Rozdział 2
Alex
Miesiąc później
Byli
po dyżurze.
Alex
stał z innymi strażakami z ich jednostki z Fire Station 13 w poczekalni
szpitala i czekali razem z Evą, żoną Jimmy’ego, na lekarza, który powiedziałby
im o stanie Jimmy’ego i Josha.
Ich
koledzy zostali ranni.
Tego
dnia brali udział w zwykłej akcji, jakie im się często przytrafiały, przy gaszeniu
pożaru.
Palił
się spory dom jednorodzinny, w którym mieszkała tymczasowa rodzina zastępcza z
kilkorgiem dzieci w różnym wieku.
Kiedy
dojechali na miejsce akcji większość mieszkańców wyszła, jedna osoba dorosła
zginęła, a ogień był w trakcie opanowywania.
Na
miejscu była inna jednostka, która już zabezpieczyła dzieci pod opieką
dorosłego, który również tam mieszkał oraz karetka.
Tamci
gasili ogień z jednej strony, a ich jednostka miała zacząć z drugiej i
zabezpieczyć inne budynki, więc ubierali się i szykowali sprzęt.
Alex
był z Davidem za ich wozem i otwierali skrzynki ze sprzętem, wyciągali
wszystko, kiedy David nagle podskoczył i odwrócił się.
A
następnie Alex zobaczył, jak pobiegł za Jimmy’m, który z kolei biegł chodnikiem
za Dzieciakiem, czyli najmłodszym z ich ekipy, Joshem, w stronę drzwi płonącego
domu.
Josh
nie był w ogóle ubrany w strój ochronny.
Gówniarz.
Miał
ochronne buty, spodnie, które wszyscy włożyli w samochodzie podczas jazdy, ale
na górze sam t-shirt.
Alex
nie wiedział, czemu tak biegł do płonącego budynku.
David
złapał kurtkę z wozu, zarzucił ją na siebie i chwycił kask z ochraniaczem,
który po drodze podał mu Billy, a potem pobiegł za nimi do domu, a Alex z Samem
i Billym ubierali się i zabezpieczali ich.
Nagle
usłyszeli huk, który dobiegł z głębi domu i świadczył o uruchomieniu przez
któregoś z nich reakcji.
Kto
usłyszałby to chociażby raz w życiu, wiedział, że to był ognisty podmuch,
gwałtowny zapłon, spowodowany nagłym dopływem tlenu do źródła ognia.
Alex
ubrał się już w strój ochronny i mieli podciągnięty do domu wąż, kiedy David
pojawił się w drzwiach z zawiniątkiem w kocu, którym okazała się być
kilkuletnia dziewczynka.
Wrócił
do domu.
Oni
przekazali ją ratownikom medycznym.
Potem
David wyprowadził kuśtykającego Jimmy’ego, który zaraz za progiem stracił
przytomność i przewrócił się na trawnik.
Jego
również przekazali ratownikom do karetki.
A
David wrócił wgłąb domu, by odszukać Dzieciaka.
Alex
i Billy weszli za nim za próg.
Kurwa.
Kiedy
go wreszcie stamtąd wyciągnęli w cholerę, ciało Josha przypominało jedną pierdoloną
wielką ranę.
Ratownicy
zajęli się nim od razu, nakryli go kocem termicznym, podali tlen i zabrali go
do szpitala.
Podobnie,
jak Jimmy’ego i tę dziewczynkę.
Nie
było wątpliwości, że Josh był w najgorszym stanie.
Olgierd,
ich kapitan, którego zawiadomili o zdarzeniu przez radio, kiedy nadal dogaszali
pożar i zabezpieczali inne domy, miał pojechać po Evę i Sandrę, dziewczynę
Josha i dowieźć je do szpitala.
Alex
słuchał wcześniej rozmowy Davida i Jimmy’ego, więc wiedział.
Jimmy
dużo mówił o tym, jak to Matt, jego wnuk, którym się opiekowali z Evą, bo jego
matka (która była suką) wyjechała i zostawiła chłopca pod ich opieką, miał tego
dnia grać pierwszy raz na otwartym boisku w soccer’a, którego trenował od kilku
miesięcy.
Jimmy
był z niego bardzo dumny.
Tak,
Jimmy byłby wspaniałym ojcem.
Jakiego
Alex nie miał.
Eva
była z Mattem, żeby wspierać chłopca w czasie tego debiutu, a Jimmy nie mógł
jechać, bo właśnie wrócili z tygodniowego rodzinnego wyjazdu na plażę w Santa
Cruz.
Alex
stał w poczekalni i wspominał, jak zażartował sobie parę miesięcy temu,
próbując oszukać Evę, że Jimmy miał wypadek.
Nie
byli jeszcze wtedy małżeństwem.
Zanim
nawet Alex skończył mówić, że coś się stało Jimmy’emu, Eva zawyła, jak ranne
zwierzę i upadła na podłogę, jak oszalała.
Nie
wiedział, co robić, bo nie spodziewał się tak silnej reakcji.
Popieprzyło
go to.
Gówno.
Widział
wtedy reakcję Jimmy’ego.
Jak
czule ją rozwijał, podnosił i sadzał na swoich kolanach, jak niósł ją do
samochodu mrucząc do niej pieszczotliwie.
Szczerze?
Alex
mu cholernie zazdrościł.
Ale
zazdrościł mu bardziej właśnie teraz, bo nagle zobaczył inną Evę.
Zatroskaną
i opiekuńczą.
Była
zdenerwowana, ale bardziej niecierpliwa niż załamana.
Dała
się im pocieszać, więc przynosili jej kawę i pączki, przytulali krótkimi
uściskami, pozwalali siedzieć blisko, żeby mogła oprzeć się na ich ramionach.
A
ona korzystała z tego, ale co chwilę spoglądała na drzwi.
Kiedy
wreszcie do poczekalni wszedł lekarz z wieściami o ich kumplach, Eva przyskoczyła
do niego, żeby jak najszybciej zdobyć informacje o Jimmy’m.
A
kiedy lekarz powiedział im o złamanej nodze i innych urazach, zapewnił o braku
uszkodzeń płuc i oczu (czego się obawiali, bo poszedł bez ochraniacza na twarz
i maski), a potem pozwolił jej w końcu pójść do Jimmy’ego, nie wahała się ani
sekundy.
Rzuciła
im krótkie podziękowanie, pożegnanie i pobiegła, żeby zająć się swoim mężczyzną,
podczas gdy oni jeszcze dowiadywali się od lekarza o stan Josha, a później poszli
do niego.
Była
tam Sandra z całą swoją rodziną, czyli z rodzicami, pięcioma braćmi, ich
kobietami i dziećmi.
Tłum.
Tak.
Josh
też to miał.
Kobietę,
która się o niego martwiła, która była gotowa zająć się nim w chorobie, kochała
go tak bardzo, że tkwiła godzinami przy jego łóżku.
Ta
właśnie sprawiło, że, kiedy weszli do sali, w której leżał Jimmy, Alex żartował
bez złośliwości, życzliwie, a Eva to wyczuła.
Weszli
tam i zobaczyli, jak ona, siedząc na łóżku swojego męża, całuje go w usta,
chociaż miał poranioną twarz.
-
No tak - Alex stwierdził głośno - ledwo się wywinął z płonącego domu, a ty już
się do niego dobierasz - a ona tylko wywróciła oczami do sufitu i uśmiechnęła
się.
Szczęśliwa,
że jej mężczyzna jest obok niej.
Bezpieczny.
Dlatego,
kiedy Alex wrócił tej nocy do swojego mieszkania, po raz pierwszy poczuł się
bardzo cholernie samotny.
Bez
rodziny.
Gówno.
*****
Sophie
Wychodziłam
do sąsiadów z wizytą z nadzieją na poprawę humoru i spędzenie paru godzin w
pozytywnej atmosferze.
Sammy
i pozostali wykańczali poprzedni projekt, zamykali budowę i od następnego dnia
wchodziliśmy tam wszyscy ze sprzątaniem.
Ja
z nimi.
W
poniedziałek lub wtorek powinnam mieć ostatnich inspektorów na kontrolach i,
kiedy podpiszemy ostatnie zezwolenia, właściciel będzie mógł się wprowadzać.
Co
było bardzo dobre.
Ale
to była jedyna dobra rzecz w minionych tygodniach.
Ostatni
miesiąc był cholernie frustrujący głównie ze względu na upierdliwość nowej
klientki.
Kobieta
koniecznie chciała mieć oryginalny, wyjątkowy dom, ale przejawiało się to
odrzucaniem wszelkich moich propozycji, a jednocześnie brakiem własnych
pomysłów.
Była
tak oryginalna, jak flaki z olejem.
Nie
miała własnego stylu nawet w stroju, fryzurze, czy w muzyce, a co dopiero w
otoczeniu, a na dodatek każdą moją sugestię odrzucała ze słowami tak jest u… albo widziałam to u…
Kurwa!
Jakby
to było coś złego.
Niestety,
potrzebowałam jej.
Nie
miałam innego klienta.
Więc,
kiedy Alek i Sam złapali mnie na galerii dzisiaj przed południem, kiedy
wracałam ze spotkania z nią, z ulgą i wręcz radością przyjęłam zaproszenie do
ich mieszkania na „pogaduszki” (jak nazwał to Alek).
Polubiłam
tych dwóch.
A
poza tym zawsze fajnie było spotkać innych ludzi, zobaczyć jak mieszkają,
złapać trochę inspiracji z cudzych pomysłów na wystrój pomieszczeń.
Zwłaszcza,
że podobał mi się styl Aleka.
Ubierał
się kolorowo, z fantazją łącząc kolory i materiały.
Jego
miejsce do życia powinno być równie zajebiste.
Myśląc
o tym, zamknęłam drzwi na klucz, przeszłam na drugą stronę galerii i zapukałam
do ich drzwi.
Otworzył
mi Alek.
-
Hej, Sophie - przywitał mnie, wciągnął za przedramię do mieszkania i uściskał
całując powietrze koło moich uszu.
-
Yo, Alek - odparłam, oddałam mu uścisk i dałam się poprowadzić.
-
Wejdź. Sam pichci jakiś deser, zaraz do nas dołączy - usłyszałam.
Alek
machnął niedbale ręką, wpuścił mnie i poprowadził do środka, zamykając za nami
drzwi na klucz, a potem stanęłam oniemiała, zachwycona i zaczęłam oglądać ich salon.
Miałam
rację.
Ich
mieszkanie było wypełnione w całości bogatymi zdobieniami i licznymi dekoracjami
rodem z Indii, Japonii, Sri Lanki.
Mnóstwo
detali.
Na
ścianach dominowały ciepłe kolory: pomarańczowy we wszelkich odcieniach, żółty
i fioletowy.
Do
siedzenia były tam (również zdobione) liczne pufy i niskie otomany, na podłodze
leżały małe, pstrokate dywaniki, a między tym wszystkim stały niskie stoliki
kawowe.
Ze
ścian zwisały draperie, żaluzje i krwisto czerwone lampiony.
A
wszystko to było bardzo bogato ozdobione,
kolory były żywe, aksamitnie miękkie i złocone.
To
było zajebiste.
Cholernie
fantastyczne.
W
międzyczasie przyszedł Sam.
Poprosiłam
ich o zgodę na zrobienie kilku zdjęć, więc musiałam opowiedzieć im o swojej
firmie i o problemach z klientką, żeby wyjaśnić dlaczego tego chciałam, a
właściwie wręcz potrzebowałam.
Nie
żałowałam.
Byli
tym autentycznie zainteresowani i przy okazji opowiedzieli mi o tym, że Sonija
pracowała w salonie meblowym i miała jakieś znajomości, dzięki którym mogła
zdobywać dla znajomych oryginalne, niepowtarzalne meble w różnych stylach (i
robiła to).
Mogłam
to wykorzystać.
Potem
opowiedzieli mi o tym, jak Eva samodzielnie remontowała swoje mieszkanie, kiedy
się wprowadzała do kompleksu i opisali mi jej mieszkanie.
Obie
były moimi sąsiadkami.
Sonija
obecną, mieszkającą nieco dalej po tej samej stronie galerii co ja, za Maggie
(którą poznałam kiedyś przelotnie z imienia) i tymi dwiema dziwnymi Chinkami.
Eva
byłą, która mieszkała kiedyś w mieszkaniu, które teraz zajmowali Sandra i Josh,
para młodych Afroamerykanów, których widziałam raz na galerii, ale jeszcze nie
rozmawialiśmy.
Na
jedzeniu (Sam gotował i to bardzo dobrze, więc nie przyznałam się im, że ja nie
umiem gotować) i bardzo miłej rozmowie minęła ponad godzina, a może trochę
więcej czasu, kiedy Alek odebrał telefon.
Zrobił
to, przepraszając, ale nie wychodząc do drugiego pomieszczenia i zrobił to
głośno i radośnie.
-
Hej, Eva - zawołał natychmiast po odebraniu.
W
następnej sekundzie mina mu zrzedła, potem na jego twarzy pojawił się wyraz
strachu, a potem troska.
Słuchał
kilka minut, nie przerywając temu, kto dzwonił i patrzył przed siebie szeroko
otwartymi oczami.
-
Okej, kochanie - w końcu powiedział cicho - …wszystko będzie dobrze. Nic się nie
martw, pomyślimy o tym, co zrobić. Zajmij się Jimmy’m i Mattem. Nie martw się o
tamto. Do zobaczenia, kochanie.
Po
czym rozłączył się.
-
Jimmy miał wypadek - powiedział do Sama - i jest w szpitalu. Eva jedzie tam do
niego i jak będzie wiedziała coś więcej, da nam znać. Josh też jest ranny, ale
o nim Eva wie jeszcze mniej.
Sam
spoważniał i wyprostował się.
A
potem Alek odwrócił się w moją stronę.
-
Eva jest żoną Jimmy’ego od ponad pół roku, a mieszkali ze sobą jeszcze
wcześniej - wyjaśnił - Jimmy i Josh są strażakami, gasili pożar.
Popatrzył
na mnie, ale jednocześnie Sam zbliżył się do niego i objął go wspierająco, po
czym wiedziałam, że obaj są silnie związani z tamtymi.
-
Eva i Jimmy dużo przeżyli - dodał Alek - Zasługują na to, żeby być
szczęśliwymi.
Westchnął
ciężko i oparł się o ramię Sama.
Poczułam
się jak intruz, więc zaczęłam się podnosić do wyjścia, mamrocząc pod nosem
przeprosiny.
-
Nie, kochanie - zawołał Sam - Zostań. Porozmawiajmy jeszcze.
-
Tak, zostań - Alek się wyprostował i spojrzał ponownie w moje oczy - Opowiem ci
ich historię. Będziesz ich czasem widywała, skoro masz tu mieszkać, więc
właściwie powinnaś wiedzieć to, co wszyscy.
Nie
byłam pewna co do tego, ale usiadłam z powrotem, a Alek bez zwłoki zaczął
opowiadać.
W
trakcie tej opowieści Sam zaparzył kawę, było dużo achów i ochów, kilka o Boziuniu (Aleka), a nawet trochę
śmiechu.
Opowiadali
jeden przez drugiego, chociaż najwięcej mówił Alek.
Cała
ta historia była niesamowita.
Dowiedziałam
się, że Eva przyjechała do Stanów zaledwie rok wcześniej z Europy i mówi z
akcentem.
Alek
opowiedział mi rozdzierającą serce historię o jej pierwszym mężu, dorosłej córce
i nienarodzonym wnuku (bo była w ciąży), którzy zginęli w wypadku samochodowym
tam, skąd Eva przyjechała i o jej rozpaczy.
Eva
bowiem kochała wszystkie dzieci, lubiła mieć rodzinę i była bardzo miła dla
wszystkich (według słów Aleka i Sama).
O
rany!
Powiedzieli
mi, że to ona wprowadziła do kompleksu zwyczaj witania się wszystkich ze
wszystkimi przez Hej, posadziła
kwiaty na patio, zawiesiła skrzynki na galerii, a potem wprowadził zwyczaj
spotkań sąsiedzkich.
Dostałam
zaproszenie „na przyszłość” na spotkanie przy grillu na terenie rekreacyjnym za
kompleksem, zwyczaj, który również wprowadziła Eva.
Nie
skomentowałam.
Potem
opowiedzieli mi o przejściach Jimmy’ego, chociaż jakoś tak oględnie, tylko
wspominając o jego córce, z którą długo nie miał kontaktu, a która źle
zajmowała się swoim synem (wywnioskowałam, że eks Jimmy’ego nie umiała wychować
jej i takie były tego efekty).
Więc
Eva miała kiedyś rodzinę, ale ją straciła, a Jimmy w ogóle nigdy nie miał
rodziny.
Potem
usłyszałam o tym, jak Jimmy i Eva jeździli na wycieczki rowerowe, jak
zamieszkali razem, jak Eva zachorowała i pobrali się w szpitalu.
I
o tym, jak Eva stworzyła rodzinę dla Berta, zanim Alice poznała Eddiego, będąc
dla syna Alice przyszywaną babcią.
Alice,
mama Berta, również kiedyś mieszkała w naszym kompleksie, ale ją miałam poznać
później.
I
jeszcze usłyszałam o tym, jak Eva zaopiekowała się wnukiem Jimmy’ego, Mattem,
kiedy jego matka była suką i nie chciała się nim opiekować.
Eva
stworzyła mu rodzinę, tak jak i Jimmy’emu i sobie.
Słuchałam
i coraz bardziej chciałam poznać Evę.
Wyglądało
bowiem na to, że była to jedna z tych kobiet, które znały znaczenie słowa rodzina.
Miałam
rodzinę.
Tylko
najbliższą, bo moi rodzice ucięli kontakt ze swoimi rodzicami, z rodzinami,
kiedy tamci sprzeciwili się ich związkowi, ale miałam.
Tak.
Moi
rodzice kochali nas, mnie i mojego brata, więc byliśmy zawsze bardzo blisko
siebie, zżyci we czwórkę.
Byli
cudowni.
Nauczyli
tego mojego młodszego brata, aby przekazał to swojej kobiecie i swoim dzieciom.
To,
że to straciłam, nie oznaczało, że zazdrościłam innym i z zawiści nie chciałam
tego oglądać.
Chciałam.
Zawsze.
Podobało
mi się to nawet jeśli ta rodzina była pozszywana z takich dziwnych kawałków.
Kochałam
to.
*****
Tydzień później
Miałam
właśnie wolny dzień, bo skończyliśmy z chłopakami poprzedni projekt, dom był
wybudowany i zostało tylko zdobycie kilku podpisów pod zezwoleniami i jego
oddanie właścicielom do zamieszkania.
Postanowiłam
więc odwiedzić mojego kochanego młodszego brata, bratową i ich dzieci.
Jedyną
znaną mi, pozostałą mi jeszcze rodzinę.
Pobrali
się bardzo wcześnie, tuż po ich dwudziestych urodzinach (Vito był starszy od
mojej bratowej o dwa lata), ale od razu było wiadomo, że się kochali i byli dla
siebie przeznaczeni.
Mieszkali
w miasteczku Richmond, jakąś godzinę drogi od Salt Lake City na północ w stronę
Idaho autostradą nr 15, na obrzeżach farmy, która należała do rodziny mojej
bratowej, Lany.
Ich
dom zaprojektowałam jako drugi po moim i nazwałam ten projekt Dom Dla Rodziny,
bo wiedziałam, że oboje - brat i bratowa - o tym marzyli.
O
dużej rodzinie z licznymi dziećmi.
W
założeniu ten dom miał się stopniowo rozrastać w przyszłości tak, jak
rozrastałaby się rodzina.
I
był bez schodów (tylko kilka stopni prowadziło do piwnicy).
Dostali
dużą działkę od rodziców mojej bratowej, więc miejsca mieli dużo i miałam
nadzieję, że w przyszłości dobuduję im jeszcze niejedną sypialnię i łazienkę.
Lana
była w siódmym miesiącu kolejnej ciąży, a może nawet w ósmym, nie miałam głowy
do tych wyliczeń.
Mieli
dwójkę uroczych berbeci: moją bratanicę, Lisę, która niedawno skończyła rok i
mojego bratanka, Louie, który miał ponad dwa lata.
Kochałam
ich na zabój.
Zaopatrzyłam
się w zestaw klocków (do kompletu z tymi, które im kupiłam wcześniej),
książeczki z obrazkami do kolorowania, komplet kredek ołówkowych i masę
słodyczy, a potem pojechałam.
Już
z drogi, z samochodu zadzwoniłam do Lany, żeby ich uprzedzić, że będę u nich
tego dnia i że u nich zanocuję.
Mój
brat, Vito, wyjątkowo, był w domu.
Vito
był muzykiem, piosenkarzem i gitarzystą, liderem znanego wśród bywalców barów zespołu
country rockowego.
Jeździli
starym, rozklekotanym vanem po całej okolicy, ale na szczęście (chyba) nie
wybierali się w dalsze trasy, więc braciszek był często w domu, żeby opiekować
się swoimi dziećmi.
Uwielbiał
to, a dzieci kochały go i zawsze, ale to zawsze
było u nich radośnie (i głośno).
Mój
brat był do mnie podobny z wyglądu, chociaż może nieco bardziej zaokrąglony, bo
nie lubił sportu, a uwielbiał kuchnię swojej żony.
Dojechałam do ich domu przed południem, a
kiedy dzieci usłyszały silnik mojego samochodu, rzuciły się do drzwi, więc
zanim weszłam domu, oboje stali przy nich (córeczka mojego brata nie skończyła
jeszcze roku, więc jej stanie było chwiejne i tylko z mocnym trzymaniem się
drzwi).
Jeszcze
przed lunchem (pysznym) miałam trochę czasu na rozpieszczanie tych dwóch
czarnych łebków: Lisy i Louiego łaskotkami, przytulaniem, grami i przez spędzanie
przez nich mnóstwa czasu z ich kochaną ciocią Sophie.
Nie
ukrywałam, że w ten sposób rozpieszczałam również siebie.
Siedziałam
na podłodze, która była pokryta wykładziną, w ich bawialni, której drzwi
tarasowe wychodziły wprost na trawnik i budowałam wieżę z klocków z Louie’m, a
potem rozwalałam ją z Lisą.
Uwielbialiśmy
to.
Po
lunchu poszliśmy spacerkiem w odwiedziny do siostry Lany, która mieszkała
niedaleko od nich, ale na krótko, bo miała nowe dziecko i kłopoty ze zdrowiem.
Potem
miałam jeszcze więcej czasu podczas kolacji, którą jedliśmy w dużej jadalni
przy stole, który dał się rozsuwać nawet na dwadzieścia osób, na pławienie się
w rodzinnej atmosferze, za którą tak bardzo tęskniłam.
Opowiedziałam
im o moim najnowszym, zakończonym projekcie i żartowałam sobie z facetów, z
którymi pracowałam.
Lubiłam
ich, więc te żarty nie były złośliwościami, ale raczej przekomarzaniem się i
anegdotkami.
A
po kolacji relaksowałam się, podczas niekończących się anegdotek i opowieści o
koncertach w przydrożnych barach, kiedy Lana kładła dzieci spać, a ja
siedziałam na kanapie z piwem obok mojego brata.
-
Dobrze, braciszku… - powiedziałam mu wtedy - widzieć, jaką masz cudowną
rodzinę.
-
Sophie - mruknął do mnie Vito - założyłabyś swoją.
-
Vito - szepnęłam.
-
Wiem - odmruknął.
Pomilczeliśmy
przez chwilę, a potem przyznałam mu:
-
Po prostu jestem szczęśliwa, że tobie się udało.
Vito
przyciągnął mnie do siebie trzymając ręką mój kark, pocałował moją skroń i tak zostałam,
przytulona do niego.
Potem,
kiedy Lana do nas wróciła, opowiadałam im dwojgu o swoich klientach, o Aleku i
Samie, o Evie i innych poznanych ludziach i słuchałam opowieści o pozostałej rodzinie
Lany.
Kochałam
to wszystko.
Tak
właśnie wyobrażałam sobie czas spędzany w gronie rodziny.
Następnego
dnia zjedliśmy rodzinne, późne śniadanie, a ja wchłonęłam jeszcze trochę tego
dobra, malując z dzieciakami i kolorując książeczki, zanim musiałam wracać do
swojego (pustego) mieszkania.
*****
Tydzień później
Było
przed południem.
Wracałam
z mojego przyszłego domu, Domu Pod Zielonym Dachem, w którym byłam, żeby
ustalić możliwe do wykonania prace, skoro nie mogliśmy zacząć nowej budowy, bo
pogoda była do bani (nawet jeśli mieliśmy już wszystkie zezwolenia i podłączone
media), a stary projekt był zamknięty i oddany.
Oblewaliśmy
go w barze z chłopakami, co stało się naszą tradycją.
Tym
razem od razu zapowiedziałam im, że wrócę sama, żeby nie krępowali się z
podrywem (jakby to poprzednio robili).
Upierdliwa
Klientka wreszcie dała się namówić na pewne elementy, więc rysowałam dla niej
ostateczny projekt wnętrz (jej mąż powiedział, że to ona ma decydujące zdanie,
bo prawdopodobnie wiedział, co by go czekało, jeśli chciałby się wtrącić) i
moglibyśmy startować z budową, kiedy tylko pogoda by się trochę ustabilizowała.
Dobra
nasza!
Przez
ten czas ściągaliśmy wszelki potrzebny nam sprzęt, bo nie miałam wszystkiego na
własność (moja firma była mała), a niektóre rzeczy wypożyczałam z okolicznych
większych firm budowlanych tylko na czas niezbędny do ich użycia.
Było
co robić.
Ale
nadal chciałam jakieś postępy w budowie mojego domu.
Miał
już dach, okna i drzwi, więc można było robić pewne prace wykończeniowe
wewnątrz.
Miałam
nadzieję, że od następnego dnia Sammy zacznie wspólnie z Bobie’m (robił dla
mnie głównie stolarkę, ale też stawiał ścianki działowe, malował i tynkował,
jak było potrzeba) wdmuchiwanie pianki izolacyjnej w zewnętrzne ściany, a w
kolejne postawi kilka ścian działowych.
Potem
przyszłyby podłogi, a potem reszta.
Pomalutku.
Ale do przodu.
Więcej
dobrego w moim dniu.
Kiedy
zaparkowałam na parkingu dla mieszkańców przy kompleksie i wysiadłam z mojego
Raptora, zobaczyłam, że na stał tam zaparkowany samochód, którego nie znałam.
Szary
Grand Cherokee.
Zastanawiałam
się do kogo mógł należeć.
Przypomniałam
sobie, że od jakiegoś czasu nie widywałam tego przedpotopowego, ale stylowego piaskowego
Wranglera Maggie.
Może
kupiła sobie taki Cherokee.
Hmmm.
Poszłam
w stronę schodów i po drodze spotkałam obładowanego pudłami faceta, którego
widziałam po raz pierwszy w życiu.
Nie
mieszkał tu.
Był
potężny w barach, z czarnymi, krótkimi włosami i czarną, równo przystrzyżoną brodą,
ale to nie dlatego jego wyląd był uderzający.
W
jego całej postawie i w wyrazie jego twarzy było coś groźnego.
Nie
grożącego mi, ale nadal
złowieszczego.
Po
plecach przeszedł mi zimny dreszcz.
Weszłam
na górę cały czas pod wrażeniem tego spotkania, a tam natknęłam się na
drobniutką, zgrabną blondyneczkę.
Była
to moja sąsiadka, Maggie, którą poznałam niedawno w przelocie, ale nigdy nie
rozmawiałyśmy.
Nie
patrzyła w moją stronę.
-
Yo, Maggie - zawołałam z daleka, a ona poderwała dziwnie głowę, a potem
uśmiechnęła się do mnie.
-
Hej, Sophie - odpowiedziała.
-
Wyprowadzasz się? - spytałam, wskazując brodą na pudła, które wystawiała
właśnie za drzwi.
-
Tak - powiedziała cicho i tak jakoś łagodnie, delikatnie, wręcz pieszczotliwie
- Przeprowadzam się do Davida.
W
tej chwili ten groźny facet, którego spotkałam na dole przy schodach wrócił na
górę, podszedł do nas i stanął przodem do mnie, trochę przed Maggie, jakby ochronnie.
Łał.
-
Sophie, poznaj Davida - powiedziała Maggie patrząc na niego do góry.
Pomyślałam
o tym, że wyglądali razem wręcz uroczo.
Ona
przy nim wyglądała jak mała laleczka, jakby mógł ją podnieść jedną ręką i nosić
sobie na ramieniu.
-
David - powiedziała do niego - To jest Sophie, moja sąsiadka.
Uśmiechnęła
się delikatnie i jej twarz nieznacznie się zmieniła, kiedy na chwilę ich oczy
się spotkały, a potem on spojrzał na mnie.
Nie
patrzył na nią, a wtedy to się pojawiło.
Jej
wzrok stał się taki, hmmm, czuły, delikatny i opiekuńczy, czego nie mogłam
zrozumieć.
On
był od niej o tyle większy, potężniejszy, wyraźnie silniejszy, a to ona chciała
się nim opiekować.
Jakby
z jakiegoś nie zauważalnego, nie zrozumiałego dla mnie powodu on tego od niej potrzebował.
A
potem David podał mi rękę, uścisnął krótko, po męsku, mruknął swoje powitanie i
odwrócił się do niej przodem.
Kiedy
spojrzał na nią, zaparło mi dech w piersiach.
Mogłam
przestać istnieć.
To
było tak, jakby właśnie cały świat wokół
nich przestał istnieć.
Dla
niego liczyła się tylko ona.
O
rany!
-
Wezmę resztę spakowanych rzeczy, Kruszynko - powiedział do niej, a ja znowu
wstrzymałam oddech, bo to było takie
urocze.
Ten
groźny mężczyzna i jego Kruszynka.
Omójbosze!
W
tym momencie ze swojego mieszkania na galerię wyszedł do nas Alek.
-
Och. Hej, dziewczyny. Hej David - zawołał do nas - Myślałem, że to Eva, bo
miała do nas przyjechać.
Przywitał
się z nami (dziewczynami) po swojemu, pocałunkami w powietrzu, ale Maggie
musiała wracać do pakowania, bo David czekał na resztę rzeczy, a ja chciałam
pójść do siebie, żeby złapać coś do jedzenia przed zabraniem się do pracy.
Kiedy
to powiedziałam, Alek odwrócił się do mnie.
-
Sophie - zawołał - a może wejdziesz do nas na brunch? Eva zaraz powinna być, to
ją poznasz.
-
Och - zastanowiłam się - Właściwie czemu nie. Jeśli nie będę przeszkadzała.
Tak!
Bardzo
chciałam poznać Evę.
Ponieważ
Alek zapewnił, że nie będę przeszkadzała, poszłam z nim.
*****
Alex
W tym samym czasie
Alex
podjechał na parking kompleksu na prośbę Davida, który miał do wyniesienia
rzeczy z mieszkania Maggie, które oni oboje chcieli wystawić na wyprzedaży
garażowej.
Mieli
je przenieść we dwóch do jakiegoś składziku obok biura zarządcy kompleksu, w
którym było miejsce na przechowanie ich do weekendu, kiedy to Sonija miała je
sprzedać.
David
był przy samochodzie, kiedy Alex zaparkował swojego Shelby na części dla
mieszkańców, wysiadł i zamknął samochód.
Jego
uwagę zwrócił olbrzymi Ford.
-
Hej, David. Jezu - krzyknął podchodząc do kumpla - ale potwór.
Był
to komentarz na temat Raptora, stojącego kilka miejsc parkingowych dalej od Grand
Cherokee Davida.
-
Facet musi mieć bardzo małego fiutka - dorzucił pogardliwie Alex, ale David
tylko się roześmiał.
To
zszokowało Alexa jak cholera.
Nie
słyszał dotąd, żeby David się śmiał.
Nigdy.
To
też musiał być wpływ Maggie.
David
był jeszcze jednym z jego kumpli, który miał dobrą kobietę.
Maggie
dobrze się nim zaopiekowała.
Tak,
Alex coraz bardziej czuł, czego mu brakuje.
-
Skoro musi - skomentował dziwnie David słowa Alexa, krzywo się przy tym uśmiechając,
ale nie dodał nic więcej.
Co
do cholery?
Poszli
na górę, do mieszkania Maggie, gdzie Alex przywitał się z kobietą kumpla i
natychmiast zabrał się do przenoszenia rzeczy z Davidem.
Mieli
po prostu wynieść meble.
Alex
nie rozmawiał z Maggie, a i David nie mówił nic więcej.
Wyglądało
na to, że oboje chcieli po prostu jak najszybciej pozbyć się tego mieszkania,
uprzątnąć je i oddać najemcy do dyspozycji.
Alexowi
to nie przeszkadzało.
Więc
spieszyli się.
Kolejne
godziny spędzone w towarzystwie jeszcze jednej pary tak otwarcie (chociaż
milcząco) opiekującej się sobą, gdzie kobieta dbała o swojego mężczyznę, a on
to oddawał, coś w nim poruszyły.
Alex
nie odzywał się, bo był zamyślony.
Więc
on też chciał szybko zrobić to, co mieli zrobić, bo naszło go to coś, co powodowało, że musiał pojechać
do wynajmowanego przez siebie studio.
Po
prostu musiał.
Uwolnić
to.
*****
Sophie
Kilka godzin
później
Położyłam
się do łóżka z dziwnym odczuciem, że coś mnie ominęło.
Miałam
dobry dzień.
Bardzo
dobry.
Na
budowie mojego domu szykowały się postępy, Upierdliwa Klientka wreszcie dała
nam zielone światło z jej budową, poznałam fantastycznych ludzi.
Jeszcze
lepszy.
Poznałam
Evę, chociaż nie rozmawiałyśmy długo, bo chciała szybko wrócić do domu, żeby
zaopiekować się swoim rannym mężem.
Mówiła
o nim czule, radośnie, brzmiąc trochę jak szczęśliwie zakochana nastolatka, a
trochę jak zatroskana mamuśka.
Uwielbiałam
to.
Eva
zaprosiła mnie na najbliższe spotkanie „kobiet” przy kawie i ciasteczkach.
Do
tych „kobiet” zaliczali się Alek i Sam (a jakże), ale ogólnie wyglądało to jak
zaprzyjaźniona grupa wsparcia.
Przynajmniej
sądząc ze słów Evy.
Nie
byłam co do tego przekonana, ale wstępnie się zgodziłam, bo bardzo (uparcie) nalegała.
Byłam
skłonna polubić ją za sam wygląd.
Była
szczupła, mojego wzrostu lub nieco niższa (trudno było ocenić, bo była w butach
na koturnach), ale najbardziej fantastyczne były jej włosy.
Płomiennie
rude.
Kochałam
ten kolor.
W
ogóle Eva była kolorowa.
Dotyczyło
to nie tylko jej włosów, ale również ubioru, dodatków i zachowania.
Była
ciepła i ożywiona, chociaż miałam wrażenie, że mnie badała, jak zdarzało się to
mojej mamie, kiedy się o mnie martwiła.
Eva
miała łatwy uśmiech.
Uśmiechała
się właściwie cały czas, jakby jej życie było pasmem jednej wielkiej
szczęśliwości.
Zachwycała
się wieloma rzeczami.
Wyglądało
na to, że zachwycało ją to, jak ktoś jej opowiadał o swoich zainteresowaniach.
Jakby
niespotykane, zachwycające i cudowne było to, że ktoś miał zainteresowania.
Jakiekolwiek.
Gdyby
Alek z Samem nie opowiedzieli mi wcześniej jej rozdzierającej duszę historii, nigdy
w życiu nie domyśliłabym się, że przeżyła dramat.
Miałam
ochotę poznać ją bliżej.
Zostać
jej przyjaciółką.
Czego
nie czułam nigdy wobec nikogo.
Eva
powiedziała mi, że w ich grupę przyjaciółek wchodzi Maggie, którą poznałam,
Sonija, którą kiedyś widziałam na galerii i Alice, o której usłyszałam już
wcześniej od chłopaków.
Opowiedziałam
Evie o mojej pracy (ogólnie), co sprawiło, że kolejny raz zachwyciła się i
zapałała entuzjazmem, bo lubiła brać udział w wykańczaniu domu, nawet jeśli nie
był to jej dom.
Musiałam
więc ostudzić jej emocje, mówiąc, że to, jakie jest wykończenie domu zależy
zwykle od mojego klienta.
Była
trochę rozczarowana.
Miała
nadzieję na puszczenie wodzy wyobraźni.
Rozumiałam
ją.
*****
Kilka dni później
Siedziałam
w salonie Evy i słuchałam plotek, którymi wymieniały się przyjaciółki Evy.
Poznałam
Alice i Soniję.
Dowiedziałam
się więcej o dramacie Maggie.
Bo
ona sama, a trochę dziewczyny, opowiedziały mi o jej byłym chłopaku, który był
terrorystą (o czym Maggie dowiedziała się niedawno), a, co gorsze, potraktował
ją jak swojego wroga politycznego.
To
znaczy torturował ją w okrutny sposób, przez co miała blizny.
A
potem nie pozwolił jej żyć jej życiem, tylko ją śledził i próbował znowu
torturować, kiedy już spotykała się z Davidem.
O
mój Boże!
Jak
ona to przetrwała i nadal potrafiła się uśmiechać?
Nie
wiedziałam.
Zrozumiałam
natomiast dlaczego David był wobec niej taki opiekuńczy, odnosił się do niej
tak ochronnie.
Nie
wysłuchałam opowiadania o przeżyciach Alice i Soniji (a bez wątpienia też
miały, co opowiadać) bo Alek zszedł na temat ślubu i przyjęcia.
Tego nie mogłam
słuchać.
Zemdliłoby
mnie.
Albo
bym wybuchła.
Szczęśliwie
już kilka minut po rozpoczęciu tego tematu, zadzwonił do mnie Sammy.
Odebrałam
telefon, mamrocząc przeprosiny i przechodząc do kuchni, więc miałam nadzieję,
że nikt nie usłyszał, że rozmawialiśmy tylko o tym, że na ten dzień skończyli z
pracą i jadą do domów.
Po
powrocie do salonu powiedziałam ogólnie, że muszę jechać, bo coś się stało na
budowie i uciekłam.
Skłamałam.
Pojechałam
do mojego domu w budowie, żeby nie przyłapały mnie z Raportem na parkingu przy
kompleksie.
Bo
stwierdziłam, że nie pasuję do ich.
Nie
miałam zamiaru wysłuchiwać o menu na przyjęcie po ślubie, tańcach, krojach i
kolorach sukni, czy też o tym, gdzie kto będzie siedział.
Tego miałam po dziurki
w nosie.
Więc
nie mogłam należeć do tej konkretnej rodziny.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń