie
lubiłam.
Alek
przybrał minę, jakby jemu się to
podobało.
-
Hej - powiedział do niego, ale Sammy, jak to Sammy burknął coś tylko pod nosem,
udając niegrzecznego.
-
Co jeszcze zabrać szefowo? - spytał mnie, a ja wskazałam palcem na jedno z
pudeł stojących u moich stóp.
Sammy
nie opierdalał się i złapał od razu dwa pudła i walizkę.
-
O Boziuniu - westchnął Alek i spojrzałam na niego z zaciekawieniem.
Wyglądało
na to, że ktoś tu był gejem.
-
Dobra, dziewczyno - Alek zwrócił się do mnie, jakby chciał mi to bez zwłoki potwierdzić
- Pracuję w butiku. Jakbyś potrzebowała ciuszków, zapukaj pod 10, a dam ci
namiary. Albo mój kochanek, Sam, ci je da, bo też tam pracuje. Z czasem poznasz
innych mieszkańców kompleksu, to zobaczysz, kto w czym może ci pomóc.
Podszedł
do mnie i złapał mnie za ramiona czubkami palców obu rąk.
-
Muszę lecieć - powiedział - Jeszcze raz witamy w sąsiedztwie. Jesteśmy jak
rodzina.
Przysunął
się, cmoknął powietrze obok jednego mojego ucha, a potem obok drugiego, odsunął
się i odszedł w stronę schodów, machając mi dłonią.
To
byłoby nawet zabawne, gdyby nie to:
Rodzina.
Hmmm.
Spojrzałam
akurat, by zobaczyć, jak ze schodów schodzi Hal, a Alek ogląda się za nim,
najwyraźniej oceniając jego tyłek.
O
mało się nie roześmiałam.
Hal
był grubaskiem.
Nie
bardzo grubym, ale zaokrąglonym, co było podkreślone tym, że był niski; niższy
ode mnie.
Miał
ciemne włosy, których koloru nie zdecydowałabym się nazwać, a które miał
zapuszczone do ramion i zwykle związywał w kitkę.
Dla
mnie najważniejsze było to, że był geniuszem elektryki, elektroniki domowej i
wszelkiego okablowania.
Pracował
dla mnie od dziesięciu miesięcy i już wiedziałam, że muszę się postarać go
zatrzymać.
-
Soph - jęknął - Dużo jeszcze? Jestem strasznie głodny.
Hal
był zawsze głodny.
-
Zabierz to, a ja wezmę to - wskazałam na deskę kreślarską i podstawę do niej -
Sammy wróci po tamte pudła i będzie koniec. Pojedziecie na pizzę.
Hal
wyciągnął deskę z mojego pickupa i stęknął przy tym tak rozpaczliwie, jakby
miał dostać przepukliny.
Kurwa.
Tylko
tego by mi brakowało.
Potrzebowałam
go.
Zaczynałam
właśnie nowy projekt, kończyliśmy poprzedni i potrzebowałam każdego z tych facetów,
których dobierałam do swojej ekipy przez dwa lata i już się prawie zgraliśmy.
-
Może to zostaw, Hal - powiedziałam - Poradzimy sobie z Sammy’m.
-
Nie, nie, szefowo - stęknął Hal - Dam radę.
Weszliśmy
na górę i poszłam do swojego mieszkania, z którego wychodził Sammy po resztę
rzeczy z Raptora.
Za
progiem przywitał mnie totalny kipisz rzeczy, ustawionych byle jak na środku
pomieszczenia, które łączyło funkcję salonu, jadalni i kuchni.
Wiedziałam,
że z krótkiego korytarzyka wchodziło się do sypialni i łazienki, a za kuchnią
było małe pomieszczenie gospodarcze z pralko - suszarką i spiżarnią.
Ponieważ
i tak musiałam pomalować ściany w całym mieszkaniu, bo poprzedni właściciel, z
nieznanych mi powodów, nie zrobił w nim niczego,
by było chociażby trochę bardziej czyste, więc od razu wybrałam kolory, które
miały sprawić, żebym poczuła się tu dobrze.
Lubiłam
kolory.
W
głównym pomieszczeniu, czyli w salonie/jadalni zastosowałam kolory ziemi.
Liczne.
Część
ściany była pomarańczowa, część brązowa, był też bordowy i khaki w detalach
wokół okien oraz w przejściach między częściami pomieszczenia, a w samej kuchni
dominowały różne odcienie brązowego i rudości.
Nie
zmieniłam mebli kuchennych, które były kremowe, więc wpasowały się w wybrane
przeze mnie kolory.
Sypialnia
była natomiast w pełnej gamie odcieni niebieskiego i zielonego, które miały
mnie wyciszać, uspokajać i pozwalać na lepszy sen.
Nie
zmieniałam również łazienki, bo nie chciałam tu robić rewolucji.
Ostatecznie
miałam z tym mieszkaniu żyć tylko przez rok.
Ale
nawet do tego musiałam poustawiać meble.
To
już miałam zrobić sama.
*****
Alex
Pracował.
Alex
kończył pracę na dodatkowej zmianie, którą wziął za swojego kumpla z jednostki,
Jimmy’ego, kiedy ten z Evą i Mattem (jego żoną i wnukiem, który od niedawna był
pod ich wyłączną opieką) pojechał na weekendową wycieczkę do Denver, by
odwiedzić przyjaciółkę Evy.
Pracowali
w straży pożarnej systemie 12/24, ale brali czasem za siebie dyżury w razie
konieczności, to znaczy wymieniali się wtedy z kolegami z innych jednostek tak,
aby każda jednostka miała pełen skład przez cały czas.
Jeśli
przychodził ktoś z innej jednostki na zmianę za ich kumpla, oni szli na dyżur
do jego jednostki.
Przez
ostanie pół roku Alex stale brał zmiany za Jimmy’ego i za Davida, bo chłopaki
mieli ciągle jakieś problemy, głównie ze swoimi kobietami, i potrzebowali
wolnych dni (lub nocy).
Alex
nie miał zajęć, które wymagałyby od niego brania wolnego.
Nie
miał również dla kogo.
Zajmował
się, co prawda, swoją mamą przez ostatni rok, bo wreszcie postanowiła się
uwolnić od wiecznie zdradzającego dupka, jakim był ojciec Alexa, ale mama się
usamodzielniła i przez ostatnie dwa miesiące nawet wolała, żeby Alex z nią nie przebywał.
Mama
Alexa od zawsze, odkąd Alex pamiętał, była pracującą w domu mamą i żoną, więc
Alex nawet nie wiedział, że miała jakikolwiek wyuczony zawód.
Aż
do teraz.
To
był szok dla systemu, dowiedzieć się, że jego mama, która wydawała się być
całkowicie uzależniona od jego ojca, nagle znalazła sobie pracę w zawodzie,
który wydawał się dawać jej satysfakcję.
A
na dodatek bez szumu i potrzeby pomocy sama znalazła dla siebie adwokata, który
wywalczył dla niej całkiem niezłą ugodę rozwodową (bo ojciec Alexa nie chciał
rozgłosu na temat jego zdrad).
Więc
była ustawiona.
Wynajęła
luksusowy apartament w kondominium w Downtown i kupiła sobie samochód, który
jej odpowiadał natychmiast po sprzedaży tamtego, który kupił jej ojciec Alexa w
celach reprezentacyjnych.
Wychodziła
na spotkania ze znajomymi.
Alex
nie był ich jedynym dzieckiem, ale po śmierci jego brata prawie dwadzieścia lat
wcześniej, jego mama stała się wręcz nadopiekuńcza.
Jako
nastolatek nie miał lekko.
Nawet
jako dorosły mężczyzna miał przechlapane.
Zawsze
musiał się meldować, co robił (zwłaszcza w piątkowe wieczory), kiedy miał do
niej przyjechać i z kim się spotykał.
Kochał
mamę, więc to robił.
Ponieważ
jego mama łatwo się denerwowała, więc już w dzieciństwie nauczył się nią
opiekować, skrywać przed nią złe wieści, łagodzić szok.
Dlatego
Alex nie mógł się przyzwyczaić do nagłej samodzielności, która dawała mu wręcz
poczucie samotności.
Ale
jego mama postawiła sprawę jasno.
Kazała
mu ruszyć dalej.
Powiedziała
mu, że zbyt długo ona polegała na nim, ale również on zbyt długo oglądał się na
nią.
Więc
to miało być również dla jego dobra.
Nie
widział tak tego.
Przez
ostatnie półtora roku miał cztery dziewczyny, z którymi mieszkał przez jakiś
czas.
Z
jedną przez całe trzy miesiące.
Wiedział
jednak, że to nie było to.
Więc
rozstał się z każdą z nich.
Chociaż
właściwie nie wiedział, czego szukał.
Patrzył
na szczęście Jimmy’ego, na „zaloty” Davida i myślał o tym, czy mógłby mieć coś
takiego dla siebie.
Chociaż
David ostatnio trochę jakby świrował (bardziej niż zwykle).
Na
poprzednim dyżurze był ponury i wyglądał, jakby chciał komuś wpierdolić za
zapytanie go, czy wstał z łóżka.
Na
ostatnim był radosny, jak jaki skowronek i rozpromieniony, jak słońce w letni
dzień.
Tym
razem Alex miał ochotę jemu wpierdolić.
David
nie zważał na to, tylko odbierał SMS-y i odpisywał na nie z radosnym
uśmieszkiem na kudłatej mordzie.
Kurwa.
Po
tym, jak rozmawiali z Jimmy’m, Alex wywnioskował, że David stale sypiał z
Maggie u niej albo u siebie, chociaż nie przeprowadził jej do siebie do domu,
co powinien zrobić, zważywszy na to, że miał całkiem niezły dom odziedziczony
po dziadkach.
Jego
sprawa.
Więc
tego dnia Alex również był wolny, nie ograniczony żadnymi obowiązkami, bez
konieczności tłumaczenia się komukolwiek.
Wyszedł
z pracy, wsiadł do swojego Mustanga i pojechał na kolację do jednego z zajazdów
przy autostradzie.
Miało
to kilka zalet.
Jedną
były zajebiste, wielkie steki.
Drugą
cipki do poderwania, które czekały tu na kierowców wozów ciągnących w dalekie
trasy, albo motocyklistów.
Takie
cipki lubiły też jego sportowy wóz.
Alex
miał jedną zasadę - nigdy nie zarywał brunetek.
Jego
celem były blondynki.
Najlepiej
małe i cycate.
Zjadł,
pił piwo i rozglądał się.
Ta,
która mu wpadła w oko, była wolna i chętna, więc na odległość, samym patrzeniem,
zapewnił sobie jej niepodzielną uwagę tak, jak to zwykle robił.
Wpadła
w jego sidła.
Podeszła
kołysząc biodrami między stolikami i przekonał się, że może mieć dobry seks tej
nocy.
-
Hej, misiaczku - powiedziała, kiedy była już bardzo blisko.
I
wtedy Alex poczuł to i zesztywniał.
To
nie był jej zapach.
Zapach
drzewa sandałowego.
Przywiało
go od kogoś innego, ale Alex już nie myślał o żadnej cipce.
Myślał
tylko o tym, żeby wypierdalać z tamtego miejsca.
Jak
najszybciej.
Od
półtora roku ten zapach go prześladował.
Nauczył
się, że, jeśli go poczuł, musiał uciekać.
Im
szybciej, tym lepiej.
Zanim
owładnął by go szał i wpierdoliłyby komuś właściwie bez powodu (chociaż powód
zawsze mógłby się znaleźć).
Więc
wymamrotał jakieś bzdurne przeprosiny i wyszedł.
I
pojechał do domu.
Do
swojego mieszkania.
Wściekły.
Sam.
*****
Sophie
Był
późny wieczór, prawie noc.
Byłam
sama.
Byłam
wyczerpana po dwóch dniach przestawiania mebli i porządkowania rzeczy w moim
nowym mieszkaniu, ale nie mogłam spać.
Od
półtora roku nie miałam faceta.
To
był mój rekord.
Lubiłam
seks i, jak go chciałam, znajdowałam okazję, żeby kogoś zaliczyć, chociaż przez
długi czas byłam z jednym.
Tego
dnia wiedziałam, czego potrzebowałam.
Wcześniej
wyjęłam moje wibratory z pudełka, w którym je przywiozłam, umyłam je i
naładowałam.
Teraz
głaskałam je, pieściłam i myślałam o tym, co chciałabym mieć.
Niestety,
moja wyobraźnia została zdominowana od dłuższego czasu przez jednego palanta.
Leżałam
naga na moim łóżku, z rozłożonymi nogami, zgiętymi w kolanach i gładziłam
powoli moje piersi i brzuch czubkami palców.
Moje
wyobraźnia była taka uboga.
Ponownie
niechciane obrazy i odczucia zaczęły dominować nad moim podnieceniem i z
westchnieniem włączyłam wibrator, żeby zacząć pieścić nim moją narastającą
wilgoć.
Przypominałam
sobie opalone dłonie wędrujące po moich piersiach, żebrach i brzuchu, jasne
włosy przy moim policzku i grubego, cudownego kutasa wbijającego się w moją
cipkę.
Tak,
jak to widziałam w jego lustrze.
Wyobrażałam
sobie co moglibyśmy robić innego, jak brałby mnie, kiedy mielibyśmy więcej
czasu i przestrzeni i ruszałam wibratorem do i z mojego coraz bardziej gorącego
wnętrza.
Aż
poczułam spełnienie.
Nawet
nie w dziesiątej części tak dobre, jak to, które pamiętałam.
Ale
może źle pamiętałam.
Może
tylko marzyłam.
Westchnęłam.
Wstałam,
poszłam do łazienki, umyłam zabawki i siebie, wróciłam do sypialni i ubrałam
się w piżamę.
Schowałam
zabawki do szuflady szafki nocnej i położyłam się w pościeli.
Opatuliłam
się kołdrą i wcisnęłam głowę w poduszkę.
Czegoś
mi brakowało.
Nie
wiedziałam, czego właściwie chciałam.
Miałam
nowe mieszkanie.
Budowałam
dom.
Miałam
własną firmę.
Miałam
wszystko.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję ślicznie, jejku, ciekawe jak na siebie trafia ☺️ jestem ciekawa też, kto będzie bardziej zabiegał o drugą osobę ;>
OdpowiedzUsuń