niedziela, 24 kwietnia 2022

2 - Rodzina

 

Rozdział 2

Rodzina

Alex

 

 

 

Miesiąc później

Byli po dyżurze.

Alex stał z innymi strażakami z ich jednostki z Fire Station 13 w poczekalni szpitala i czekali razem z Evą, żoną Jimmy’ego, na lekarza, który powiedziałby im o stanie Jimmy’ego i Josha.

Ich koledzy zostali ranni.

Tego dnia brali udział w zwykłej akcji, jakie im się często przytrafiały, przy gaszeniu pożaru.

Palił się spory dom jednorodzinny, w którym mieszkała tymczasowa rodzina zastępcza z kilkorgiem dzieci w różnym wieku.

Kiedy dojechali na miejsce akcji większość mieszkańców wyszła, jedna osoba dorosła zginęła, a ogień był w trakcie opanowywania.

Na miejscu była inna jednostka, która już zabezpieczyła dzieci pod opieką dorosłego, który również tam mieszkał oraz karetka.

Tamci gasili ogień z jednej strony, a ich jednostka miała zacząć z drugiej i zabezpieczyć inne budynki, więc ubierali się i szykowali sprzęt.

Alex był z Davidem za ich wozem i otwierali skrzynki ze sprzętem, wyciągali wszystko, kiedy David nagle podskoczył i odwrócił się.

A następnie Alex zobaczył, jak pobiegł za Jimmy’m, który z kolei biegł chodnikiem za Dzieciakiem, czyli najmłodszym z ich ekipy, Joshem, w stronę drzwi płonącego domu.

Josh nie był w ogóle ubrany w strój ochronny.

Gówniarz.

Miał ochronne buty, spodnie, które wszyscy włożyli w samochodzie podczas jazdy, ale na górze sam t-shirt.

Alex nie wiedział, czemu tak biegł do płonącego budynku.

David złapał kurtkę z wozu, zarzucił ją na siebie i chwycił kask z ochraniaczem, który po drodze podał mu Billy, a potem pobiegł za nimi do domu, a Alex z Samem i Billym ubierali się i zabezpieczali ich.

Nagle usłyszeli huk, który dobiegł z głębi domu i świadczył o uruchomieniu przez któregoś z nich reakcji.

Kto usłyszałby to chociażby raz w życiu, wiedział, że to był ognisty podmuch, gwałtowny zapłon, spowodowany nagłym dopływem tlenu do źródła ognia.

Alex ubrał się już w strój ochronny i mieli podciągnięty do domu wąż, kiedy David pojawił się w drzwiach z zawiniątkiem w kocu, którym okazała się być kilkuletnia dziewczynka.

Wrócił do domu.

Oni przekazali ją ratownikom medycznym.

Potem David wyprowadził kuśtykającego Jimmy’ego, który zaraz za progiem stracił przytomność i przewrócił się na trawnik.

Jego również przekazali ratownikom do karetki.

A David wrócił wgłąb domu, by odszukać Dzieciaka.

Alex i Billy weszli za nim za próg.

Kurwa.

Kiedy go wreszcie stamtąd wyciągnęli w cholerę, ciało Josha przypominało jedną pierdoloną wielką ranę.

Ratownicy zajęli się nim od razu, nakryli go kocem termicznym, podali tlen i zabrali go do szpitala.

Podobnie, jak Jimmy’ego i tę dziewczynkę.

Nie było wątpliwości, że Josh był w najgorszym stanie.

Olgierd, ich kapitan, którego zawiadomili o zdarzeniu przez radio, kiedy nadal dogaszali pożar i zabezpieczali inne domy, miał pojechać po Evę i Sandrę, dziewczynę Josha i dowieźć je do szpitala.

Alex słuchał wcześniej rozmowy Davida i Jimmy’ego, więc wiedział.

Jimmy dużo mówił o tym, jak to Matt, jego wnuk, którym się opiekowali z Evą, bo jego matka (która była suką) wyjechała i zostawiła chłopca pod ich opieką, miał tego dnia grać pierwszy raz na otwartym boisku w soccer’a, którego trenował od kilku miesięcy.

Jimmy był z niego bardzo dumny.

Tak, Jimmy byłby wspaniałym ojcem.

Jakiego Alex nie miał.

Eva była z Mattem, żeby wspierać chłopca w czasie tego debiutu, a Jimmy nie mógł jechać, bo właśnie wrócili z tygodniowego rodzinnego wyjazdu na plażę w Santa Cruz.

Alex stał w poczekalni i wspominał, jak zażartował sobie parę miesięcy temu, próbując oszukać Evę, że Jimmy miał wypadek.

Nie byli jeszcze wtedy małżeństwem.

Zanim nawet Alex skończył mówić, że coś się stało Jimmy’emu, Eva zawyła, jak ranne zwierzę i upadła na podłogę, jak oszalała.

Nie wiedział, co robić, bo nie spodziewał się tak silnej reakcji.

Popieprzyło go to.

Gówno.

Widział wtedy reakcję Jimmy’ego.

Jak czule ją rozwijał, podnosił i sadzał na swoich kolanach, jak niósł ją do samochodu mrucząc do niej pieszczotliwie.

Szczerze?

Alex mu cholernie zazdrościł.

Ale zazdrościł mu bardziej właśnie teraz, bo nagle zobaczył inną Evę.

Zatroskaną i opiekuńczą.

Była zdenerwowana, ale bardziej niecierpliwa niż załamana.

Dała się im pocieszać, więc przynosili jej kawę i pączki, przytulali krótkimi uściskami, pozwalali siedzieć blisko, żeby mogła oprzeć się na ich ramionach.

A ona korzystała z tego, ale co chwilę spoglądała na drzwi.

Kiedy wreszcie do poczekalni wszedł lekarz z wieściami o ich kumplach, Eva przyskoczyła do niego, żeby jak najszybciej zdobyć informacje o Jimmy’m.

A kiedy lekarz powiedział im o złamanej nodze i innych urazach, zapewnił o braku uszkodzeń płuc i oczu (czego się obawiali, bo poszedł bez ochraniacza na twarz i maski), a potem pozwolił jej w końcu pójść do Jimmy’ego, nie wahała się ani sekundy.

Rzuciła im krótkie podziękowanie, pożegnanie i pobiegła, żeby zająć się swoim mężczyzną, podczas gdy oni jeszcze dowiadywali się od lekarza o stan Josha, a później poszli do niego.

Była tam Sandra z całą swoją rodziną, czyli z rodzicami, pięcioma braćmi, ich kobietami i dziećmi.

Tłum.

Tak.

Josh też to miał.

Kobietę, która się o niego martwiła, która była gotowa zająć się nim w chorobie, kochała go tak bardzo, że tkwiła godzinami przy jego łóżku.

Ta właśnie sprawiło, że, kiedy weszli do sali, w której leżał Jimmy, Alex żartował bez złośliwości, życzliwie, a Eva to wyczuła.

Weszli tam i zobaczyli, jak ona, siedząc na łóżku swojego męża, całuje go w usta, chociaż miał poranioną twarz.

- No tak - Alex stwierdził głośno - ledwo się wywinął z płonącego domu, a ty już się do niego dobierasz - a ona tylko wywróciła oczami do sufitu i uśmiechnęła się.

Szczęśliwa, że jej mężczyzna jest obok niej.

Bezpieczny.

Dlatego, kiedy Alex wrócił tej nocy do swojego mieszkania, po raz pierwszy poczuł się bardzo cholernie samotny.

Bez rodziny.

Gówno.

*****

Sophie

Wychodziłam do sąsiadów z wizytą z nadzieją na poprawę humoru i spędzenie paru godzin w pozytywnej atmosferze.

Sammy i pozostali wykańczali poprzedni projekt, zamykali budowę i od następnego dnia wchodziliśmy tam wszyscy ze sprzątaniem.

Ja z nimi.

W poniedziałek lub wtorek powinnam mieć ostatnich inspektorów na kontrolach i, kiedy podpiszemy ostatnie zezwolenia, właściciel będzie mógł się wprowadzać.

Co było bardzo dobre.

Ale to była jedyna dobra rzecz w minionych tygodniach.

Ostatni miesiąc był cholernie frustrujący głównie ze względu na upierdliwość nowej klientki.

Kobieta koniecznie chciała mieć oryginalny, wyjątkowy dom, ale przejawiało się to odrzucaniem wszelkich moich propozycji, a jednocześnie brakiem własnych pomysłów.

Była tak oryginalna, jak flaki z olejem.

Nie miała własnego stylu nawet w stroju, fryzurze, czy w muzyce, a co dopiero w otoczeniu, a na dodatek każdą moją sugestię odrzucała ze słowami tak jest u… albo widziałam to u…

Kurwa!

Jakby to było coś złego.

Niestety, potrzebowałam jej.

Nie miałam innego klienta.

Więc, kiedy Alek i Sam złapali mnie na galerii dzisiaj przed południem, kiedy wracałam ze spotkania z nią, z ulgą i wręcz radością przyjęłam zaproszenie do ich mieszkania na „pogaduszki” (jak nazwał to Alek).

Polubiłam tych dwóch.

A poza tym zawsze fajnie było spotkać innych ludzi, zobaczyć jak mieszkają, złapać trochę inspiracji z cudzych pomysłów na wystrój pomieszczeń.

Zwłaszcza, że podobał mi się styl Aleka.

Ubierał się kolorowo, z fantazją łącząc kolory i materiały.

Jego miejsce do życia powinno być równie zajebiste.

Myśląc o tym, zamknęłam drzwi na klucz, przeszłam na drugą stronę galerii i zapukałam do ich drzwi.

Otworzył mi Alek.

- Hej, Sophie - przywitał mnie, wciągnął za przedramię do mieszkania i uściskał całując powietrze koło moich uszu.

- Yo, Alek - odparłam, oddałam mu uścisk i dałam się poprowadzić.

- Wejdź. Sam pichci jakiś deser, zaraz do nas dołączy - usłyszałam.

Alek machnął niedbale ręką, wpuścił mnie i poprowadził do środka, zamykając za nami drzwi na klucz, a potem stanęłam oniemiała, zachwycona i zaczęłam oglądać ich salon.

Miałam rację.

Ich mieszkanie było wypełnione w całości bogatymi zdobieniami i licznymi dekoracjami rodem z Indii, Japonii, Sri Lanki.

Mnóstwo detali.

Na ścianach dominowały ciepłe kolory: pomarańczowy we wszelkich odcieniach, żółty i fioletowy.

Do siedzenia były tam (również zdobione) liczne pufy i niskie otomany, na podłodze leżały małe, pstrokate dywaniki, a między tym wszystkim stały niskie stoliki kawowe.

Ze ścian zwisały draperie, żaluzje i krwisto czerwone lampiony.

A wszystko to było bardzo bogato ozdobione, kolory były żywe, aksamitnie miękkie i złocone.

To było zajebiste.

Cholernie fantastyczne.

W międzyczasie przyszedł Sam.

Poprosiłam ich o zgodę na zrobienie kilku zdjęć, więc musiałam opowiedzieć im o swojej firmie i o problemach z klientką, żeby wyjaśnić dlaczego tego chciałam, a właściwie wręcz potrzebowałam.

Nie żałowałam.

Byli tym autentycznie zainteresowani i przy okazji opowiedzieli mi o tym, że Sonija pracowała w salonie meblowym i miała jakieś znajomości, dzięki którym mogła zdobywać dla znajomych oryginalne, niepowtarzalne meble w różnych stylach (i robiła to).

Mogłam to wykorzystać.

Potem opowiedzieli mi o tym, jak Eva samodzielnie remontowała swoje mieszkanie, kiedy się wprowadzała do kompleksu i opisali mi jej mieszkanie.

Obie były moimi sąsiadkami.

Sonija obecną, mieszkającą nieco dalej po tej samej stronie galerii co ja, za Maggie (którą poznałam kiedyś przelotnie z imienia) i tymi dwiema dziwnymi Chinkami.

Eva byłą, która mieszkała kiedyś w mieszkaniu, które teraz zajmowali Sandra i Josh, para młodych Afroamerykanów, których widziałam raz na galerii, ale jeszcze nie rozmawialiśmy.

Na jedzeniu (Sam gotował i to bardzo dobrze, więc nie przyznałam się im, że ja nie umiem gotować) i bardzo miłej rozmowie minęła ponad godzina, a może trochę więcej czasu, kiedy Alek odebrał telefon.

Zrobił to, przepraszając, ale nie wychodząc do drugiego pomieszczenia i zrobił to głośno i radośnie.

- Hej, Eva - zawołał natychmiast po odebraniu.

W następnej sekundzie mina mu zrzedła, potem na jego twarzy pojawił się wyraz strachu, a potem troska.

Słuchał kilka minut, nie przerywając temu, kto dzwonił i patrzył przed siebie szeroko otwartymi oczami.

- Okej, kochanie - w końcu powiedział cicho - …wszystko będzie dobrze. Nic się nie martw, pomyślimy o tym, co zrobić. Zajmij się Jimmy’m i Mattem. Nie martw się o tamto. Do zobaczenia, kochanie.

Po czym rozłączył się.

- Jimmy miał wypadek - powiedział do Sama - i jest w szpitalu. Eva jedzie tam do niego i jak będzie wiedziała coś więcej, da nam znać. Josh też jest ranny, ale o nim Eva wie jeszcze mniej.

Sam spoważniał i wyprostował się.

A potem Alek odwrócił się w moją stronę.

- Eva jest żoną Jimmy’ego od ponad pół roku, a mieszkali ze sobą jeszcze wcześniej - wyjaśnił - Jimmy i Josh są strażakami, gasili pożar.

Popatrzył na mnie, ale jednocześnie Sam zbliżył się do niego i objął go wspierająco, po czym wiedziałam, że obaj są silnie związani z tamtymi.

- Eva i Jimmy dużo przeżyli - dodał Alek - Zasługują na to, żeby być szczęśliwymi.

Westchnął ciężko i oparł się o ramię Sama.

Poczułam się jak intruz, więc zaczęłam się podnosić do wyjścia, mamrocząc pod nosem przeprosiny.

- Nie, kochanie - zawołał Sam - Zostań. Porozmawiajmy jeszcze.

- Tak, zostań - Alek się wyprostował i spojrzał ponownie w moje oczy - Opowiem ci ich historię. Będziesz ich czasem widywała, skoro masz tu mieszkać, więc właściwie powinnaś wiedzieć to, co wszyscy.

Nie byłam pewna co do tego, ale usiadłam z powrotem, a Alek bez zwłoki zaczął opowiadać.

W trakcie tej opowieści Sam zaparzył kawę, było dużo achów i ochów, kilka o Boziuniu (Aleka), a nawet trochę śmiechu.

Opowiadali jeden przez drugiego, chociaż najwięcej mówił Alek.

Cała ta historia była niesamowita.

Dowiedziałam się, że Eva przyjechała do Stanów zaledwie rok wcześniej z Europy i mówi z akcentem.

Alek opowiedział mi rozdzierającą serce historię o jej pierwszym mężu, dorosłej córce i nienarodzonym wnuku (bo była w ciąży), którzy zginęli w wypadku samochodowym tam, skąd Eva przyjechała i o jej rozpaczy.

Eva bowiem kochała wszystkie dzieci, lubiła mieć rodzinę i była bardzo miła dla wszystkich (według słów Aleka i Sama).

O rany!

Powiedzieli mi, że to ona wprowadziła do kompleksu zwyczaj witania się wszystkich ze wszystkimi przez Hej, posadziła kwiaty na patio, zawiesiła skrzynki na galerii, a potem wprowadził zwyczaj spotkań sąsiedzkich.

Dostałam zaproszenie „na przyszłość” na spotkanie przy grillu na terenie rekreacyjnym za kompleksem, zwyczaj, który również wprowadziła Eva.

Nie skomentowałam.

Potem opowiedzieli mi o przejściach Jimmy’ego, chociaż jakoś tak oględnie, tylko wspominając o jego córce, z którą długo nie miał kontaktu, a która źle zajmowała się swoim synem (wywnioskowałam, że eks Jimmy’ego nie umiała wychować jej i takie były tego efekty).

Więc Eva miała kiedyś rodzinę, ale ją straciła, a Jimmy w ogóle nigdy nie miał rodziny.

Potem usłyszałam o tym, jak Jimmy i Eva jeździli na wycieczki rowerowe, jak zamieszkali razem, jak Eva zachorowała i pobrali się w szpitalu.

I o tym, jak Eva stworzyła rodzinę dla Berta, zanim Alice poznała Eddiego, będąc dla syna Alice przyszywaną babcią.

Alice, mama Berta, również kiedyś mieszkała w naszym kompleksie, ale ją miałam poznać później.

I jeszcze usłyszałam o tym, jak Eva zaopiekowała się wnukiem Jimmy’ego, Mattem, kiedy jego matka była suką i nie chciała się nim opiekować.

Eva stworzyła mu rodzinę, tak jak i Jimmy’emu i sobie.

Słuchałam i coraz bardziej chciałam poznać Evę.

Wyglądało bowiem na to, że była to jedna z tych kobiet, które znały znaczenie słowa rodzina.

Miałam rodzinę.

Tylko najbliższą, bo moi rodzice ucięli kontakt ze swoimi rodzicami, z rodzinami, kiedy tamci sprzeciwili się ich związkowi, ale miałam.

Tak.

Moi rodzice kochali nas, mnie i mojego brata, więc byliśmy zawsze bardzo blisko siebie, zżyci we czwórkę.

Byli cudowni.

Nauczyli tego mojego młodszego brata, aby przekazał to swojej kobiecie i swoim dzieciom.

To, że to straciłam, nie oznaczało, że zazdrościłam innym i z zawiści nie chciałam tego oglądać.

Chciałam.

Zawsze.

Podobało mi się to nawet jeśli ta rodzina była pozszywana z takich dziwnych kawałków.

Kochałam to.

*****

Tydzień później

Miałam właśnie wolny dzień, bo skończyliśmy z chłopakami poprzedni projekt, dom był wybudowany i zostało tylko zdobycie kilku podpisów pod zezwoleniami i jego oddanie właścicielom do zamieszkania.

Postanowiłam więc odwiedzić mojego kochanego młodszego brata, bratową i ich dzieci.

Jedyną znaną mi, pozostałą mi jeszcze rodzinę.

Pobrali się bardzo wcześnie, tuż po ich dwudziestych urodzinach (Vito był starszy od mojej bratowej o dwa lata), ale od razu było wiadomo, że się kochali i byli dla siebie przeznaczeni.

Mieszkali w miasteczku Richmond, jakąś godzinę drogi od Salt Lake City na północ w stronę Idaho autostradą nr 15, na obrzeżach farmy, która należała do rodziny mojej bratowej, Lany.

Ich dom zaprojektowałam jako drugi po moim i nazwałam ten projekt Dom Dla Rodziny, bo wiedziałam, że oboje - brat i bratowa - o tym marzyli.

O dużej rodzinie z licznymi dziećmi.

W założeniu ten dom miał się stopniowo rozrastać w przyszłości tak, jak rozrastałaby się rodzina.

I był bez schodów (tylko kilka stopni prowadziło do piwnicy).

Dostali dużą działkę od rodziców mojej bratowej, więc miejsca mieli dużo i miałam nadzieję, że w przyszłości dobuduję im jeszcze niejedną sypialnię i łazienkę.

Lana była w siódmym miesiącu kolejnej ciąży, a może nawet w ósmym, nie miałam głowy do tych wyliczeń.

Mieli dwójkę uroczych berbeci: moją bratanicę, Lisę, która niedawno skończyła rok i mojego bratanka, Louie, który miał ponad dwa lata.

Kochałam ich na zabój.

Zaopatrzyłam się w zestaw klocków (do kompletu z tymi, które im kupiłam wcześniej), książeczki z obrazkami do kolorowania, komplet kredek ołówkowych i masę słodyczy, a potem pojechałam.

Już z drogi, z samochodu zadzwoniłam do Lany, żeby ich uprzedzić, że będę u nich tego dnia i że u nich zanocuję.

Mój brat, Vito, wyjątkowo, był w domu.

Vito był muzykiem, piosenkarzem i gitarzystą, liderem znanego wśród bywalców barów zespołu country rockowego.

Jeździli starym, rozklekotanym vanem po całej okolicy, ale na szczęście (chyba) nie wybierali się w dalsze trasy, więc braciszek był często w domu, żeby opiekować się swoimi dziećmi.

Uwielbiał to, a dzieci kochały go i zawsze, ale to zawsze było u nich radośnie (i głośno).

Mój brat był do mnie podobny z wyglądu, chociaż może nieco bardziej zaokrąglony, bo nie lubił sportu, a uwielbiał kuchnię swojej żony.

 Dojechałam do ich domu przed południem, a kiedy dzieci usłyszały silnik mojego samochodu, rzuciły się do drzwi, więc zanim weszłam domu, oboje stali przy nich (córeczka mojego brata nie skończyła jeszcze roku, więc jej stanie było chwiejne i tylko z mocnym trzymaniem się drzwi).

Jeszcze przed lunchem (pysznym) miałam trochę czasu na rozpieszczanie tych dwóch czarnych łebków: Lisy i Louiego łaskotkami, przytulaniem, grami i przez spędzanie przez nich mnóstwa czasu z ich kochaną ciocią Sophie.

Nie ukrywałam, że w ten sposób rozpieszczałam również siebie.

Siedziałam na podłodze, która była pokryta wykładziną, w ich bawialni, której drzwi tarasowe wychodziły wprost na trawnik i budowałam wieżę z klocków z Louie’m, a potem rozwalałam ją z Lisą.

Uwielbialiśmy to.

Po lunchu poszliśmy spacerkiem w odwiedziny do siostry Lany, która mieszkała niedaleko od nich, ale na krótko, bo miała nowe dziecko i kłopoty ze zdrowiem.

Potem miałam jeszcze więcej czasu podczas kolacji, którą jedliśmy w dużej jadalni przy stole, który dał się rozsuwać nawet na dwadzieścia osób, na pławienie się w rodzinnej atmosferze, za którą tak bardzo tęskniłam.

Opowiedziałam im o moim najnowszym, zakończonym projekcie i żartowałam sobie z facetów, z którymi pracowałam.

Lubiłam ich, więc te żarty nie były złośliwościami, ale raczej przekomarzaniem się i anegdotkami.

A po kolacji relaksowałam się, podczas niekończących się anegdotek i opowieści o koncertach w przydrożnych barach, kiedy Lana kładła dzieci spać, a ja siedziałam na kanapie z piwem obok mojego brata.

- Dobrze, braciszku… - powiedziałam mu wtedy - widzieć, jaką masz cudowną rodzinę.

- Sophie - mruknął do mnie Vito - założyłabyś swoją.

- Vito - szepnęłam.

- Wiem - odmruknął.

Pomilczeliśmy przez chwilę, a potem przyznałam mu:

- Po prostu jestem szczęśliwa, że tobie się udało.

Vito przyciągnął mnie do siebie trzymając ręką mój kark, pocałował moją skroń i tak zostałam, przytulona do niego.

Potem, kiedy Lana do nas wróciła, opowiadałam im dwojgu o swoich klientach, o Aleku i Samie, o Evie i innych poznanych ludziach i słuchałam opowieści o pozostałej rodzinie Lany.

Kochałam to wszystko.

Tak właśnie wyobrażałam sobie czas spędzany w gronie rodziny.

Następnego dnia zjedliśmy rodzinne, późne śniadanie, a ja wchłonęłam jeszcze trochę tego dobra, malując z dzieciakami i kolorując książeczki, zanim musiałam wracać do swojego (pustego) mieszkania.

*****

Tydzień później

Było przed południem.

Wracałam z mojego przyszłego domu, Domu Pod Zielonym Dachem, w którym byłam, żeby ustalić możliwe do wykonania prace, skoro nie mogliśmy zacząć nowej budowy, bo pogoda była do bani (nawet jeśli mieliśmy już wszystkie zezwolenia i podłączone media), a stary projekt był zamknięty i oddany.

Oblewaliśmy go w barze z chłopakami, co stało się naszą tradycją.

Tym razem od razu zapowiedziałam im, że wrócę sama, żeby nie krępowali się z podrywem (jakby to poprzednio robili).

Upierdliwa Klientka wreszcie dała się namówić na pewne elementy, więc rysowałam dla niej ostateczny projekt wnętrz (jej mąż powiedział, że to ona ma decydujące zdanie, bo prawdopodobnie wiedział, co by go czekało, jeśli chciałby się wtrącić) i moglibyśmy startować z budową, kiedy tylko pogoda by się trochę ustabilizowała.

Dobra nasza!

Przez ten czas ściągaliśmy wszelki potrzebny nam sprzęt, bo nie miałam wszystkiego na własność (moja firma była mała), a niektóre rzeczy wypożyczałam z okolicznych większych firm budowlanych tylko na czas niezbędny do ich użycia.

Było co robić.

Ale nadal chciałam jakieś postępy w budowie mojego domu.

Miał już dach, okna i drzwi, więc można było robić pewne prace wykończeniowe wewnątrz.

Miałam nadzieję, że od następnego dnia Sammy zacznie wspólnie z Bobie’m (robił dla mnie głównie stolarkę, ale też stawiał ścianki działowe, malował i tynkował, jak było potrzeba) wdmuchiwanie pianki izolacyjnej w zewnętrzne ściany, a w kolejne postawi kilka ścian działowych.

Potem przyszłyby podłogi, a potem reszta.

Pomalutku.

Ale do przodu.

Więcej dobrego w moim dniu.

Kiedy zaparkowałam na parkingu dla mieszkańców przy kompleksie i wysiadłam z mojego Raptora, zobaczyłam, że na stał tam zaparkowany samochód, którego nie znałam.

Szary Grand Cherokee.

Zastanawiałam się do kogo mógł należeć.

Przypomniałam sobie, że od jakiegoś czasu nie widywałam tego przedpotopowego, ale stylowego piaskowego Wranglera Maggie.

Może kupiła sobie taki Cherokee.

Hmmm.

Poszłam w stronę schodów i po drodze spotkałam obładowanego pudłami faceta, którego widziałam po raz pierwszy w życiu.

Nie mieszkał tu.

Był potężny w barach, z czarnymi, krótkimi włosami i czarną, równo przystrzyżoną brodą, ale to nie dlatego jego wyląd był uderzający.

W jego całej postawie i w wyrazie jego twarzy było coś groźnego.

Nie grożącego mi, ale nadal złowieszczego.

Po plecach przeszedł mi zimny dreszcz.

Weszłam na górę cały czas pod wrażeniem tego spotkania, a tam natknęłam się na drobniutką, zgrabną blondyneczkę.

Była to moja sąsiadka, Maggie, którą poznałam niedawno w przelocie, ale nigdy nie rozmawiałyśmy.

Nie patrzyła w moją stronę.

- Yo, Maggie - zawołałam z daleka, a ona poderwała dziwnie głowę, a potem uśmiechnęła się do mnie.

- Hej, Sophie - odpowiedziała.

- Wyprowadzasz się? - spytałam, wskazując brodą na pudła, które wystawiała właśnie za drzwi.

- Tak - powiedziała cicho i tak jakoś łagodnie, delikatnie, wręcz pieszczotliwie - Przeprowadzam się do Davida.

W tej chwili ten groźny facet, którego spotkałam na dole przy schodach wrócił na górę, podszedł do nas i stanął przodem do mnie, trochę przed Maggie, jakby ochronnie.

Łał.

- Sophie, poznaj Davida - powiedziała Maggie patrząc na niego do góry.

Pomyślałam o tym, że wyglądali razem wręcz uroczo.

Ona przy nim wyglądała jak mała laleczka, jakby mógł ją podnieść jedną ręką i nosić sobie na ramieniu.

- David - powiedziała do niego - To jest Sophie, moja sąsiadka.

Uśmiechnęła się delikatnie i jej twarz nieznacznie się zmieniła, kiedy na chwilę ich oczy się spotkały, a potem on spojrzał na mnie.

Nie patrzył na nią, a wtedy to się pojawiło.

Jej wzrok stał się taki, hmmm, czuły, delikatny i opiekuńczy, czego nie mogłam zrozumieć.

On był od niej o tyle większy, potężniejszy, wyraźnie silniejszy, a to ona chciała się nim opiekować.

Jakby z jakiegoś nie zauważalnego, nie zrozumiałego dla mnie powodu on tego od niej potrzebował.

A potem David podał mi rękę, uścisnął krótko, po męsku, mruknął swoje powitanie i odwrócił się do niej przodem.

Kiedy spojrzał na nią, zaparło mi dech w piersiach.

Mogłam przestać istnieć.

To było tak, jakby właśnie cały świat wokół nich przestał istnieć.

Dla niego liczyła się tylko ona.

O rany!

- Wezmę resztę spakowanych rzeczy, Kruszynko - powiedział do niej, a ja znowu wstrzymałam oddech, bo to było takie urocze.

Ten groźny mężczyzna i jego Kruszynka.

Omójbosze!

W tym momencie ze swojego mieszkania na galerię wyszedł do nas Alek.

- Och. Hej, dziewczyny. Hej David - zawołał do nas - Myślałem, że to Eva, bo miała do nas przyjechać.

Przywitał się z nami (dziewczynami) po swojemu, pocałunkami w powietrzu, ale Maggie musiała wracać do pakowania, bo David czekał na resztę rzeczy, a ja chciałam pójść do siebie, żeby złapać coś do jedzenia przed zabraniem się do pracy.

Kiedy to powiedziałam, Alek odwrócił się do mnie.

- Sophie - zawołał - a może wejdziesz do nas na brunch? Eva zaraz powinna być, to ją poznasz.

- Och - zastanowiłam się - Właściwie czemu nie. Jeśli nie będę przeszkadzała.

Tak!

Bardzo chciałam poznać Evę.

Ponieważ Alek zapewnił, że nie będę przeszkadzała, poszłam z nim.

*****

Alex

W tym samym czasie

Alex podjechał na parking kompleksu na prośbę Davida, który miał do wyniesienia rzeczy z mieszkania Maggie, które oni oboje chcieli wystawić na wyprzedaży garażowej.

Mieli je przenieść we dwóch do jakiegoś składziku obok biura zarządcy kompleksu, w którym było miejsce na przechowanie ich do weekendu, kiedy to Sonija miała je sprzedać.

David był przy samochodzie, kiedy Alex zaparkował swojego Shelby na części dla mieszkańców, wysiadł i zamknął samochód.

Jego uwagę zwrócił olbrzymi Ford.

- Hej, David. Jezu - krzyknął podchodząc do kumpla - ale potwór.

Był to komentarz na temat Raptora, stojącego kilka miejsc parkingowych dalej od Grand Cherokee Davida.

- Facet musi mieć bardzo małego fiutka - dorzucił pogardliwie Alex, ale David tylko się roześmiał.

To zszokowało Alexa jak cholera.

Nie słyszał dotąd, żeby David się śmiał.

Nigdy.

To też musiał być wpływ Maggie.

David był jeszcze jednym z jego kumpli, który miał dobrą kobietę.

Maggie dobrze się nim zaopiekowała.

Tak, Alex coraz bardziej czuł, czego mu brakuje.

- Skoro musi - skomentował dziwnie David słowa Alexa, krzywo się przy tym uśmiechając, ale nie dodał nic więcej.

Co do cholery?

Poszli na górę, do mieszkania Maggie, gdzie Alex przywitał się z kobietą kumpla i natychmiast zabrał się do przenoszenia rzeczy z Davidem.

Mieli po prostu wynieść meble.

Alex nie rozmawiał z Maggie, a i David nie mówił nic więcej.

Wyglądało na to, że oboje chcieli po prostu jak najszybciej pozbyć się tego mieszkania, uprzątnąć je i oddać najemcy do dyspozycji.

Alexowi to nie przeszkadzało.

Więc spieszyli się.

Kolejne godziny spędzone w towarzystwie jeszcze jednej pary tak otwarcie (chociaż milcząco) opiekującej się sobą, gdzie kobieta dbała o swojego mężczyznę, a on to oddawał, coś w nim poruszyły.

Alex nie odzywał się, bo był zamyślony.

Więc on też chciał szybko zrobić to, co mieli zrobić, bo naszło go to coś, co powodowało, że musiał pojechać do wynajmowanego przez siebie studio.

Po prostu musiał.

Uwolnić to.

*****

Sophie

Kilka godzin później

Położyłam się do łóżka z dziwnym odczuciem, że coś mnie ominęło.

Miałam dobry dzień.

Bardzo dobry.

Na budowie mojego domu szykowały się postępy, Upierdliwa Klientka wreszcie dała nam zielone światło z jej budową, poznałam fantastycznych ludzi.

Jeszcze lepszy.

Poznałam Evę, chociaż nie rozmawiałyśmy długo, bo chciała szybko wrócić do domu, żeby zaopiekować się swoim rannym mężem.

Mówiła o nim czule, radośnie, brzmiąc trochę jak szczęśliwie zakochana nastolatka, a trochę jak zatroskana mamuśka.

Uwielbiałam to.

Eva zaprosiła mnie na najbliższe spotkanie „kobiet” przy kawie i ciasteczkach.

Do tych „kobiet” zaliczali się Alek i Sam (a jakże), ale ogólnie wyglądało to jak zaprzyjaźniona grupa wsparcia.

Przynajmniej sądząc ze słów Evy.

Nie byłam co do tego przekonana, ale wstępnie się zgodziłam, bo bardzo (uparcie) nalegała.

Byłam skłonna polubić ją za sam wygląd.

Była szczupła, mojego wzrostu lub nieco niższa (trudno było ocenić, bo była w butach na koturnach), ale najbardziej fantastyczne były jej włosy.

Płomiennie rude.

Kochałam ten kolor.

W ogóle Eva była kolorowa.

Dotyczyło to nie tylko jej włosów, ale również ubioru, dodatków i zachowania.

Była ciepła i ożywiona, chociaż miałam wrażenie, że mnie badała, jak zdarzało się to mojej mamie, kiedy się o mnie martwiła.

Eva miała łatwy uśmiech.

Uśmiechała się właściwie cały czas, jakby jej życie było pasmem jednej wielkiej szczęśliwości.

Zachwycała się wieloma rzeczami.

Wyglądało na to, że zachwycało ją to, jak ktoś jej opowiadał o swoich zainteresowaniach.

Jakby niespotykane, zachwycające i cudowne było to, że ktoś miał zainteresowania.

Jakiekolwiek.

Gdyby Alek z Samem nie opowiedzieli mi wcześniej jej rozdzierającej duszę historii, nigdy w życiu nie domyśliłabym się, że przeżyła dramat.

Miałam ochotę poznać ją bliżej.

Zostać jej przyjaciółką.

Czego nie czułam nigdy wobec nikogo.

Eva powiedziała mi, że w ich grupę przyjaciółek wchodzi Maggie, którą poznałam, Sonija, którą kiedyś widziałam na galerii i Alice, o której usłyszałam już wcześniej od chłopaków.

Opowiedziałam Evie o mojej pracy (ogólnie), co sprawiło, że kolejny raz zachwyciła się i zapałała entuzjazmem, bo lubiła brać udział w wykańczaniu domu, nawet jeśli nie był to jej dom.

Musiałam więc ostudzić jej emocje, mówiąc, że to, jakie jest wykończenie domu zależy zwykle od mojego klienta.

Była trochę rozczarowana.

Miała nadzieję na puszczenie wodzy wyobraźni.

Rozumiałam ją.

*****

Kilka dni później

Siedziałam w salonie Evy i słuchałam plotek, którymi wymieniały się przyjaciółki Evy.

Poznałam Alice i Soniję.

Dowiedziałam się więcej o dramacie Maggie.

Bo ona sama, a trochę dziewczyny, opowiedziały mi o jej byłym chłopaku, który był terrorystą (o czym Maggie dowiedziała się niedawno), a, co gorsze, potraktował ją jak swojego wroga politycznego.

To znaczy torturował ją w okrutny sposób, przez co miała blizny.

A potem nie pozwolił jej żyć jej życiem, tylko ją śledził i próbował znowu torturować, kiedy już spotykała się z Davidem.

O mój Boże!

Jak ona to przetrwała i nadal potrafiła się uśmiechać?

Nie wiedziałam.

Zrozumiałam natomiast dlaczego David był wobec niej taki opiekuńczy, odnosił się do niej tak ochronnie.

Nie wysłuchałam opowiadania o przeżyciach Alice i Soniji (a bez wątpienia też miały, co opowiadać) bo Alek zszedł na temat ślubu i przyjęcia.

Tego nie mogłam słuchać.

Zemdliłoby mnie.

Albo bym wybuchła.

Szczęśliwie już kilka minut po rozpoczęciu tego tematu, zadzwonił do mnie Sammy.

Odebrałam telefon, mamrocząc przeprosiny i przechodząc do kuchni, więc miałam nadzieję, że nikt nie usłyszał, że rozmawialiśmy tylko o tym, że na ten dzień skończyli z pracą i jadą do domów.

Po powrocie do salonu powiedziałam ogólnie, że muszę jechać, bo coś się stało na budowie i uciekłam.

Skłamałam.

Pojechałam do mojego domu w budowie, żeby nie przyłapały mnie z Raportem na parkingu przy kompleksie.

Bo stwierdziłam, że nie pasuję do  ich.

Nie miałam zamiaru wysłuchiwać o menu na przyjęcie po ślubie, tańcach, krojach i kolorach sukni, czy też o tym, gdzie kto będzie siedział.

Tego miałam po dziurki w nosie.

Więc nie mogłam należeć do tej konkretnej rodziny.

 

1 komentarz: