Rozdział 17
Sophie
Kilka dni później
To
było kolejnego dnia, kiedy Alex znowu pracował od szóstej rano do szóstej po
południu.
Kiedy
usłyszałam, jak otwierał z klucza drzwi, miałam dla nas na kolację przygotowane
zapiekane ziemniaczki z pieczoną wieprzowiną i wszystko było akurat na czas do
wyjęcia z piekarnika, kiedy wrócił do domu.
Dom-Skała
wreszcie był ukończony i zostało nam tylko sprzątanie naszych rzeczy, bo nie
malowaliśmy ścian, nie zakładaliśmy wszelkich gniazdek, pstryczków, kratek
wentylacyjnych i innego gówna.
Eryk
i Diana mieli swój wymarzony dom z kompletną kuchnią, działającym kominkiem,
ogrzewaniem i klimatyzacją, a także z tarasem, drzwiami (również wewnętrznymi)
i oknami, systemem alarmowym, ale bez wykończonych łazienek (chociaż z
instalacjami), bez garderoby i nie pomalowany.
Stan
surowy zamknięty przygotowany do zamieszkania w przeciągu co najwyżej tygodnia.
Byłam
zadowolona z wykonanej przez nas pracy, a, co najważniejsze, właściciele
również byli.
Mieli
się pobrać dopiero wiosną, więc dom miał stać tam zamknięty nieużywany, ale
powiedziałam im, że to było cholernie bez sensu, skoro i tak mieszkali razem.
Powinni
go wykończyć i przeprowadzić się.
A
pobrać mogliby się później.
À propos, nasz dom, Dom
Pod Zielonym Dachem, też był już nieco bardziej wykończony.
Ogrzewanie
dobrze w nim działało, co było istotne w październiku, kiedy noce były naprawdę
zimne.
Miał
położone wszystkie podłogi i miał już kompletną kuchnię (ciemno zielone kafle,
czarne blaty i drzwiczki wbudowanego AGD, białe ściany i sufity, szare drzwiczki
szafek, bajka), bo w międzyczasie chłopaki
wchodzili tam, pracowali nad nim i
robili detale nawet wtedy, kiedy ich o to nie prosiłam.
Miałam
wspaniałą ekipę.
Najlepszą.
Zimą
mogłam zacząć zastanawiać się nad łazienkami.
Mogliśmy.
Razem
z Alex’em.
Alex
bowiem sprzedał swoje mieszkanie.
Jeszcze
finalizował formalności, ale kupiec już chciał się wprowadzać.
Wiązało
się to z przenosinami lustrzanych drzwi do garderoby i łóżka.
Zdecydowaliśmy
się wykorzystać je w naszej sypialni.
Jedno
i drugie.
Kochałam
to.
Mieliśmy
więc pieniądze zarobione przeze mnie na Domu-Skale i ze sprzedaży przez Alexa jego
mieszkania, trochę mebli i pomysły.
Mogliśmy
zacząć wykończać nasz dom.
A
piątek poświęciliśmy z chłopakami na tradycyjne, wspólne wyjście do baru, by
oblewać zakończenie prac nad domem Eryka i Diany.
Alex
pracował od szóstej po południu, więc nie poszedł z nami, ale upewnił się, że
nie będę wracała sama do domu.
Rozmawiał
o tym z Sammy’m.
Nie
słyszałam, co mu powiedział, ale ich twarze mówiły o twardych słowach i męskim
porozumieniu.
Cóż,
wiecie, faceci.
I
tak dalej.
A
tak serio?
Byłam
bardzo z tego zadowolona.
Prawie
szczęśliwa.
Nawet,
jak miałam ochotę powiedzieć poradzę
sobie.
I
nawet jak miałam swój nowy przenośny GPS z funkcją przycisku paniki, do którego
aplikację miał Alex na swoim telefonie.
Bo,
hmmm… ojciec Alexa mógł być w areszcie, a Ian w więzieniu stanowym za porwanie,
ale nadal nie wiedzieliśmy, jak daleko sięgała ich sieć.
A
poza tym lubiłam, jak się mną opiekowali.
Tak
dla odmiany.
W
ciągu tych kilku dni byliśmy jeszcze raz na rozmowie z Timem i wyglądało na to,
że nasze wspólne rozmowy (we trójkę z Alex’em) dawały nam o wiele więcej niż
tylko ustalenie, że nie musimy na siłę starać się opiekować wszystkimi.
Uczyły
nas po prostu rozmawiać.
Rozmawiać
ze sobą o wszystkim, co mogłoby w jakiś sposób kiedykolwiek stanąć między nami.
Bo,
cóż, nie wszystko dawało się rozwiązać za pomocą seksu.
Niestety.
Kończyliśmy
tak drobne sprzeczki.
Kończyliśmy
tak radosne informacje.
W
ten sposób mówiliśmy sobie, że się kochamy, podobamy się sobie i przytulaliśmy
się do siebie.
Nadal
to nie było wszystko.
Rozmawiałam
też przez telefon z Mamą Juliet i z Vito.
Umówiłam
się na kolejny wyjazd do rodziny, kiedy mielibyśmy z Alex’em dzień wolny od
pracy i innych zajęć.
Mieliśmy
na co czekać.
A
tego dnia wypróbowałam przepis, który dała mi kiedyś Maggie, ale danie wymagało
nieco więcej czasu na przygotowanie go, więc musiałam wybrać na nie odpowiednią
chwilę.
Taki
dzień właśnie nadszedł.
I
pachniało obłędnie.
Cieszyłam
się, że Alex wrócił do domu, bo cieszyłam się, że Alex wrócił do domu, ale również od tego zapachu zrobiłam się
strasznie głodna.
Wygłodniała.
Przywitałam
go w progu (jak często mi się to zdarzało) gorącym, chociaż krótkim pocałunkiem
i od razu przeszliśmy do kuchni, podczas gdy ja, podniecona, cały czas
trajkotałam o mojej próbie upichcenia czegoś nowego.
Podałam
pieczeń i ziemniaczki na talerze, spróbowaliśmy i śmialiśmy się radośnie z
mojego strachu przed zepsuciem tego (o czym Alex doskonale wiedział), bo było pyszne!
Pochłaniałam
to.
Alex
też.
Prawie
skończyliśmy kolację, kiedy zadzwonił mój telefon.
Poszłam
po niego do salonu, spojrzałam na wyświetlacz i zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam
Alice Dzwoni.
-
Hej, Alice - odebrałam z uśmiechem na ustach, kiedy wracałam do kuchni.
-
Sophie - rzuciła krótko Alice takim tonem, że przystanęłam i spojrzałam na
Alexa przestraszona - Eva rodzi. Jest źle. Jesteśmy w szpitalu.
Szepnęłam
prawie bezgłośnie do Alexa - Eva!
A
potem patrzyłam, jak Alex wstał i zabrał nasze talerze do zlewu, poszedł obok
mnie do salonu, po drodze biorąc mnie za rękę.
Przez
ten czas Alice powiedziała mi do ucha w którym szpitalu i na jakim oddziale
była Eva, że wszyscy tam jadą i rozłączyła się.
Zabrałam
z salonu moją torebkę, do której włożyłam telefon, Alex wziął kluczyki od
Mustanga, schował swój telefon do kieszeni i poszliśmy do drzwi.
Kiedy
wychodziliśmy i zamykał drzwi na klucz, powiedziałam mu to, co powiedziała mi
Alice.
Zeszliśmy
na parking i przekonaliśmy się, że nie było tam Hondy Aleka ani starego,
białego Pontiaca Soniji.
O
ile Alek już powinien być w domu, to Sonija niekoniecznie.
Mogła
jeszcze pracować.
Pojechaliśmy
do szpitala we dwójkę, nie zastanawiając się nad tym ani chwili dłużej.
Kiedy
wreszcie dotarliśmy do szpitala i do poczekalni oddziału położniczego, wszyscy
tam już byli.
Wszyscy.
Maggie
siedziała na szpitalnej, pokrytej kremowym skajem kanapie z Marią, która tuliła
się do jej kolan, a niedaleko nich, przy Marii, siedział Matt.
Na
tej samej kanapie, nieco odsunięty, ale nadal blisko Matta siedział Bert, który
szukał czegoś na swoim telefonie i co chwilę pokazywał to Mattowi.
Alice
siedziała na krześle wsparta o Eddiego, a Sonija (wyjątkowo cicha) o Benji’ego.
Alek
i Sam stali przy oknie z boku, trzymając się za ręce.
Jimmy,
kiwając się nerwowo, pochylony do przodu, z łokciami opartymi na rozstawionych kolanach
i zaciśniętymi modlitewnie dłońmi przyciśniętymi do ust, siedział na krześle,
które stało najbliżej drzwi.
David,
jak zwykle najspokojniejszy, chociaż niezwykle poważny, stał naprzeciwko drzwi
wejściowych i uważnie patrzył na każdego wchodzącego, chociaż miałam wrażenie,
że obchodziła go głównie Maggie, a w drugiej kolejności Jimmy.
Kiedy
weszliśmy, Jimmy poderwał się, przywitał nerwowo, a potem z powrotem usiadł i
wpatrzył się w drzwi.
Przywitaliśmy
się krótko, cicho i poważnie ze wszystkimi, dowiedzieliśmy się, że jeszcze nic
nie wiadomo i trzeba czekać, a potem ustawiliśmy się przy oknie niedaleko
Davida.
Alex
stanął oparty biodrami o parapet, ja oparłam się o jego brzuch plecami, owinął
mój brzuch ramionami i czekaliśmy.
Myślałam
o tym, że była to jedna z tych chwil, kiedy czułam bezsilność.
Byłam
absolutnie bezradna, bo nawet nie
mogłam powiedzieć słowa pocieszenia do nich wszystkich.
Nie
wiedziałam jakie.
Mogliśmy
tylko czekać.
Czekaliśmy
dość długo.
Alek
i Sonija nerwowo.
Jimmy,
podskakując na każdy dźwięk dochodzący od drzwi.
Maria
głaskana przez Maggie.
A
ja patrzyłam na dzieci i czułam ciężar w sercu.
Eva
dała im dom.
Bert’owi
babcię, której nie miał dopóki Alice nie miała Eddiego.
Mattowi
i Marii miłość mamy i taty, chociaż nazywali ją i Jimmy’ego babcią i dziadkiem.
Byli
ich jedyną rodziną.
Po
długiej, strasznie długiej chwili do
poczekalni wszedł lekarz, po którym było widać zmęczenie po przeprowadzonej operacji.
-
Pan Spark - zwrócił się do wszystkich, a potem, kiedy Jimmy wstał i podszedł do
niego dwa kroki, odwrócił się do niego i dodał - Gratulacje. Ma pan zdrowego
syna. Chłopiec ma…
Nie
słuchałam.
Odwróciłam
się do Alexa z uśmiechem i łzami w oczach jednocześnie, bo przeniknęła mnie
ulga i radość.
Dzięki
Bogu!
A
potem wszyscy podchodziliśmy do siebie, wymienialiśmy się słowami radości,
ściskaliśmy się, całowaliśmy i czekaliśmy na naszą kolej, by pogratulować Evie
i Jimmy’emu ich syna.
Mieli
syna.
*****
Alex
Alex
stał przy drzwiach i patrzył.
Chryste
Wszechmogący, jaka ona była piękna!
Widział
to wiele razy, ale nie przyzwyczaił się do tego.
Uznał,
że nigdy się nie przyzwyczai.
Za
każdym razem uderzało to go tak samo mocno i za każdym razem myślał o tym, że była
jeszcze piękniejsza niż dotąd.
Weszli
do pokoju Evy, która leżała na płaskim łóżku po znieczuleniu zewnątrzoponowym,
by pogratulować jej i Jimmy’emu syna.
Sophie
wzięła na ręce dziecko, które podał jej Jimmy i patrzyła znowu z tym wyrazem
twarzy, którego przedtem Alexowi nie udało się uchwycić.
Teraz
to widział.
Wiedziałby,
jak to namalować.
Chociaż
nie był pewien, czy potrafił.
Wygięcie
na końcach lekko rozchylonych warg, gładkość czoła, drżenie nozdrzy, lśnienie
oczu…
Cud.
Sophie
doświadczała cudu, bo trzymała go w swoich ramionach.
Alex
ponownie pomyślał, że chciałby, żeby to było ich dziecko.
Tak.
Chciałby
mieć z Sophie córkę całą tak piękną jak ona lub syna, który miałby ciemne włosy
i oliwkową cerę swojej mamy.
Jimmy
podszedł do niego i Alex zwrócił się do szczęśliwego ojca.
-
Gratulacje, stary - powiedział po raz pierwszy w pełni szczerze.
Bez
zazdrości.
-
Dzięki - mruknął Jimmy i zrobił krok w stronę Sophii - Davie chyba powinien
trafić do łóżeczka.
Sophie
westchnęła, ale oddała dziecko tatusiowi.
-
Naprawdę - powiedziała do Evy - Jest śliczny. Taka jestem szczęśliwa, że
wszystko jest dobrze.
Patrzyli,
jak Jimmy delikatnie i troskliwie odkładał małego Davida Richarda do łóżeczka.
-
Dziękuję - odparła Eva i odwrócili się do niej - ja również. Jestem szczęśliwa,
że u was wszystko dobrze. Martwiłam
się.
No,
tak.
Mogli
ukrywać wieści przed Evą, ale jej mało umykało, jeśli chodziło o problemy
między tymi, na których jej zależało.
Sophie
była jej przyjaciółką.
A
Eva dbała o swoje przyjaciółki.
-
Przepraszam, że nie mówiliśmy ci wszystkiego - powiedziała Sophie, podchodząc bliżej
do jej łóżka - Nie chcieliśmy cię martwić.
Tak.
Sophie
też zauważyła, że Eva wiedziała wszystko.
-
Nie będziemy cię już dzisiaj dłużej męczyli - powiedziała cicho Sophie do Evy -
Opowiemy ci więcej za kilka dni. Odpoczywaj - dodała i pocałowała Evę w
policzek.
-
Tak - mruknął Alex, nie podchodząc - jeszcze raz, gratulacje.
Pożegnał
się z daleka, od drzwi, z Evą machnięciem ręki, z Jimmy’m skinieniem brodą i
wyszli.
Reszta
już się rozproszyła.
Został
David, który teraz wszedł do pokoju, żeby powiedzieć Jimmy’emu, że zabrali z
Maggie dzieci do swojego samochodu, żeby dać im kolację.
Alex
i Sophie poszli na parking do Mustanga.
Kiedy
wsiedli, Alex zawahał się.
-
Sophie… - zaczął niepewnie, kiedy zapinali pasy i uruchamiał silnik - chcesz
jechać do domu?
-
Niekoniecznie - Sophie spojrzała na niego z ciekawością.
Alex
odwrócił się do niej przodem i pochylił się w jej stronę.
Spojrzał
badawczo w jej oczy.
-
Nie będzie ci przeszkadzało, jeśli pojedziemy najpierw do studio? - zapytał i
zobaczył, jak jej twarz się rozjaśniła.
-
Absolutnie nie - powiedziała natychmiast.
Rozjaśnił
się, wyprostował i złapał za kierownicę.
Jego
piersi przeniknęło ciepło.
Poczuł
to.
Pełna
akceptacja.
Dlatego
nie pojechali od razu do jej mieszkania, ale najpierw pojechali do jego studio,
żeby mógł od razu przenieść na płótno to, co zobaczył w wyrazie jej twarzy,
kiedy trzymała na ręku dziecko.
Doświadczanie
cudu.
*****
Dwie godziny
później
Alex
malował.
Pracował
już ponad godzinę i nie zauważył upływu czasu, ale właśnie skończył i spojrzał za
siebie na skuloną postać Sophie, siedzącą cicho w kącie na podłodze jego
pracowni ze szkicownikiem na kolanach.
Próbował
uchwycić to piękno, chociaż wiedział, że nigdy nie da rady.
Za
mało umiał.
Kiedy
zaczął wycierać pędzel szmatką, Sophie podniosła głowę, złapała jego wzrok i
uśmiechnęła się do niego.
Alex
poczuł ulgę graniczącą prawie z euforią.
Sophie
to akceptowała.
Nawet
to lubiła.
Nie
była zniecierpliwiona, znudzona, nie robiła tego dla niego.
Na
siłę.
Po
prostu chciała być z nim, a zwłaszcza
być z nim wtedy, kiedy robił to, co go najbardziej zajmowało.
-
Sophie - zawołał cicho, a ona natychmiast wstała.
Na
jej twarzy malowała się ciekawość.
-
Mogę zobaczyć? - zapytała z autentycznym podnieceniem i z radością w głosie.
Wyciągnął
do niej rękę.
Podskoczyła
w miejscu, a potem podeszła szybko, prawie podbiegła, podniecona i radosna,
złapała jego dłoń i dopiero wtedy odwróciła się przodem do obrazu, który skończył.
I
zamarła.
Alex
nie był pewien powodu, ale potem to usłyszał.
Jej
urywany oddech.
Jakby
powstrzymywała płacz.
Uniosła
dłoń do ust.
Odwrócił
ją przodem do siebie, żeby widzieć jej oczy.
-
Sophie - szepnął, kiedy objął ją ramionami - Co?
-
To jest… - urwała, bo jej oddech się rwał - to jest takie … piękne.
Poczuł,
że jego twarz łagodnieje, a potem pochylił się i wziął jej usta w gorącym, ale powolnym
pocałunku.
-
Ty jesteś piękna - szepnął, kiedy wreszcie
odsunął się odrobinę.
Jej
oczy były półprzymknięte, nieprzytomne i, pieprzyć go, znowu, jak zwykle, chciała
więcej.
I
była jeszcze piękniejsza.
-
Co robiłaś? - spytał, nie odsuwając się, żeby pomóc jej oprzytomnieć, bo chciał
zabrać ją do domu i tam dokończyć to, co oboje mieli ochotę zrobić.
Zawsze
mieli ochotę.
-
Och! - zawołała cicho i szarpnęła głową, jakby zadowolona, że zapytał - Szkicowałam
Dom Nad Potokiem - dokończyła i już, jak to ona, była gotowa biec po
szkicownik, żeby mu pokazać, co robiła.
Podskoczyła
przy tym, więc ją puścił, a ona pobiegła te kilka kroków, złapała szkicownik z
podłogi i wróciła do niego.
-
Dom Nad Potokiem? - spytał podczas tego, bo nie rozmawiali o tym wcześniej, a
przynajmniej nie przypominał sobie tego.
Podała
mu rysunki.
-
Tak, to ten dom, o którym ci mówiłam - prawie zawołała, podniecona - Ten, co ma być nad rzeką Jordan.
Och,
tak, mówiła.
Przypomniał
sobie.
Przypomniał
sobie również, że żaliła mu się, że nie ma serca do tego projektu i ma tylko
mgliste pojęcie, co to miałoby być.
A
teraz trzymał w ręku szkicownik zapełniony pomysłami.
Chryste!
Opierała
się o jego ramię piersiami, owijając jego rękę swoimi dłońmi, wskazywała detale
palcem, wyjaśniała mu, a potem zamilkła i dygotała z podniecenia, z oczekiwania
na jego zdanie.
Oglądał
wszystko w ciszy, bo był przejęty, zachwycony i oszołomiony.
Nie
doceniał jej talentu.
Siedziała
tam nad tym, kiedy on pracował nad dokończeniem jej portretu, a był pewien, że
zaczęła od pustych kartek.
Teraz
miał w rękach pełen obraz domu, pięknego, strzelistego w formie, prostego i
przejrzystego jak woda, nad którą miał stać.
-
Otoczaki - szepnął.
-
Co? - zapytała z zaskoczeniem i wzięła od niego szkicownik.
-
Przez te duże, przejrzyste okna powinno być widać meble wyglądające, jak wygładzone
przez nią otoczaki, jak w potoku - wyjaśnił jej.
-
Och - szepnęła i podniosła ołówek w lewej ręce, by dorysować kilka elementów -
Tak, masz rację. To będzie super.
Kiedy
dokończyła wyglądało to tak, że westchnął.
-
Jezu, jaki ty masz talent - mruknął
do siebie.
Szarpnęła
głową do góry i poczuł na sobie jej gorący wzrok.
-
Mój tata mówił tak samo - powiedziała mu z uśmiechem.
-
Mówił? - zapytał i przekrzywił głowę, żeby na nią spojrzeć.
Skinęła
głową z uśmiechem, a on przypomniał sobie swojego.
Niechętnie.
-
Mój mówił, że to gówno - mruknął niewyraźnie, wskazując brodą na obrazy i
marszcząc się.
-
Co?! - krzyknęła Sophie z
zaskoczeniem i nieomalże z obrazą.
Przyszła
dwa kroki w kierunku sztalug i odwróciła się do Alexa.
-
Powinien być z ciebie dumny -
powiedziała z przejęciem wymachując rękoma (z ołówkiem i szkicownikiem) - Przecież
ty masz większy talent niż ja!
Alex
wątpił w to, chociaż było mu przyjemnie, że tak mówiła.
Nadal.
-
Niestety, on tak nie myślał - powiedział z goryczą i jego usta się wykrzywiły -
Dla mojego ojca sztuka, artyści nie byli warci nawet odrobiny miejsca na świecie.
Dla niego zawsze liczyła się tylko władza i pieniądze.
Alex
zobaczył minę Sophie i przypomniał sobie, że już jej to kiedyś powiedział.
Wyglądała,
jak ktoś, kto zaczynał rozumieć znaczenie tych słów.
-
Twój ojciec jest porąbanym palantem - powiedziała twardo i prawie rzuciła
szkicownik i ołówek na stolik, przy którym się znalazła.
Tak,
Sophie miała prawo nienawidzić jego ojca.
Nie
zmieniało to faktu, że Alex nosił w sobie jego geny i był obciążony przez
dziedzictwo, które tamten mu zostawi.
Alex
westchnął i opuścił głowę.
-
Alex - szepnęła Sophie, obejmując dłonią jego szczękę.
Nie
miał pojęcia, jakim cudem znalazła się tak blisko niego.
Nie
zauważył, kiedy się poruszyła.
-
Twój ojciec nie wie, co traci - szepnęła.
Chryste,
jak on ją kochał.
-
Nie jesteś taki jak on - szepnęła znowu i wiedział, że odczuła, o czym myślał,
ale zacisnął usta - Nie jesteś! -
potrząsnęła nim lekko.
Nie
było to nic dziwnego, że wiedziała, co czuł, skoro mówili sobie wszystko, ale
nie zmieniało to sposobu jego myślenia o sobie.
Ale
postarał się odepchnąć to.
Czuł
bowiem, że mógłby z tym żyć, z tym wszystkim, co miał z winy swojego ojca,
jeśli ona nadal by go kochała tak, jak to robiła.
Postarał
się uśmiechnąć, chociaż czuł w tym fałsz, a może tylko wysiłek i wiedział, że
Sophie też to zauważyła.
-
Jedźmy do domu - mruknęła do niego, a on chętnie się na to zgodził.
Chciał
mieć swoją Sophie w domu, w mieszkaniu, w którym byłoby łóżko, gdzie mogliby
być blisko siebie tak, jak to oboje lubili.
*****
Sophie
Parę dni później
Jechaliśmy
z Alex’em jego Mustangiem do baru na lunch z Mamą Juliet, żeby porozmawiać.
Tego
dnia, kiedy Eva urodziła Davie’go, wyszliśmy ze szpitala milczący, ale w
pośpiechu.
Alex
pospieszał.
Dowiedziałam
się dlaczego, kiedy w Mustangu zapytał mnie, czy możemy najpierw pojechać do
jego studio.
Kiedy
się zgodziłam, wyraz jego twarzy zmienił się i to było zachwycające.
Dopiero
wtedy spostrzegłam, że od czasu, kiedy wzięłam na ręce maluszka, twarz Alexa
stała się zamknięta, ostrożna.
Ale,
kiedy na jego prośbę zgodziłam się pojechać najpierw do studio, zamiast do
domu, uwolnił to.
Najpierw
pojawił się blask w jego oczach.
A
potem na twarzy zobaczyłam natchnienie.
Nigdy
czegoś takiego nie widziałam.
Nie
u niego.
Kiedy
dotarliśmy na miejsce i wpuścił nas, żeby mu nie przeszkadzać szukałam sobie
kącika, czegoś do roboty, starałam się usunąć sprzed jego oczu.
W
studio był stary, ale rozłożysty, więc wyglądający na wygodny, fotel i mały,
kwadratowy stolik, zawalony papierami i ołówkami.
Fotel
stał tak, że byłabym na nim z przodu Alexa, który stanął za sztalugami (po tym,
jak założył starą, poplamioną koszulę), więc wzięłam tylko ze stolika
szkicownik i ołówek i poszłam w stronę drzwi, by być za plecami Alexa.
Tam
usiadłam na podłodze z lewą nogą podgiętą pod udo prawej i położyłam na niej
szkicownik.
Patrzyłam,
jak Alex, nieco nieprzytomny i nie dostrzegający otaczającego świata, maluje z
zapałem i cieszyłam się, że to miał.
Zapał.
Znałam
to.
Widywałam
to u mojego taty i u innych, również w college’u.
Kiedy
zapał przygasał, nie byli sobą.
Cokolwiek
właśnie natchnęło Alexa, dało mu ten zapał.
Potem
moje myśli wróciły do tego cudownego, ślicznego maleństwa, które trzymałam na
rękach tak niedawno.
Syna
Jimmy’ego i Evy.
I
do tego, jak wyglądał Jimmy, kiedy patrzył na swojego syna i swoją żonę.
Wyobraziłam
sobie przez chwilę, jak pięknie byłoby trzymać w ramionach syna, którego dałby
mi Alex.
Albo
córkę; też dobrze.
Cokolwiek.
Kiedy
o tym myślałam, mój niewidzący wzrok przesunął się po obrazie, przedstawiającym
moje piersi obmywane wodą.
A
potem wróciłam do tego, patrząc uważniej.
Woda
spływająca ze wzgórz.
Przejrzysta,
lśniąca, czysta, odsłaniająca wszystko, co było pod nią, ale skrywająca to,
spływająca kaskadami i rozpryskująca się na krzywiznach.
Pomyślałam o Domu Nad Potokiem.
Potok
spływający z gór jest czysty, przejrzysty, zasłania, ale nie do końca to, co
jest pod nim.
Szkło.
Duże,
szklane powierzchnie, lekko skośny, czarny dach, ciemne, może czarne drewno na
detalach elewacji, drewniany taras na palach na stoku w stronę rzeki i kremowe
fragmenty ścian.
Bezwiednie
zaczęłam przeciągać ołówkiem po kartce.
A
potem bardziej świadomie.
I
jeszcze.
Pracowałam
bardzo długo.
Kiedy
zamalowałam szkicami czwartą kartkę, podniosłam znad niej głowę i uśmiechnęłam
się do siebie.
Miałam
to.
Dom
Nad Potokiem właśnie ożył w moich myślach.
Alex
skończył malować, wycierał pędzel o szmatkę, odwrócił się do mnie i zobaczyłam
po jego oczach, że się nasycił.
A
potem prawie skakałam i krzyczałam ze szczęścia, kiedy mnie zawołał i pozwolił mi
to obejrzeć.
Znałam
wielu różnych artystów i wiedziałam, że to ogromny zaszczyt, zobaczyć ich dzieło
bezpośrednio po zakończeniu, jako pierwsza osoba.
I
to, co zobaczyłam było takie piękne.
Czyste
piękno.
A
potem…
Po
naszej rozmowie…
Byłam
w szoku.
Pamiętałam,
jak nasz tata był dumny z Vito, kiedy ten dawał pierwsze koncerty na gitarze w
szkole, chociaż to było takie nic.
Szkolne
popisy.
Tata
przejmował się niepowodzeniami moimi i Vito, ale nie zależało mu na tym,
żebyśmy byli najlepsi.
Po
prostu chciał, żebyśmy robili to, co lubiliśmy najbardziej.
Ale
przy tym nie cierpieli.
I
zawsze, ale to zawsze pokazywał nam,
jak bardzo był z nas dumny.
Więc…
Skoro
pamiętałam wzrok Jimmy’ego skierowany na jego syna, kiedy wspominałam, jak
patrzył na swojego syna mój brat, no, po prostu nie mogłam tego pojąć.
Nie
mogłam pojąć, jak jakikolwiek ojciec
mógłby być taki dla swojego syna, jak ojciec Alexa był dla niego, nawet, jeśli
nie był jego ulubieńcem, lub oczekiwał od niego czegoś innego.
Dlatego
mnie to gryzło.
I
coraz mocniej nienawidziłam ojca
Alexa za to, co mu zrobił.
Jeszcze
bardziej chciałam pomóc Alexowi przejść nad tym, ale bez zrozumienia tego, co
się stało, nie mogłam.
Tego
wieczoru, po powrocie do mieszkania, położyliśmy się od razu do łóżka, bo było
późno i mieliśmy za sobą męczący dzień.
Kiedy
leżałam na Alexie, nie mogłam spać i czułam, że on również.
Zaczęłam
więc go głaskać, a potem całować.
Ucieszyłam
się, bo nie odtrącił mnie, ale również mnie głaskał, całował, a potem odwrócił
mnie na plecy i wsunął ręce pod satynową koszulkę, którą miałam na sobie.
A
potem mnie kochał.
Długo.
Delikatnie.
Pieszczotliwie.
Namiętnie.
Aż
do spełnienia.
Następny
dzień mieliśmy prawie wolny, bo Alex szedł do pracy na szóstą wieczorem, a ja
miałam wysłać kilka e-maili, zadzwonić, pojechać na ukończoną budowę, którą
chłopaki od rana jeszcze sprzątali, na spotkanie z dwoma (różnymi, po kolei)
inspektorami, którzy mieli dokonać odbiorów i tyle.
Śniadanie
jadłam milcząc, tak samo też wstałam i szykowałam się na mój dzień, więc Alex
rzucał mi zaniepokojone spojrzenia.
Aż
w końcu nie wytrzymał.
Złapał
mnie, kiedy przechodziłam obok niego, objął oburącz w talii, przyciągnął do
siebie przodem, zmuszając mnie do podniesienia głowy, żebym patrzyła mu prosto
w oczy.
-
Sophie, co się dzieje? - zapytał surowo.
-
Hmmm - zamruczałam i odwróciłam wzrok na jego ramię.
-
Przecież widzę, że coś cię gryzie - łagodniej naciskał Alex, przesuwając dłoń
na moją szyję - Porozmawiaj ze mną.
Zagryzłam
wargę, nieśmiało podniosłam wzrok do jego oczu i zdecydowałam się.
-
Nie mogę tego pojąć - szepnęłam.
Alex
zmarszczył brwi, więc pospieszyłam z wyjaśnieniami.
Oparłam
się dłońmi o jego klatkę piersiową i mocniej zadarłam głowę.
-
Nie mogę zrozumieć, dlaczego tak to czujesz - mówiłam głośniej - Nie dowiem
się, dlaczego twój ojciec jest taki, nie
obchodzi mnie to, bo on mnie nie obchodzi, ale chcę wiedzieć, co się stało,
że ty tak to czujesz. Co on ci
zrobił.
Zobaczyłam,
jak przez twarz Alexa przepływa zrozumienie, zamknęła się, ale potem jakby
podjął decyzję i zacisnął wargi.
-
Chodź tu - popchnął mnie w kierunku kanapy.
Usiadł
na niej prawym bokiem do oparcia, z prawą nogą zgiętą w kolanie i podwiniętą
pod lewą, usiadłam naprzeciwko niego, z lewym ramieniem na oparciu kanapy.
Wyciągnęłam
prawą rękę i lekko dotknęłam jego szyi czubkami palców.
-
Opowiedz mi o swoim bracie - poprosiłam, bo nigdy o nim nie mówił, a czułam, że
to jest klucz do zrozumienia.
Alex
zamknął oczy, ale po sekundzie otworzył je i patrzył wprost na mnie.
-
Nie pamiętam - mruknął.
Westchnęłam.
-
Pamiętam tylko to, że pewnego dnia
mój brat zniknął - powiedział mi szybko Alex.
-
Nie byliśmy bardzo blisko siebie - wyjaśnił - Imponował mi, chciałem go
naśladować, ale nie spędzaliśmy razem wiele czasu.
Zacisnęłam
usta, bo przypomniałam sobie jak dużo czasu ja
spędzałam z moim bratem, kiedy miał siedem lat.
Aż
do tych kilku tygodni, kiedy byłam w poprawczaku i w szpitalu.
Ale
potem również.
-
Opowiadali o wypadku - Alex mówił martwym, pustym głosem, którego nie lubiłam, wręcz
nienawidziłam - Nie wprost do mnie,
ale słyszałem. Wiedziałem tylko, że mój brat zniknął, że nie wróci. Nie
rozumiałem tego. Na pogrzebie wszyscy traktowali mnie, jakbym był trędowaty.
Nikt do mnie nie podchodził, nikt ze mną nie rozmawiał. Mój tata był
jedynakiem, a jego rodzice dawno zmarli, a rodzina mojej mamy była trochę
dziwna i nie rozmawialiśmy z nimi ani o nich. Nie było tam nikogo, kto mógłby się mną zająć. Moja mama płakała i podali jej
środki uspokajające, więc nie zajmowała się mną, bo spała. Mój ojciec
przemawiał i był tam, gdzie lubił najbardziej, w centrum uwagi.
Poczułam
skurcz serca i łzy pod powiekami, ale bardzo
starałam się skupić na słuchaniu tego, co mówił Alex.
-
Kolejnego dnia, kiedy wróciłem ze szkoły - kontynuował Alex - … pokój brata był
opróżniony. Całkiem pusty. Mamy nie było w domu i powiedziano mi, że wyjechała.
Potem dowiedziałem się, że była w odosobnieniu, w jakimś domku na uboczu, gdzie
faszerowali ją lekami.
O,
Boże!
Na
myśl o tym, jak samotny musiał być Alex jako siedmiolatek, łzy same popłynęły
mi po policzkach.
Zobaczył
to i przetarł mi je kciukiem.
-
Nie płacz, Sophie. Miałem wtedy miss Rosie - powiedział pocieszająco - Miała
mnie nauczyć gry na fortepianie, ale nienawidziłem tego. Więc spędzaliśmy razem
czas, rozmawialiśmy, śmialiśmy się.
Alex
przerwał, zachmurzył się, zobaczyłam, jak zadrgały mu mięśnie szczęki, a tę dłoń,
którą trzymał na kolanie zacisnął w pięść.
-
A potem miss Rosie odeszła - zakończył głucho.
-
Ale wtedy wróciła twoja mama - zauważyłam cicho.
-
Tak - westchnął i rozluźnił się - Co prawda była wycofana, cicha i nie miałem z
nią dobrego kontaktu, ale wróciła.
A
potem znowu zobaczyłam, jak napiął mięśnie.
-
Dużo później dowiedziałem się, że ojciec nadal zmuszał ją do brania środków
uspokajających - warknął - Żeby była cicho. Dlatego była taka wycofana i cicha.
Zamyśliłam
się.
Alex
milczał przez chwilę, a potem przyciągnął mnie na swoje kolana.
-
A teraz mam ciebie - powiedział.
Siedziałam
bokiem do niego na jego kolanach, przytuliłam twarz do jego szyi i myślałam.
Tak,
miał mnie.
A
ja miałam jego.
Kochaliśmy
się, rozmawialiśmy, ale ta chmura z jego przeszłości wisiała nad nami i groziła
nam.
Bałam
się jej.
Nie
rozmawialiśmy więcej o tym od tego czasu, ale nie odpuściłam.
Chciałam
wiedzieć i dlatego właśnie poprosiłam o spotkanie z jego mamą.
Pojechaliśmy
na nie razem, bo Alex też chciał wiedzieć.
Razem mieliśmy pytać i
dowiadywać się, więc razem mieliśmy również zjeść lunch i porozmawiać z Mamą
Juliet.
-
Anthony był ulubieńcem ich ojca - powiedziała mi cicho Juliet, a potem mówiła patrząc
na Alexa i trzymając w swojej jego dłoń na stoliku między nami, kiedy już
jedliśmy, opowiedzieliśmy jej o co nam chodziło i przekonaliśmy ją, że musimy wiedzieć - Był od ciebie starszy
od pięć lat, ale całkiem inny niż ty. Lubił nauki ścisłe. Był prymusem i
wściekał się, jeśli dostawał gorsze noty.
Siedzieliśmy
w najdalszym, cichym kącie baru i nikt nas nie mógł usłyszeć.
Ta
rozmowa i tak była bardzo trudna.
Wstrzymałam
oddech, bo mówiła to wszystko sucho, jakby z wysiłkiem i nie byłam pewna, czy przy
tym nie cierpiała.
-
Kochałam moich synów jednakowo, a Alex był młodszy, więc więcej przebywałam z nim - powiedziała Mama Juliet,
odwracając głowę do mnie, więc wiedziałam, że to zauważyła, a potem spojrzała z
powrotem na Alexa - Ale Anthony był pupilkiem ojca. Jego dumą. Arthur cały czas
się nim chwalił. Kiedy został kapitanem drużyny juniorów, kiedy został
przewodniczącym rocznika, kiedy występował z przemówieniem. Zawsze. I Anthony
się do tego dostosowywał. Zawsze musiał być najlepszy,
być liderem we wszystkim.
Zamilkła
na chwilę i popatrzyła na stolik między nami, a jej palce zacisnęły się na
dłoni Alexa i zobaczyłam, jak zbielały jej kostki.
-
Anthony zginął, bo wracał po ciemku, ukradkiem, z jakiegoś spotkania z kolegami
i nie chciał, żebyśmy go nakryli - powiedziała mi - A jego ojciec wracał z randki,
którą nazwał spotkaniem biznesowym. Wjechał na podjazd bardzo szybko, bo
spóźnił się na kolację. Chciał ukryć ślady szminki i czegoś tam, nie wiem czego
jeszcze… - przerwała, zorientowała się, że jej głos brzmiał goryczą i
westchnęła - Kiedy Arthur zabił własnego syna, tego, z którego był taki dumny,
znienawidził Alexa - spojrzała łagodnie na Alexa i przykryła jego dłoń drugą
ręką - Przepraszam, kochanie, że tak mówię.
-
Nie, mamo - powiedział Alex, ale jego głos nie był właściwy - Ja wiem, że ojciec
mnie nienawidzi. Po prostu nie wiedziałem dlaczego.
-
Chciał cię zmienić, żebyś był taki, jak jego wyobrażenie o Anthonym - odparła
Juliet - Bo myślę, że tak naprawdę jego
też nie znał.
Wyprostowała
się i spojrzała na mnie.
-
Tak się ucieszyłam, kiedy Alex cię znalazł. Kogoś, kto jest silny i go akceptuje,
wspiera - powiedziała - Jego ojciec był zawsze tak naprawdę słaby. Bał się
tego, że Alex mógłby się okazać utalentowany, że jest lepszy od niego.
Spojrzałam
szybko na Alexa, który wyglądał na zszokowanego tą opinią.
-
Widzisz, kochanie - powiedziała do niego jego mama, dostrzegając to -
Rozmawiałam z terapeutami i oni mi to uświadomili. Dzięki temu wyzwoliłam się
spod wpływu Arthura. Kiedy zrozumiałam, że tak naprawdę jest słaby i boi się, znalazłam siłę w sobie.
-
Alex jest utalentowany - wypaliłam nagle
cicho, ale stanowczo.
-
Co? - Juliet odwróciła do mnie szybko głowę.
-
Sophie - mruknął w tym samym czasie Alex ostrzegawczo.
Zlekceważyłam
go.
-
Te obrazy, które wiszą u ciebie na ścianie? - spytałam Juliet - To Alex je
namalował. A nie są jego najlepszymi.
Juliet
spojrzała na Alexa ze zdumieniem.
-
Powiedziałeś, że to twojego kolegi - szepnęła.
Zacisnęłam
usta.
Alex
opuścił wzrok na stół i zaczął wysuwać rękę z uścisku jej dłoni, ale go nie
puściła.
-
Alex - powiedziała cicho Juliet - Czemu mi nie powiedziałeś? Bałeś się, że ja tego nie docenię?
Alex
spojrzał na mnie prawie ze złością.
Zagryzłam
wargę i odsunęłam się lekko na oparcie mojego krzesła.
-
Kochanie, spójrz na mnie - powiedziała Juliet stanowczo, potrząsając lekko
dłonią Alexa - To jest piękne.
Alex
szarpnął głową, żeby na nią spojrzeć i rozchylił usta.
-
Masz talent! - mówiła Juliet i
zamrugała, jakby hamowała łzy - Jestem z ciebie taka dumna - dokończyła szeptem.
Poczułam,
że oczy zaczęły mnie szczypać, kiedy Alex szybko spojrzał na mnie kolejny raz i
tym razem w jego oczach była tylko ulga i radość.
O,
Boże!
Może
mogłam mu to dać.
Może
mógł jeszcze wierzyć, że był dobrym synem.
Że
był synem dla swojej mamy.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń