wtorek, 10 maja 2022

18 - Studio

 

Rozdział 18

Studio

Sophie

 

 

 

Miesiąc później

Thanksgiving spędziliśmy rodzinnie, w rozjazdach.

Był właśnie wczesny wieczór i jechaliśmy Mustangiem do Richmond, by zjeść kolację z Vito i jego rodziną.

Minione tygodnie wypełnione były pracą, rozmowami, przyjaciółmi i rodziną i miałam nadzieję, że tak zostanie.

Lubiłam to.

Nie.

Kochałam to.

Pod koniec października spadł pierwszy śnieg, więc nie było mowy o tym, żeby rozpocząć budowę Domu Nad Potokiem, ale miałam już pełną akceptację planów od Iriny i Irvinga, moich klientów, przyszłych właścicieli tego domu.

Rysowałam plany szczegółowe, które ustalaliśmy przez e-maile.

Zdobyłam wstępne pozwolenia.

Geodeta zgodził się pracować pewnego cieplejszego dnia, pomimo leżącego śniegu (na szczęście nie było go dużo).

Więc to też mieliśmy z głowy.

Reszta mogła przyjść pomalutku, bo do wiosny nie mieliśmy szansy na prace w terenie (w naszym klimacie, Pfff, zapomnij).

To samo dotyczyło prac nad drugim domem, ale tam miałam prostszą sprawę ze względu na to, że w tym miejscu stał już wcześniej dom.

Był odrobinę mniejszy, niż nowy, wymarzony, ale chcieliśmy z właścicielami utrzymać w elewacji ten sam styl, który występował w okolicy, więc pozwolenia można było dostać nieomalże od ręki.

Tuż przed Halloween zgłosił się do mnie jeszcze jeden potencjalny klient.

Powiedziałam mu, że buduję dwa domy i musiałby poczekać.

Kilka dni temu dostałam odpowiedź, że zgadza się poczekać, ale nadal nie znałam jego wymagań, wyobrażeń, więc i tak mogło się okazać, że nie przyjęłabym tego zlecenia.

Zobaczymy.

Mogłam powybrzydzać.

Alex był dumny z tego, że byłam taka rozchwytywana.

Dumny ze mnie.

A ja byłam szczęśliwa, że mogłam mu to dać.

Wykańczaliśmy z chłopakami Dom Pod Zielonym Dachem, co wiązało się z decyzją dotyczącą mebli, które składowałam w wynajmowanym przeze mnie magazynie i tych, które miałam w mieszkaniu.

Rozmawiałam o tym z Alex’em, bo chciałam, żeby ten dom był nasz, żeby Alex też dobrze w nim się czuł.

Ale nie pomagał.

Przytakiwał mi we wszystkim i nie miał własnych pomysłów.

Uch!

Więc zdecydowałam niedawno, że urządzę cały dom po swojemu, a Alexowi pracownię - studio do malowania.

Nie mogłam wymyślić, które z pomieszczeń naszego domu nadawałoby się do tego, bo musiałoby mieć jednocześnie wentylację, światło i łatwy dostęp z reszty domu.

Potem przyszło mi do głowy wyodrębnienie części pomieszczenia, które przeznaczyłam na składzik przy garażu i dobudowanie do niego szklanych ścian zewnętrznych, żeby je powiększyć i sufitu w stylu oranżerii.

Okna wychodziłyby na główny taras, ale mogłabym zasłonić okna częściowo pergolą lub, lepiej, „zieloną ścianą”, żeby Alex miał swoją prywatność, jeśli natchnienie naszłoby go wtedy, kiedy mielibyśmy gości.

Widziałam takie rozwiązanie w magazynie branżowym, więc mogłam poszukać sposobu na wykonanie tego, ale dopiero wiosną, kiedy znowu będzie można budować.

Na razie przenieślibyśmy rzeczy Alexa do składziku, żeby nie miał studio tak daleko od domu i żebym ja miała go bliżej siebie.

Na tę rozmowę przeznaczyłam sobie czas po Thanksgiving.

Nasze myśli obecnie zajmował ślub Maggie i Davida, który miał odbyć się w Boże Narodzenie.

O, Boże kochany!

Kilka lat temu nikt nie wmówiłby mi, że kiedykolwiek będę się przejmowała ślubem przyjaciółki.

Ba, nie myślałam, że będę miała przyjaciółki.

Byłam naprawdę szczęśliwie podekscytowana.

Szalenie.

Alek i Sam (chociaż głównie Alek) planowali wszystko i nie pozwalali nam się wtrącać nawet w wybór sukienek, jakie miałyśmy wszystkie mieć na sobie jako druhny.

To było zabawne.

Mogłam zauważyć, że dziewczyny się przed tym nie broniły, ale zrozumiałam to dopiero po usłyszeniu jego propozycji.

Alek omawiał je z nami szczegółowo.

Wielokrotnie.

Wszystkie nasze sukienki były w tym samym stylu, ale każda z nich była tak naprawdę inna.

Każda z nas miała sukienkę, która do niej pasowała najlepiej.

Również kolorem.

Podkreślała jej kształty, tuszując niedoskonałości (przynajmniej w opowiadaniach Aleka i na rysunkach krawcowej).

Wprost nie mogłam się doczekać pierwszej przymiarki, którą miałyśmy mieć w następnym tygodniu.

Moja sukienka miała być, oczywiście, bordowa.

À propos sukienek - to zaczęło się od Halloween.

Noc Halloween spędziliśmy we dwójkę z Alex’em włócząc się po imprezach miejskich, chodząc razem z rozbawionym tłumem od parku i placu miejskiego po kolejnych parkach i placach.

Miałam na sobie kostium andaluzyjskiej księżniczki.

Dla żartu.

Była to czerwona, długa do kostek suknia z czarnymi wykończeniami w postaci koronek i z czarnym stanikiem, ale miała duży dekolt na plecach, a noc była zimna, więc musiałam na nią założyć grubą czarną chustę z czerwonymi frędzlami, którą owinęłam się na krzyż przez piersi i zawiązałam na plecach.

Suknia była obcisła w talii, na biodrach i do połowy ud, a poniżej miała sute czerwone falbany, które miotały mi się wściekle, kiedy szłam energicznie, biegłam lub kręciłam się dookoła Alexa.

Niestety, musiałam założyć do niej botki na obcasie (na szczęście, niewysokim).

Podobne jak przy spódnicy, falbany były przy rękawach od łokcia do dłoni, czego już nie lubiłam, bo mi przeszkadzały.

Włosy spięłam w gruby kok na karku, a nad nim i za uszami wpięłam w nie duże czerwone kwiaty z aksamitu.

Umalowałam się na wampirzycę, skoro to było Halloween, ale dla Alexa ważniejsza okazała się sukienka.

Alex częściowo dostosował się do mojego stroju swoim (powiedziałam mu ogólnie co zamierzałam założyć), chociaż nie chciałam, żeby to robił, bo pasujące do niego kolory były inne niż moje.

Miałam jednak do niego zaufanie, bo miał dobry gust, więc pozwoliłam mu zrobić mi niespodziankę.

Była fantastyczna.

Strój, który (również dla żartu) włożył wtedy Alex był w stylu Gothic, w wersji Devil.

Czarne, eleganckie chinosy do czarnych butów i, najlepsze: czarny, długi, wyglądający na aksamitny płaszcz, zapinany na guziki z pętelkami ze sznurków, ze stójką pod szyją i sztywnymi mankietami.

Z nielicznymi czerwonymi dodatkami i wykończeniami.

A do tego włosy zaczesane do tyłu i szare cienie pod oczami.

Omójbosze!

Wyglądał tak zabójczo, tajemniczo i przystojnie, był taki gorący, że zawahałam się, czy na pewno chcę z nim wychodzić.

Miałam ochotę zostać z nim w domu i natychmiast go z tego rozebrać.

Zerwać to z niego.

Jego wzrok, kiedy zobaczył mnie w mojej sukni, powiedział mi, że i on chciał zrobić to samo ze mną.

Nie uznał tego za żart i mój wygląd był przyjęty przez niego super poważnie, wręcz za bardzo poważnie.

Jego oczy pociemniały i tak na mnie patrzył, że dosłownie dyszałam.

Ale wyszliśmy, bo postanowiliśmy (właściwie bez słów), że tym razem opóźniona gratyfikacja może okazać się dla nas zbawienna.

Szybkiego seksu mieliśmy nadmiar na co dzień.

Cały kompleks był udekorowany dyniami, suchymi gałązkami z pajęczynami, mumiami i duszkami.

Kiedy wychodziliśmy z mieszkania, było już ciemno, więc wszystko spowijała poświata przyćmionych ledowych światełek i nastrój zabawy.

Byłam szczęśliwa.

I tak podekscytowana, że cały czas podskakiwałam z niecierpliwości, żeby szybko dołączyć do ludzi na pochodzie w mieście.

Pojechaliśmy Mustangiem, cały czas czułam, skierowane na mnie, szczęśliwe spojrzenia, rzucane przez Alexa i wiedziałam, że cieszył się, że mi to dawał.

A jeszcze bardziej szczęśliwi byliśmy cztery godziny później,

Kiedy wróciliśmy do mieszkania, zmęczeni, ale mocno podnieceni i Alex mi pokazał, jakie zalety mają sukienki.

Podciągnął mi spódnicę do pasa, zsunął ze mnie do kolan to, co musiałam pod nią mieć ze względu na chłód zimowej nocy i wypieprzył mnie w ubraniu.

W korytarzu wejściowym.

Tuż za progiem.

Obiecałam sobie, że nie będę zakładała bielizny pod sukienki i spódnice, jeśli zdarzy mi się je nosić.

A chyba mogłabym zaplanować noszenie ich częściej (i kupić kilka), jeśli tak podobały się Alexowi.

A podobały się, co pokazywał mi potem przez całą noc.

Dlatego właśnie na Thanksgiving założyłam kolejną sukienkę.

Jedną z tych, które kupiłam niedawno w butiku Aleka i Sama.

Ta była bordowa, rozcięta z przodu od góry do dołu, z szeroką spódnicą, zapinana w pasie dużym, ozdobnym, czarnym guzikiem na skosie materiału z prawej na lewą stronę talii (dodatkowe guziki miała ukryte pod materiałem na skosie w prawą stronę oraz przy dekolcie i poniżej pasa) i miała bardzo duży dekolt otoczony szerokim kołnierzem.

Taka nieco bardziej elegancka (i seksowna) szmizjerka.

Miałam do niej czarne botki na koturnie i czarną torebkę, a teraz miałam na sobie jeszcze czarny płaszcz (i czerwony szal).

I od południa odwiedzaliśmy przyjaciół i rodzinę.

Do niektórych tylko zadzwoniliśmy z życzeniami.

W południe odwiedziliśmy Evę i Jimmy’ego, by zawieźć prezenty dla Davie’go, który niedługo kończył miesiąc, a przy okazji też dla Marii i Matta, bo nie mogli zostać bez drobiazgów na pocieszenie, kiedy ich brat dostawał prezent.

Dowiedzieliśmy się, że oboje starsze dzieci mówiły do Evy mamo, a do Jimmy’ego tato.

Mało się (znowu) nie popłakałam.

Stanowczo: robiłam się strasznie miękka.

Potem byliśmy na lunchu u Marii, gdzie zaczęła się zbierać cała rodzina, więc było hałaśliwie i radośnie.

Nie mieliśmy okazji porozmawiać, bo co chwilę przyjeżdżał ktoś nowy, aż uciekliśmy, żeby móc odjechać Mustangiem, zanim go całkiem zastawili.

Wstąpiliśmy na krótko do naszego mieszkania, żeby zabrać przygotowane przez nas dania.

Lana miała wystraczająco dużo pracy, więc powiedzieliśmy jej, że przygotujemy niektóre.

Muszę się przyznać, że „na krótko” wiązało się z szybkim numerkiem, do którego doszło po tym, jak Alex sprawdził, że nie włożyłam bielizny (miałam na sobie pończochy samonośne, więc wcześniej mógł się tego tylko domyślać, skoro ubierałam się częściowo w łazience, żeby nie widział).

A potem musiałam się umyć, uczesać i na nowo pomalować, ale nie miałam nic przeciwko temu.

Zabraliśmy nasze półmiski: Alex zapiekankę z zielonej fasoli, której nie pozwolił mi nawet spróbować, a ja jabłecznik, które zrobiła dwa, żeby spróbować jeden i nie narażać się na pośmiewisko, jeśli byłby niejadalny.

Na szczęście był dobry (Alex powiedział, że pyszny!).

I pojechaliśmy po Mamę Juliet.

Zabraliśmy ją bowiem ze sobą do Richmond.

Juliet uparła się, więc przygotowała tradycyjny farsz, do którego Lana miała przygotować grzanki.

Spakowaliśmy to wszystko do bagażnika Mustanga, Juliet usiadła z tyłu (na własne żądanie), a ja na miejscu pasażera obok Alexa.

Tak właśnie jechaliśmy.

*****

Alex

 

Trzy godziny później

Alex patrzył na swoją kobietę, na bijące z niej szczęście, zadowolenie z tego, że miała rodzinę i przyjaciół przez cały dzień przy sobie i był zadowolony z tego, że mogli to mieć, że mógł jej to dać.

Nie.

Nie był zadowolony.

Był naprawdę bardzo, bardzo szczęśliwy.

Przez ponad miesiąc była coraz bardziej sobą: żywiołowa, radosna, pełna entuzjazmu.

To z niej wprost wybuchało.

Przy każdej okazji.

A Alex to kochał.

Byli właśnie po kolacji, dzieci objadły się tak, że nie chciały iść spać, więc byli wszyscy skupieni w dużej bawialni.

Oprócz nich była jeszcze siostra Lany z rodziną (przyszli tuż po kolacji, w sam raz na deser), również z małymi dziećmi, więc bawili się wszyscy na podłodze.

Sophie siedziała z nimi na dywanie, ale głowę miała zwróconą do brata i bratowej i opowiadała z zapałem o swoich najnowszych projektach.

Taka rozjaśniona pasją była jeszcze piękniejsza.

Mama Alexa patrzyła na nią z rozczulonym wyrazem twarzy, a potem spojrzała tak samo na Alexa.

Kochała Sophie.

Nie tylko ze względu na Alexa, ale również dlatego, że Sophie po prostu była taka, jaka była.

Trzeba było ją kochać i, jak ktoś ją znał, po prostu to robił.

Alex słuchał rozmów, ale wspominał podziękowania, jakimi dzielili się przy wspólnym stole.

Sophie długo dziękowała, za wiele rzeczy.

Znał to wszystko na pamięć.

Powtarzała mu to często i przy każdej okazji.

Tak często, że uwierzył, że to on dał jej to wszystko.

Ale dla niego najważniejsze, najcenniejsze ponad wszystko inne było to, co powiedziała Maria (a tego dnia to powtórzyła, chociaż innymi słowami).

Że dał jej .

Że wreszcie była sobą.

Więc jego podziękowania były o wiele krótsze.

- Dziękuję za Sophie - powiedział, kiedy już podziękował za możliwość bycia tam z nimi i jego mamą, bo te trzy słowa wyrażały wszystko to, czego nie umiał powiedzieć.

Wyraz jej twarzy (i jej brata, i bratowej, i jego mamy) powiedział mu, że zrozumiała, co chciał powiedzieć.

*****

Tydzień później

Przeprowadzali się.

Sophie zapytała go, czy zgadza się na przeniesienie jego studio do pomieszczenia, które przeznaczyła na składzik obok garażu w ich domu i zaczęła coś mówić o planowanej przeróbce tego tak, żeby miał tam więcej miejsca i światła, ale nie dał jej dokończyć.

Pomysł, że byłby podczas malowania bliżej niej, był tak fantastyczny, że przerwał jej w połowie gorącym pocałunkiem i pokazał jej w sposób niewerbalny, jak bardzo się z tego cieszył.

Chociaż ten sposób był bardzo głośny z jej strony.

I wcale nie taki szybki lub krótki, bo mieli tego dnia mnóstwo czasu dla siebie i w pełni to wykorzystał.

Sophie razem z facetami z jej ekipy przewiozła do ich domu meble, które miała po rodzicach, więc Alex miał okazję przekonać się, że nie przemyślał sprawy, kiedy odmówił wzięcia udziału w wymyślaniu, jak powinien być urządzony ich dom, bo było ich bardzo dużo.

Chociaż nie żałował.

Sophie, jak zwykle, miała super pomysły, a w ich domu było bardzo dużo przestrzeni, więc teraz tylko chodził tam i oglądał te wszystkie powierzchnie, na których mógłby w przyszłości pieprzyć swoją Sophie.

W ich sypialni stało jego duże łóżko, a cała ściana, w której były drzwi do garderoby, była pokryta lustrami.

Część z tego stanowiły lustrzane drzwi z jego starej garderoby, a resztę naklejone na ścianę lustra, które sięgały od podłogi do sufitu.

Ich apartament główny był przestronny, jasny, z dużą łazienką, w której była duża wanna z funkcją jacuzzi i prysznic.

Mieli również wyjście na ich prywatny taras.

Teraz zasypany śniegiem.

Na ścianie przy drzwiach Sophie poprosiła Alexa, żeby mogła zawiesić obraz przedstawiający jej piersi.

Alex to uwielbiał.

Sophie miała w ich domu swój gabinet z deską kreślarską, komputerem i mnóstwem półek ze skoroszytami z wejściem prosto do salonu, ale z drzwiami, które dało się szczelnie zamknąć, gdyby on miał tam swoich gości, a ona chciałaby popracować.

Mieli również, jeszcze nie do końca urządzone, z wejściami z oddzielnego korytarza, trzy pokoje gościnne z łazienkami na wypadek, gdyby przyjechała do nich w odwiedziny rodzina Vito lub inni goście.

Albo, kiedyś, dla ich dzieci.

Stał nad rozpakowywanym pudłem w ich nowej kuchni, kiedy Sophie weszła z pomieszczenia gospodarczego, gdzie rozpakowywała inne.

Podniósł głowę, uśmiechnął się do niej i zostawił to, co robił.

Podszedł do niej, złapał ją, pociągnął ze sobą, żeby przeszli do salonu i oboje opadli na kanapę, która stała niedaleko, a którą Sophie kupiła niedawno razem z mamą Alexa w sklepie Soniji.

Alex siedział z boku niej i odgarnął włosy Sophie z oczu, a ona objęła go za ramiona.

- Wyjdziesz za mnie? - spytał od niechcenia, patrząc na swoje palce, przesuwające się po jej czole.

- Co? - szepnęła Sophie i zamarła, zamrugała, ale jednocześnie zacisnęła obie ręce na jego karku.

- Wyjdź za mnie, Księżniczko - zamruczał Alex, pochylając się do jej ust, ale zawisł tam, żeby usłyszeć, co miała mu do powiedzenia.

Nie był spokojny.

Ani trochę.

Bał się jej odpowiedzi jak cholera.

Ze zdenerwowania zaciskały mu się mięśnie karku i musiał wkładać całą siłę woli, żeby je rozluźnić.

- Tak - szepnęła Sophie i uśmiechnęła się niepewnie przy jego ustach, a wtedy Alex poczuł tak wielką ulgę, że prawie można było usłyszeć trzask rozluźniających się jego mięśni i pocałował ją.

Sophie wspięła się na jego kolana i usiadła na nich okrakiem.

Ale Alex musiał coś jeszcze zrobić, więc wstał, podnosząc ją z sobą i jedną ręką sięgnął do tylnej kieszeni dżinsów.

Wiedział, że jego Sophie utrzyma się na nim nogami wokół jego bioder i rękoma wokół jego ramion, ale, na wszelki wypadek, podtrzymywał ją jedną ręką pod tyłkiem.

Wyjął palcami to, co miał schowane w kieszeni, usiadł z powrotem, złapał ją za lewe ramię i przeciągnął jej dłoń między nich.

A potem wsunął na jej palec pierścionek, który kupił ze swoją mamą, bo chciał, żeby Sophie miała coś tak wyjątkowego, jak ona sama.

Pierścionek był z żółtego złota z czarnymi diamentami i dużym onyksem.

I pasował idealnie.

*****

Sophie

Dwa dni później

Stałam nad ostatnimi pudłami, do których spakowałam moje i Alexa ubrania z szafy w mieszkaniu, kiedy ją ostatecznie opróżniałam.

Kończyliśmy naszą przeprowadzkę.

Alex pojechał do studio, żeby je ostatecznie zwolnić, podpisać papiery i opłacić (kaucję mieli mu przesłać na konto, ale była połowa miesiąca, więc zarządca miał się zorientować, jak wyglądała ostatnia płatność).

Zniosłam część pudeł, do których spakowałam zawartość szafek kuchennych i lodówki do Raptora, a te miałam zabrać niespiesznie, pojedynczo i pojechać do naszego domu.

Nasz dom.

Spojrzałam na swoją lewą dłoń.

Uśmiechnęłam się na wspomnienie oświadczyn Alexa.

Chciał być wyluzowany, ale mnie nie oszukał.

Czułam jego zdenerwowanie, napięcie jego mięśni i późniejsze szczęście, kiedy powiedziałam tak.

Kochałam go, wiedział o tym, ale nadal nie był pewien siebie, nie sądził, że to, że poprosił mnie, bym była z nim na dobre i na złe, było czymś najwspanialszym, było spełnieniem największego marzenia, jakie kiedykolwiek miałam.

A pierścionek był cudny.

Idealny.

Pasował do mnie, do mojego charakteru, był dokładnie w moim stylu.

Kochałam to.

Kiedy Alex usłyszał moją odpowiedź i włożył ten pierścionek na mój palec, nie zwlekał ani sekundy, żeby mi pokazać, jak bardzo się cieszył.

Ochrzciliśmy nową kanapę, a potem jeszcze naszą nową sypialnię przynajmniej trzy razy, chociaż to łóżko już przeżyło nasz seks, więc nie można powiedzieć, że je „ochrzciliśmy”.

Potem poszliśmy pod prysznic i tam również zrobiliśmy to pierwszy raz.

Spędziliśmy w ten sposób całą noc w naszym nowym domu, świętując nasze zaręczyny w różnych miejscach.

A następny dzień spędziliśmy informując o tym naszych bliskich (nie o świętowaniu, ale o zaręczynach).

Alex pojechał do pracy na szóstą rano, więc ja zadzwoniłam do dziewczyn.

Poczekałam na czas jej śniadania z dzwonieniem do Alice, ale Eva i Maggie przecież i tak wyprawiały swoich mężczyzn do pracy, więc do nich zadzwoniłam zaraz po tym, jak Alex wyszedł z domu.

Ten pisk ich szczerej radości będę miała w moich obolałych uszach jeszcze przez tydzień, zanim mi się zagoją.

Potem zadzwoniłam do Vito.

Wcale nie było lepiej.

Tylko zamiast pisku, usłyszałam huk.

Też szczęśliwy.

A do Mamy Juliet pojechaliśmy razem z Alex’em zaraz po jego powrocie z pracy, chociaż był zmęczony i godny.

Uprzedziłam ją, więc miała dla niego kolację.

A on mi to dał.

Możliwość pochwalenia się; powiedzenia Juliet, że byliśmy szczęśliwi.

Kiedy o tym myślałam, zadzwonił mój telefon.

Wyjęłam go z kieszeni i spojrzałam na wyświetlacz.

Przeczytałam Alex Dzwoni, więc odebrałam z uśmiechem - Hej, kochanie.

- Kochanie nie pożyje długo, jeśli tu zaraz nie przyjedziesz - usłyszałam syczący, obcy, zły, bardzo zły, wręcz złowrogi głos.

O, Boże!

Zamarł mi oddech, więc ledwie wykrztusiłam z siebie pytanie:

- Gdzie Alex? - a potem wysokim głosem krzyknęłam - Co mu zrobiłeś?!

- Nic. Jeszcze… - usłyszałam zimny głos - Chcę ciebie. Masz tu być zaraz. Sama. Żadnych glin.

I rozłączył się.

Patrzyłam przez dwie sekundy na swój telefon i miałam pustkę w głowie.

Potem przez moją głowę niczym błysk przemknęło wszystko to, co mieliśmy, co dostaliśmy w ciągu tych ostatnich tygodni, a co mogliśmy stracić.

A potem zadziałały treningi z Maksimem i skupiłam się na problemie.

Po pierwsze nie rób dokładnie tego, czego żąda złoczyńca.

Skup się, Sophie.

Do kogo mogłam zadzwonić?

Chłopaki mieli ten dzień wolny do szóstej po południu.

David pomógł mi poprzednio, więc na pewno miał możliwości pomocy.

Znał odpowiednich ludzi.

Wiedział, co robić.

Znowu podziękowałam w myślach Bogu (i Alexowi) za przyjaciółki.

Wybrałam numer do Maggie.

Odebrała po trzecim dzwonku.

- Hej, Sophie - powiedział cicho - jestem w pracy i mam spotkanie.

- Przepraszam, Maggie, ale potrzebuję numer do Davida - powiedziałam bez powiania surowo, nerwowo i wiedziałam, że, po moim głosie, Maggie wiedziała, że to bardzo ważne.

- Okej - szepnęła.

Natychmiast się rozłączyła i parę sekund później dostałam SMS’a z wizytówką z numerem do Davida.

Wybrałam go i odebrał dość szybko, ale ostrożnie:

- Tak?

- David - powiedziałam, cały podczas tego wszystkiego zbierając się do wyjścia, więc miałam już na sobie buty, a teraz chwyciłam kurtkę - Tu Sophie. Mam problem.

- Mów - rzucił David i usłyszałam, że się poruszał, czyli był gotów natychmiast ruszyć mi z pomocą.

Dzięki Bogu!

- Zadzwonił ktoś z telefonu Alexa, że mam się stawić w jego studio, albo mu zrobią krzywdę - wyjaśniłam, nie zastanawiając się nad tym, że David nie wiedział o tym, że Alex miał studio - Powiedzieli, że mam nie zawiadamiać…

- Nie istotne - przerwał mi David - Gdzie to studio?

Podałam adres i powtórzyłam cicho to, czego David prawdopodobnie się spodziewał - Zabronił mi dzwonić na policję.

Zatrzymałam się na sekundę z ręką na klamce.

- To nieważne - rzucił David, najwidoczniej, słyszalnie, wychodząc ze swojego domu do garażu - Zadzwoń do Vice’a.

- Okej - szepnęłam.

- I, Sophie - powiedział jeszcze David - Nic nie rób. Poczekaj.

- Okej - szepnęłam znowu, ale nie miałam zamiaru posłuchać.

Rozłączyłam się i wybiegłam na galerię, zamknęłam za sobą drzwi na klucz i zbiegłam po schodach.

Pomyślałam, że nie powinnam jechać zbyt szybko.

Powinnam dać czas Davidowi.

Ale byłam zdenerwowana.

Mój był połączony z samochodem przez bluetooth, więc jadąc zadzwoniłam do agenta Vice’a, ale, mówiąc mu to, co powiedziałam Davidowi, nie powiedziałam mu nic o Davidzie i poprosiłam o ostrożność.

Powiedział mi to, co David.

Nic nie rób.

Nie zamierzałam posłuchać.

Musiałam coś zrobić.

Kiedy dojechałam na miejsce, było ciemno i cicho.

Przed studio Alexa stał jego Mustang i nic więcej.

Zaparkowałam, wysiadłam ostrożnie, podeszłam do drzwi i zapukałam.

*****

David

Byli zgranym zespołem po wielu wspólnych akcjach.

Zorganizowali się w mniej niż pięć minut.

Nieco ponad dziesięć minut później byli na miejscu.

Rozpoznanie zajęło im mniej niż dwie minuty.

Jako pierwszego znaleźli dozorcę.

Martwego.

Kiedy podłączyli się do kamer systemu bezpieczeństwa, zobaczyli podjeżdżającego Raptora.

- Kurwa mać - syknął David przez zęby.

Taylor spojrzał na niego.

- To kobieta tego faceta, który jest w środku - wyjaśnił mu cicho David - To ona dzwoniła.

Patrzyli, jak Sophie zapukała, poczekała krótko, drzwi się otworzyły, weszła i drzwi się za nią zamknęły.

- Co to za studio? - spytał Taylor - Co w nim jest?

- Nie wiem - mruknął David.

Właściwie nie znał Alexa.

Nie wiedział nawet, że kumpel miał jakiekolwiek studio.

Nie wiedzieli również ile osób było w środku.

Ilu było napastników.

Musieli działać szybko, bo istniało zagrożenie życia.

Zespół był już gotowy, ubrany w stroje ochronne, więc ruszyli.

David szedł za nimi; ostrożnie, ale zdecydowanie.

Chodziło o jednego z nich.

*****

Sophie

Weszłam i zobaczyłam Alexa leżącego bez przytomności pod ścianą obok fotela, ostatniej z rzeczy, których nie przewieźliśmy do naszego domu.

Alex!

Poczułam dławienie w gardle, uścisk w piersi i musiałam bardzo się skupić, żeby opanować emocje i móc działać.

Jeszcze nie wiedziałam, co mogłabym zrobić.

- Grzeczna dziwka - mruknął zbir, który trzymał mnie na muszce, kiedy stanęłam przy ścianie niedaleko drzwi i pokazywałam gestem, że się poddaję.

Był ogromny we wszystkie strony, ale napakowany, a nie wysportowany.

Jakby jego masa została uzyskana sterydami, a nie siłownią.

Ciemne włosy miał obcięte na jeża, czoło niskie i pofałdowane.

Sprawiał wrażenie bezmyślnego troglodyty, chociaż wrażenie zawsze mogło być mylne.

I miał broń.

Skierowaną na mnie.

Trzymałam obie ręce lekko uniesione, wnętrzem dłoni skierowanym w jego stronę, palcami ku górze.

Obserwowałam go, ale zauważałam również resztę.

Alex nie był biały jak martwy, nie krwawił, oddychał.

Dobrze.

Na skroni miał wielkiego, rosnącego guza.

Nie dobrze.

Facet nie bał się mnie, patrzył ze złością, chociaż wyglądał na takiego, który został uprzedzony o tym, co mogę zrobić.

Co umiem.

Trzymał się daleko ode mnie.

Bardzo niedobrze.

Miał jednak coś do powiedzenia, od siebie lub od kogoś innego, a może po prostu lubił się w ten sposób zabawić.

To była moja (nikła) szansa.

Żałowałam, że nie zostawiłam torebki w samochodzie.

Miałam ją przewieszoną na skos przez jedno ramię i brzuch, ale nadal trochę mogła mi przeszkadzać.

- Mam cię załatwić bez śladów - powiedział tamten - Miałem nadzieję, że będzie co tu palić, ale widzę, że posprzątaliście.

Dzięki Bogu! - westchnęłam w duchu.

Pomyślałam, że terpentyna i farby, które tu wcześniej były, płonęłyby tak, że nawet Super David nie dałby rady nas uratować.

- Miałem zabić tylko ciebie - mówił tamten - ale zabawniej będzie sobie trochę postrzelać - wyszczerzył nieprzyjemnie zęby.

O, nie!

Skup się, Sophie.

On chce cię zdenerwować.

Zaczęłam oddychać miarowo i starałam się zablokować myśli, które mnie naszły.

Tylko nie Alex!

- Kto cię nasłał - spytałam cicho.

Zaśmiał się wrednie, a mnie przeszły ciarki.

- Co za różnica? - zapytał retorycznie, bo była żadna.

Nie było różnicy, kim był jego pracodawca, jeśli nie mogłabym tego przekazać FBI, Davidowi, ani nikomu innemu.

- Ale, wiesz - nagle zmienił zdanie - mogę ci trochę powiedzieć.

Nie mogłam w to uwierzyć.

Aż tak miał ochotę na rozmowę?

Podniosłam lekko głowę na znak, że słuchałam.

- Ojciec tamtego dupka - wskazał głową w stronę Alexa, który właśnie poruszył ręką, ale, na szczęście, nawet nie pisnął - był jednym z lepszych klientów mojego pracodawcy. Ale spieprzył sprawę wciągając w to ciebie. Zapłaci. Niestety dla ciebie, ty musisz zniknąć. Zanim będzie sprawa Iana.

Kurwa!

Wiedziałam.

Sieć, w którą był zaplątany Arthur Whitman i Ian Jak-Mu-Tam, była o wiele bardziej złożona, niż nam się wydawało i bardziej niebezpieczna.

- Fajnie się gadało, ale wystarczy - podniósł pistolet - Muszę jeszcze potem posprzątać.

- Poczekaj… - zdążyłam powiedzieć.

- Co? - tamten zmarszczył brwi.

W tym momencie wydarzyło się kilka rzeczy naraz.

Po pierwsze drzwi zostały wyważone, a do pomieszczenia wpadli SWAT wywrzaskując swoje Padnij. Na ziemię.

Po drugie Alex wstał, a właściwie zerwał się i rzucił się w moją stronę.

Po trzecie rozległ się strzał.

 

2 komentarze: