sobota, 23 kwietnia 2022

1 - Mieszkanie

 

Rozdział 1

Mieszkanie

 

 

 

Półtora roku później, Salt Lake City

- Kurwa, Sammy, mógłbyś, do cholery, trochę uważać - warknęłam wściekle na mojego faceta od brudnej roboty, który przenosił na swoich barkach mój dobytek ze swojego starego pickupa do mojego nowego mieszkania.

Mieszkania, które wynajmowałam zaledwie od kilku dni.

- Kurwa, Soph, to cholerstwo jest śliskie i nieporęczne, więc naprawdę fajnie by było, jakbyś ruszyła swoją słodką dupę i to trochę przytrzymała - odwarknął równie wściekle Sammy.

Racja.

Wypakowywał moją pamiątkową szafkę po mamie, którą przywiózł tu na skrzyni swojego pickupa z domu moich rodziców i robił to właściwie bez pomocy, więc jego uwaga była słuszna.

Gówno.

Podeszłam do niego i ramieniem podparłam tę cholerną szafkę, ale Sammy i tak dźwigał jej główny ciężar.

Część moich rzeczy przywiozłam moim czarnym, lśniącym, rok-temu-nowym (i teraz wyjątkowo czystym) Fordem F-150 Raptor, który miał, niezbędną w naszej branży, dużą, pojemną skrzynię z tyłu zakrywaną metalową pokrywą, więc chroniącą przewożone często przeze mnie materiały budowlane przed warunkami atmosferycznymi.

Teraz ta metalowa pokrywa była zdjęta, bo niebo było bezchmurne, a my przewoziliśmy meble z domu moich rodziców do mojego nowego mieszkania i potrzebowałam na niej więcej przestrzeni.

Aż do teraz mieszkałam w domu rodziców.

Przez większość czasu z rodzicami.

Moje marzenia o szybkiej wyprowadzce na swoje i plany usamodzielnienia się, ruszenia dalej, dosyć nagle legły w gruzach.

Półtora roku temu właściwie z dnia na dzień dowiedziałam się, a właściwie wszyscy: cała rodzina, dowiedzieliśmy się, że moja mama jest ciężko chora.

To wszystko zmieniło.

Musiałam zrezygnować ze swoich niesprecyzowanych planów wyprowadzenia się z domu rodziców.

Nie mogłam znaleźć sobie własnego lokum.

Musiałam, po prostu musiałam zająć się mamą, skoro właśnie potrzebowała całodobowej opieki w domu.

Chciałam jej pomóc, zaopiekować się nią.

Więc zostałam z nimi.

Moja mama zachorowała na jakąś formę nowotworu kości, która podobno mogła się u niej rozwijać nawet przez dwadzieścia lat, zanim dała jakiekolwiek widoczne objawy.

Jako pierwsza objawy tej choroby wykryła przypadkiem jej masażystka - fizjoterapeutka, która odwiedzała ją w domu rodziców raz w tygodniu po tym, jak mama cztery miesiące wcześniej w głupi sposób, spadając z jednego stopnia, złamała sobie kość stawu biodrowego i miała wstawiony tytanowy implant.

Niby standard.

Rutynowy zabieg.

Ale coś było nie tak.

Nie było wiadomo, dlaczego, ale moja mama nadal, nawet jakiś czas po operacji, miała problemy z chodzeniem.

Po tym wypadku lekarz stwierdził zaawansowaną osteoporozę.

Nadal…

Masażystka natomiast zauważyła (słusznie), że mama z tygodnia na tydzień jest coraz bardziej blada i słaba.

Ja, widując ją codziennie, niczego nie zauważyłam.

Niczego.

Wykonane natychmiast badania krwi wykazały silnie obniżony poziom ilości krwinek czerwonych i zaburzenia innych.

Lekarz zaczął szukać przyczyny, więc robił kolejne badania, prześwietlenia, testy.

Mama była coraz to bardziej i bardziej zmęczona.

Nie chciała się leczyć, badać… żyć.

Lekarz znalazł jakieś nieprawidłowości budowy szpiku kostnego, konsultował, badał, aż stwierdził silnie zaawansowany nowotwór.

Nie dało się go już wyleczyć.

Ani chemioterapia, ani przeszczep nie dałyby spodziewanego dobrego rezultatu.

Gówno.

Zaczął podtrzymywać mamę przy życiu.

Podtrzymywać.

Kurwa.

Miałam, zabijające mnie, cholerne wyrzuty sumienia, że ja nie zauważyłam kompletne pierdolone nic wcześniej.

Byłam jednocześnie rozżalona na mamę, że ukrywała osłabienie i ból, jaki musiało jej sprawiać poruszanie się.

A potem… potem byłam zła.

Wściekła.

Wzbierała we mnie taka furia, że miałam ochotę gryźć i wyć.

Bić kogoś.

Byłam na nią taka strasznie, cholernie zła, że mnie po prostu zostawiła, że nie walczyła z chorobą, że się poddała.

Nie powiedziała nam, że potrzebuje pomocy, nie mówiła o sobie.

Potem najbardziej, aż do nienawiści, byłam wściekła na tatę za to, że ciągle gdzieś wyjeżdżał, że on nic nie zauważył, bo pracował.

I na końcu byłam zła na siebie, za to, że nie mogłam nic zrobić, że nie dopilnowałam wszystkiego, nie zauważyłam…

Tęskniłam za mamą.

Do bólu.

Minął rok od jej śmierci (dokładniej rok i trzy miesiące), ale ja nadal nie przeszłam żałoby.

Nadal tęskniłam.

Nadal byłam zła.

Nadal się obwiniałam.

W mojej głowie ciągle i ciągle nawracały pieprzone obrazy z cholernych ubiegłych osiemnastu miesięcy.

Powracały w moich snach.

Widziałam to na jawie.

Przez trzy miesiące po pierwszej diagnozie mamy nadal sypiałam w swojej starej sypialni w ich domu po to, żeby codziennie wcześnie rano wstać, iść do niej, wstępując po drodze do ich kuchni, żeby zabrać z lodówki jogurt i łyżeczkę z szuflady, a potem nakarmić tym mamę.

Czasem była to galaretka zrobiona specjalnie dla niej.

Owocowa lub mięsna.

Z dnia na dzień z coraz większym trudem namawiałam ją, żeby zjadła jeszcze jedną łyżeczkę, chociaż odrobinę.

Żeby powiedziała mi, co mam zrobić innego dla niej do jedzenia (nie, żebym umiała gotować, gotował ktoś inny) albo cokolwiek innego, żeby powiedziała mi cokolwiek.

Ale tak naprawdę marzyłam tylko, żeby usłyszeć od niej trzy słowa.

Żeby powiedziała mi, że mnie kocha.

Tak, jak dawniej mówiła.

Kocham cię, Księżniczko.

Bo kiedyś byłam jej małą Księżniczką.

Czasem pomagałam wynajętej przez tatę pielęgniarce myć mamę, przebierać ją lub prześcielać jej łóżko.

Czasem po prostu siedziałam z nią i czytałam.

Czytałam jej na głos, albo ja czytałam sobie po cichu, a jej puszczałam stare piosenki, które kochała.

Znałam je na pamięć, więc nawet nie musiała mi mówić jakie.

Po wyjściu od niej jeździłam do pracy, chociaż robiłam to bez zapału, co odbijało się na moich projektach, bo bywały bez polotu.

Na szczęście wówczas większość klientów nie potrzebowała ode mnie oryginalności.

Potem mama coraz po prostu częściej spała.

A ja coraz więcej i bardziej zaciekle pracowałam.

A potem…

A potem, pewnego dnia weszłam do jej pokoju, a jej łóżko było puste.

Puste!

Tak cholernie puste.

Znajoma mi pielęgniarka, którą tata wynajmował do całodobowej opieki nad mamą, zdejmowała pościel z jej łóżka, obejrzała się na mnie ze współczuciem i powiedziała mi, że tata odwiózł mamę do szpitala.

Nic mi nie mówiąc.

Nic!

Nie wysłał nawet cholernego SMS’a.

A potem…

Potem…

…tego samego dnia…

…w szpitalu…

…moja kochana mama… umarła.

Moja jedyna prawdziwa przyjaciółka.

Nie zdążyłam się z nią pożegnać.

Kiedy dojechałam do szpitala, dotarłam na wskazane piętro, już odeszła.

Odeszła.

Nie mogłam w to uwierzyć.

Moja mama!

Kiedy się o tym dowiedziałam od pielęgniarek, bo tata rozmawiał z lekarzem, nie mogłam sobie znaleźć miejsca w szpitalu na korytarzu.

Kręciłam się w kółko i patrzyłam na wszystko, nie widząc nic.

Musiałam zająć się jakimiś formalnościami, wypełnić dokumenty, podpisać coś, ale nie pamiętałam potem tego, więc nie wiedziałam, co to było i czy zrobiłam to dobrze.

Wróciłam do domu rodziców samochodem, ale do tej pory nie wiem jak, i nadal nie czułam nic.

Nie mogłam sobie znaleźć miejsca.

Byłam cholernie totalnie zagubiona.

Wszystko w domu przypominało mi o niej.

Nie mogłam płakać.

To bolało za bardzo.

W czasie pogrzebu nie odzywałam się do nikogo, nawet do mojego ukochanego brata, który tulił mnie długo i dawał mi prawdziwe pocieszenie.

Nie mogłam patrzeć na tatę.

Taka byłam na niego zła.

Wściekła.

A potem całkowicie zajęłam się pracą tak samo, jak mój tata.

Oboje spotykaliśmy się w naszym wielkim, pustym, rodzinnym domu na posiłkach, przelotnie między wyjazdami i powrotami z pracy i do pracy.

Domu, który nadal prowadziła Maria, którą znałam od dzieciństwa, bo zawsze prowadziła dom moich rodziców, odkąd kilkanaście lat wcześniej przeprowadziliśmy się do Edgemont.

Domu, który Maria opuściła pewnego dnia, mówiąc, że nie była już nam potrzebna, bo i tak nas nigdy tam nie było.

Słusznie.

Więc dom stał się jeszcze bardziej pusty.

A na dodatek straciłam ten drobny, złudny kontakt z rodziną Marii, która bywała u niej, więc znaliśmy się, rozmawialiśmy, chociaż nie przyjaźniliśmy.

A potem…

Trzy miesiące temu tata zginął w wypadku samochodowym.

Głupio.

Był gdzieś w Nevadzie w jednej ze swoich zwykłych tras w pracy, budując komuś super system nawadniający na polu, które przyroda chciała mieć pustynią.

Po prostu zmęczony zasnął za kierownicą samochodu, jadąc z jednego miejsca do drugiego, oddalonego o setki kilometrów.

Nie mogłam być dłużej zła na niego za mamę.

Byłam wściekła za to, że nie zadbał o siebie.

On również mnie zostawił.

Razem z moim kochanym bratem, moją jedyną pozostałą rodziną, sprowadziliśmy ciało taty do Salt Lake City, poddaliśmy je kremacji i złożyliśmy pod małą tabliczką obok prochów mamy.

Żeby byli razem tak, jak zawsze tego chcieli.

Niezależnie od tego jak bardzo byłam na niego zła, zawsze i nieodmiennie wiedziałam jedno: że tata kochał mamę, a ona kochała go nad życie.

Byli sobie przeznaczeni.

Tak mówiła mama.

Ulubioną piosenką mojej mamy było You Are My Destiny Paula Anki[1].

Pamiętałam dni, kiedy nie mogłam jej słuchać, bo puszczała ją w kółko, kiedy tata wyjeżdżał do pracy i nie mieli innego kontaktu ze sobą jak tylko rozmowy telefoniczne.

Skrycie marzyłam jednak o tym, żeby mieć kogoś takiego dla siebie (chociaż może nie znikającego na całe tygodnie).

Bardzo skrycie.

Tęskniłam za nimi obojgiem.

Bardzo.

Również skrycie.

Potem zgodnie, za całkiem niezłe pieniądze sprzedaliśmy razem z bratem wielki i pusty dom rodziców w Edgemont, ich dwa samochody i firmę taty.

 I podzieliliśmy cały spadek po nich na dwie równe części, chociaż nalegałam, żeby wziął więcej dla moich bratanków i bratanic.

Moja bratowa była bowiem w trzeciej ciąży, a ja kochałam te wszystkie małe brzdące, które dała mojemu bratu do tej pory.

Bardzo.

Chciałam, żeby miały wszystko, ale mój dumny, młodszy brat powiedział, że potrafi zadbać o dostatek swojej rodziny.

Uparciuch.

Racja.

Jak sobie chciał.

Bratankowi i bratanicy (i temu, co miało być) mogłam sprawiać od czasu do czasu super prezenty.

Moim dotychczasowym (niewielkim) wkładem w ich życie był projekt tego domu, w którym mieszkali.

Natomiast przypadającą mi część pieniędzy ze spadku po rodzicach zainwestowałam w rozwój mojej firmy (no, może nie wszystkie).

Nie była to już po prostu kolejna mała, zwykła firma budowlana.

Spełniałam swoje marzenie.

Reklamowałam się projektowaniem i budową pojedynczych, nietypowych domów jednorodzinnych „z charakterem”.

Mogły być droższe, a nawet dużo droższe niż inne, ale były wyjątkowe, a nawet bardzo wyjątkowe.

Miały odzwierciedlać charakter ich właścicieli i robiły to.

I nie budowałam pod wynajem.

Nigdy.

Mieszkanie, do którego się sprowadzałam, wynajęłam tylko na rok i nie planowałam na dłużej, bo budowałam swój dom.

Własny.

Według tego projektu, który wykonałam jako swoją pracę dyplomową, który wymarzyłam sobie i dla siebie.

O którym tata początkowo mówił, jako o fantasmagorii artysty, która nie może być urzeczywistniona, bo jest zbyt wymyślna i droga.

Ale w czasie obrony pracy dyplomowej udowodniłam, że taki dom może być wybudowany, a na dodatek może funkcjonować bez olbrzymich nakładów na utrzymanie, media itp.

Tata był ze mnie dumny.

Ja po prostu chciałam mieć ten dom.

Mój dom.

A tymczasowe mieszkanie wynajęłam w kompleksie mieszkaniowym, który był tak typowy i bez charakteru, że mnie od tego mdliło.

Były to właściwie cztery dwupoziomowe proste bloki zestawione ze sobą tak, że tworzyły prostokąt.

Pomieszczenia, które były na parterze miały wejścia od strony zewnętrznej i wewnętrznej, a mieszkania, które były na górze tylko od strony wewnętrznej.

Tam też była łącząca je galeria.

Nad patio.

Były też dwie klatki schodowe, jedna od strony parkingu, a druga wychodząca na tereny zielone.

Standard.

Nietypowe było to, że wszędzie: zarówno na galerii, na patio, na parkingu, jak i typowych terenach zielonych było tu mnóstwo zieleni.

Nawet teraz, w lutym, nadal było widać, że właściciel dbał o kwiaty w skrzynkach na balustradach, gazony na patio i takie inne.

Wszystkie ciągi komunikacyjne, w tym boczne chodniki, były starannie odśnieżone i posypane piaskiem.

Skrzynki i betonowe gazony były zabezpieczone, a z reklam w Internecie wiedziałam, że latem było ich mnóstwo.

Za budynkami był, o czym również wiedziałam z Internetu, teren zielony z dużym trawnikiem, obsadzonym kilkoma drzewkami, boiskiem i basenem z kwitnącymi krzewami na skraju.

Parking dla mieszkańców był wyłożony ażurową kostką, co bez wątpienia zwiększało powierzchnię zieloną i również dodawało uroku temu miejscu.

Parking dla gości był nieco oddalony i schowany za niskim żywopłotem.

To mi się bardzo podobało.

Ale o wyborze tego miejsca tak naprawdę zadecydował przypadek, bo potrzebowałam mieszkania natychmiast, a tu było kilka do wyboru.

Nie pytałam dlaczego.

Pomalowanie pomieszczeń na wybrane przeze mnie kolory zajęło mi (z pomocą chłopaków) dwa dni, a potem zostawiłam sobie jeszcze jeden dzień, żeby wszystko wyschło i wywietrzyło się.

Więc teraz wypakowywaliśmy z Sammy’m i Hal’em (moim elektrykiem-złotą rączką) nadmiar moich mebli, które miały bez wątpienia zagracić moją nową przestrzeń życiową.

Nie miałam jednak ochoty pozbywać się ich, skoro budowałam swój dom i wiedziałam, że będę ich potrzebowała, a te były pamiątką po mamie.

Sentyment.

Część zmieściłam w wynajętej na rok małej powierzchni magazynowej, ale nie chciałam wynajmować jej więcej, niż to było konieczne, żeby nie generować kosztów.

Więc resztę miałam mieć ze sobą.

Sammy zabrał w końcu zdejmowaną przez niego szafkę nocną i poszedł z nią w kierunku schodów, a ja zabrałam się za wydobywanie ze skrzyni pickupa moich osobistych tekstyliów.

Były to głównie ubrania robocze i dżinsy z T-shirtami, ale również parę seksownych sukienek, których nigdy dotąd nie miałam okazji nosić.

Były tam też ręczniki i pościel, do których byłam super przywiązana, bo lubiłam te rzeczy dobrej jakości i wyszukiwałam je w sklepach z upodobaniem oraz tony bielizny (bo kochałam jedwabną bieliznę).

Zajmowało to cztery pudła i dwie wielkie walizy.

Ustawiłam to na ziemi i wyciągałam kolejne pudło, tym razem z butami, kiedy na parking podjechał samochód.

Bardzo zwyczajny, mały, miejski samochodzik.

Czerwona Honda Civic.

Wysiadł z niej mężczyzna, który był mojego wzrostu lub niewiele wyższy.

Miał ciemno blond, krótko obcięte, potargane artystycznie włosy, szare, patrzące wprost na mnie, oczy i miły uśmiech.

Ubrany był niesamowicie kolorowo w brązową kurtkę, pomarańczowe spodnie i rdzawy szalik, który zawiązał z fantazją.

Również się do niego uśmiechnęłam.

Przystanął niedaleko mnie.

- Cześć - powiedział machnął raz otwartą dłonią.

- Cześć - odpowiedziałam.

- Jestem Alek, witamy w sąsiedztwie - powiedział wyraźnie, nadal się do mnie uśmiechając.

Przyjacielsko.

- Jestem Sophie - odparłam - Dzięki.

- Wprowadzasz się sama? - zaciekawił się.

- Tak - odpowiedziałam, ani trochę nie zrażona jego wścibstwem - Będę tu mieszkała sama.

W tej samej chwili od strony schodów podszedł do nas Sammy.

Alek zmierzył go wzrokiem od stóp do głowy.

Sammy był nieco niechlujnym, męskim, dużym facetem (bardzo dużym we wszystkie strony), z brązowymi, zbyt długimi włosami i taką samą brodą.

Wiecznie wyglądał tak, jakby potrzebował fryzjera, kąpieli i czego tam mężczyźni potrzebują.

Jego kobieta to tak lubiła, więc nigdy nie kwestionowałam tego, chociaż ja tego nie lubiłam.

Alek przybrał minę, jakby jemu się to podobało.

- Hej - powiedział do niego, ale Sammy, jak to Sammy burknął coś tylko pod nosem, udając niegrzecznego.

- Co jeszcze zabrać szefowo? - spytał mnie, a ja wskazałam palcem na jedno z pudeł stojących u moich stóp.

Sammy nie opierdalał się i złapał od razu dwa pudła i walizkę.

- O Boziuniu - westchnął Alek i spojrzałam na niego z zaciekawieniem.

Wyglądało na to, że ktoś tu był gejem.

- Dobra, dziewczyno - Alek zwrócił się do mnie, jakby chciał mi to bez zwłoki potwierdzić - Pracuję w butiku. Jakbyś potrzebowała ciuszków, zapukaj pod 10, a dam ci namiary. Albo mój kochanek, Sam, ci je da, bo też tam pracuje. Z czasem poznasz innych mieszkańców kompleksu, to zobaczysz, kto w czym może ci pomóc.

Podszedł do mnie i złapał mnie za ramiona czubkami palców obu rąk.

- Muszę lecieć - powiedział - Jeszcze raz witamy w sąsiedztwie. Jesteśmy jak rodzina.

Przysunął się, cmoknął powietrze obok jednego mojego ucha, a potem obok drugiego, odsunął się i odszedł w stronę schodów, machając mi dłonią.

To byłoby nawet zabawne, gdyby nie to:

Rodzina.

Hmmm.

Spojrzałam akurat, by zobaczyć, jak ze schodów schodzi Hal, a Alek ogląda się za nim, najwyraźniej oceniając jego tyłek.

O mało się nie roześmiałam.

Hal był grubaskiem.

Nie bardzo grubym, ale zaokrąglonym, co było podkreślone tym, że był niski; niższy ode mnie.

Miał ciemne włosy, których koloru nie zdecydowałabym się nazwać, a które miał zapuszczone do ramion i zwykle związywał w kitkę.

Dla mnie najważniejsze było to, że był geniuszem elektryki, elektroniki domowej i wszelkiego okablowania.

Pracował dla mnie od dziesięciu miesięcy i już wiedziałam, że muszę się postarać go zatrzymać.

- Soph - jęknął - Dużo jeszcze? Jestem strasznie głodny.

Hal był zawsze głodny.

- Zabierz to, a ja wezmę to - wskazałam na deskę kreślarską i podstawę do niej - Sammy wróci po tamte pudła i będzie koniec. Pojedziecie na pizzę.

Hal wyciągnął deskę z mojego pickupa i stęknął przy tym tak rozpaczliwie, jakby miał dostać przepukliny.

Kurwa.

Tylko tego by mi brakowało.

Potrzebowałam go.

Zaczynałam właśnie nowy projekt, kończyliśmy poprzedni i potrzebowałam każdego z tych facetów, których dobierałam do swojej ekipy przez dwa lata i już się prawie zgraliśmy.

- Może to zostaw, Hal - powiedziałam - Poradzimy sobie z Sammy’m.

- Nie, nie, szefowo - stęknął Hal - Dam radę.

Weszliśmy na górę i poszłam do swojego mieszkania, z którego wychodził Sammy po resztę rzeczy z Raptora.

Za progiem przywitał mnie totalny kipisz rzeczy, ustawionych byle jak na środku pomieszczenia, które łączyło funkcję salonu, jadalni i kuchni.

Wiedziałam, że z krótkiego korytarzyka wchodziło się do sypialni i łazienki, a za kuchnią było małe pomieszczenie gospodarcze z pralko - suszarką i spiżarnią.

Ponieważ i tak musiałam pomalować ściany w całym mieszkaniu, bo poprzedni właściciel, z nieznanych mi powodów, nie zrobił w nim niczego, by było chociażby trochę bardziej czyste, więc od razu wybrałam kolory, które miały sprawić, żebym poczuła się tu dobrze.

Lubiłam kolory.

W głównym pomieszczeniu, czyli w salonie/jadalni zastosowałam kolory ziemi.

Liczne.

Część ściany była pomarańczowa, część brązowa, był też bordowy i khaki w detalach wokół okien oraz w przejściach między częściami pomieszczenia, a w samej kuchni dominowały różne odcienie brązowego i rudości.

Nie zmieniłam mebli kuchennych, które były kremowe, więc wpasowały się w wybrane przeze mnie kolory.

Sypialnia była natomiast w pełnej gamie odcieni niebieskiego i zielonego, które miały mnie wyciszać, uspokajać i pozwalać na lepszy sen.

Nie zmieniałam również łazienki, bo nie chciałam tu robić rewolucji.

Ostatecznie miałam z tym mieszkaniu żyć tylko przez rok.

Ale nawet do tego musiałam poustawiać meble.

To już miałam zrobić sama.

*****

Alex

Pracował.

Alex kończył pracę na dodatkowej zmianie, którą wziął za swojego kumpla z jednostki, Jimmy’ego, kiedy ten z Evą i Mattem (jego żoną i wnukiem, który od niedawna był pod ich wyłączną opieką) pojechał na weekendową wycieczkę do Denver, by odwiedzić przyjaciółkę Evy.

Pracowali w straży pożarnej systemie 12/24, ale brali czasem za siebie dyżury w razie konieczności, to znaczy wymieniali się wtedy z kolegami z innych jednostek tak, aby każda jednostka miała pełen skład przez cały czas.

Jeśli przychodził ktoś z innej jednostki na zmianę za ich kumpla, oni szli na dyżur do jego jednostki.

Przez ostanie pół roku Alex stale brał zmiany za Jimmy’ego i za Davida, bo chłopaki mieli ciągle jakieś problemy, głównie ze swoimi kobietami, i potrzebowali wolnych dni (lub nocy).

Alex nie miał zajęć, które wymagałyby od niego brania wolnego.

Nie miał również dla kogo.

Zajmował się, co prawda, swoją mamą przez ostatni rok, bo wreszcie postanowiła się uwolnić od wiecznie zdradzającego dupka, jakim był ojciec Alexa, ale mama się usamodzielniła i przez ostatnie dwa miesiące nawet wolała, żeby Alex z nią nie przebywał.

Mama Alexa od zawsze, odkąd Alex pamiętał, była pracującą w domu mamą i żoną, więc Alex nawet nie wiedział, że miała jakikolwiek wyuczony zawód.

Aż do teraz.

To był szok dla systemu, dowiedzieć się, że jego mama, która wydawała się być całkowicie uzależniona od jego ojca, nagle znalazła sobie pracę w zawodzie, który wydawał się dawać jej satysfakcję.

A na dodatek bez szumu i potrzeby pomocy sama znalazła dla siebie adwokata, który wywalczył dla niej całkiem niezłą ugodę rozwodową (bo ojciec Alexa nie chciał rozgłosu na temat jego zdrad).

Więc była ustawiona.

Wynajęła luksusowy apartament w kondominium w Downtown i kupiła sobie samochód, który jej odpowiadał natychmiast po sprzedaży tamtego, który kupił jej ojciec Alexa w celach reprezentacyjnych.

Wychodziła na spotkania ze znajomymi.

Alex nie był ich jedynym dzieckiem, ale po śmierci jego brata prawie dwadzieścia lat wcześniej, jego mama stała się wręcz nadopiekuńcza.

Jako nastolatek nie miał lekko.

Nawet jako dorosły mężczyzna miał przechlapane.

Zawsze musiał się meldować, co robił (zwłaszcza w piątkowe wieczory), kiedy miał do niej przyjechać i z kim się spotykał.

Kochał mamę, więc to robił.

Ponieważ jego mama łatwo się denerwowała, więc już w dzieciństwie nauczył się nią opiekować, skrywać przed nią złe wieści, łagodzić szok.

Dlatego Alex nie mógł się przyzwyczaić do nagłej samodzielności, która dawała mu wręcz poczucie samotności.

Ale jego mama postawiła sprawę jasno.

Kazała mu ruszyć dalej.

Powiedziała mu, że zbyt długo ona polegała na nim, ale również on zbyt długo oglądał się na nią.

Więc to miało być również dla jego dobra.

Nie widział tak tego.

Przez ostatnie półtora roku miał cztery dziewczyny, z którymi mieszkał przez jakiś czas.

Z jedną przez całe trzy miesiące.

Wiedział jednak, że to nie było to.

Więc rozstał się z każdą z nich.

Chociaż właściwie nie wiedział, czego szukał.

Patrzył na szczęście Jimmy’ego, na „zaloty” Davida i myślał o tym, czy mógłby mieć coś takiego dla siebie.

Chociaż David ostatnio trochę jakby świrował (bardziej niż zwykle).

Na poprzednim dyżurze był ponury i wyglądał, jakby chciał komuś wpierdolić za zapytanie go, czy wstał z łóżka.

Na ostatnim był radosny, jak jaki skowronek i rozpromieniony, jak słońce w letni dzień.

Tym razem Alex miał ochotę jemu wpierdolić.

David nie zważał na to, tylko odbierał SMS-y i odpisywał na nie z radosnym uśmieszkiem na kudłatej mordzie.

Kurwa.

Po tym, jak rozmawiali z Jimmy’m, Alex wywnioskował, że David stale sypiał z Maggie u niej albo u siebie, chociaż nie przeprowadził jej do siebie do domu, co powinien zrobić, zważywszy na to, że miał całkiem niezły dom odziedziczony po dziadkach.

Jego sprawa.

Więc tego dnia Alex również był wolny, nie ograniczony żadnymi obowiązkami, bez konieczności tłumaczenia się komukolwiek.

Wyszedł z pracy, wsiadł do swojego Mustanga i pojechał na kolację do jednego z zajazdów przy autostradzie.

Miało to kilka zalet.

Jedną były zajebiste, wielkie steki.

Drugą cipki do poderwania, które czekały tu na kierowców wozów ciągnących w dalekie trasy, albo motocyklistów.

Takie cipki lubiły też jego sportowy wóz.

Alex miał jedną zasadę - nigdy nie zarywał brunetek.

Jego celem były blondynki.

Najlepiej małe i cycate.

Zjadł, pił piwo i rozglądał się.

Ta, która mu wpadła w oko, była wolna i chętna, więc na odległość, samym patrzeniem, zapewnił sobie jej niepodzielną uwagę tak, jak to zwykle robił.

Wpadła w jego sidła.

Podeszła kołysząc biodrami między stolikami i przekonał się, że może mieć dobry seks tej nocy.

- Hej, misiaczku - powiedziała, kiedy była już bardzo blisko.

I wtedy Alex poczuł to i zesztywniał.

To nie był jej zapach.

Zapach drzewa sandałowego.

Przywiało go od kogoś innego, ale Alex już nie myślał o żadnej cipce.

Myślał tylko o tym, żeby wypierdalać z tamtego miejsca.

Jak najszybciej.

Od półtora roku ten zapach go prześladował.

Nauczył się, że, jeśli go poczuł, musiał uciekać.

Im szybciej, tym lepiej.

Zanim owładnął by go szał i wpierdoliłyby komuś właściwie bez powodu (chociaż powód zawsze mógłby się znaleźć).

Więc wymamrotał jakieś bzdurne przeprosiny i wyszedł.

I pojechał do domu.

Do swojego mieszkania.

Wściekły.

Sam.

*****

Sophie

Był późny wieczór, prawie noc.

Byłam sama.

Byłam wyczerpana po dwóch dniach przestawiania mebli i porządkowania rzeczy w moim nowym mieszkaniu, ale nie mogłam spać.

Od półtora roku nie miałam faceta.

To był mój rekord.

Lubiłam seks i, jak go chciałam, znajdowałam okazję, żeby kogoś zaliczyć, chociaż przez długi czas byłam z jednym.

Tego dnia wiedziałam, czego potrzebowałam.

Wcześniej wyjęłam moje wibratory z pudełka, w którym je przywiozłam, umyłam je i naładowałam.

Teraz głaskałam je, pieściłam i myślałam o tym, co chciałabym mieć.

Niestety, moja wyobraźnia została zdominowana od dłuższego czasu przez jednego palanta.

Leżałam naga na moim łóżku, z rozłożonymi nogami, zgiętymi w kolanach i gładziłam powoli moje piersi i brzuch czubkami palców.

Moje wyobraźnia była taka uboga.

Ponownie niechciane obrazy i odczucia zaczęły dominować nad moim podnieceniem i z westchnieniem włączyłam wibrator, żeby zacząć pieścić nim moją narastającą wilgoć.

Przypominałam sobie opalone dłonie wędrujące po moich piersiach, żebrach i brzuchu, jasne włosy przy moim policzku i grubego, cudownego kutasa wbijającego się w moją cipkę.

Tak, jak to widziałam w jego lustrze.

Wyobrażałam sobie co moglibyśmy robić innego, jak brałby mnie, kiedy mielibyśmy więcej czasu i przestrzeni i ruszałam wibratorem do i z mojego coraz bardziej gorącego wnętrza.

Aż poczułam spełnienie.

Nawet nie w dziesiątej części tak dobre, jak to, które pamiętałam.

Ale może źle pamiętałam.

Może tylko marzyłam.

Westchnęłam.

Wstałam, poszłam do łazienki, umyłam zabawki i siebie, wróciłam do sypialni i ubrałam się w piżamę.

Schowałam zabawki do szuflady szafki nocnej i położyłam się w pościeli.

Opatuliłam się kołdrą i wcisnęłam głowę w poduszkę.

Czegoś mi brakowało.

Nie wiedziałam, czego właściwie chciałam.

Miałam nowe mieszkanie.

Budowałam dom.

Miałam własną firmę.

Miałam wszystko.

 

2 komentarze:

  1. Dziękuję ślicznie, jejku, ciekawe jak na siebie trafia ☺️ jestem ciekawa też, kto będzie bardziej zabiegał o drugą osobę ;>

    OdpowiedzUsuń