poniedziałek, 9 maja 2022

17 - Syn

 

Rozdział 17

Syn

Sophie

 

 

 

Kilka dni później

To było kolejnego dnia, kiedy Alex znowu pracował od szóstej rano do szóstej po południu.

Kiedy usłyszałam, jak otwierał z klucza drzwi, miałam dla nas na kolację przygotowane zapiekane ziemniaczki z pieczoną wieprzowiną i wszystko było akurat na czas do wyjęcia z piekarnika, kiedy wrócił do domu.

Dom-Skała wreszcie był ukończony i zostało nam tylko sprzątanie naszych rzeczy, bo nie malowaliśmy ścian, nie zakładaliśmy wszelkich gniazdek, pstryczków, kratek wentylacyjnych i innego gówna.

Eryk i Diana mieli swój wymarzony dom z kompletną kuchnią, działającym kominkiem, ogrzewaniem i klimatyzacją, a także z tarasem, drzwiami (również wewnętrznymi) i oknami, systemem alarmowym, ale bez wykończonych łazienek (chociaż z instalacjami), bez garderoby i nie pomalowany.

Stan surowy zamknięty przygotowany do zamieszkania w przeciągu co najwyżej tygodnia.

Byłam zadowolona z wykonanej przez nas pracy, a, co najważniejsze, właściciele również byli.

Mieli się pobrać dopiero wiosną, więc dom miał stać tam zamknięty nieużywany, ale powiedziałam im, że to było cholernie bez sensu, skoro i tak mieszkali razem.

Powinni go wykończyć i przeprowadzić się.

A pobrać mogliby się później.

À propos, nasz dom, Dom Pod Zielonym Dachem, też był już nieco bardziej wykończony.

Ogrzewanie dobrze w nim działało, co było istotne w październiku, kiedy noce były naprawdę zimne.

Miał położone wszystkie podłogi i miał już kompletną kuchnię (ciemno zielone kafle, czarne blaty i drzwiczki wbudowanego AGD, białe ściany i sufity, szare drzwiczki szafek, bajka), bo w międzyczasie chłopaki wchodzili  tam, pracowali nad nim i robili detale nawet wtedy, kiedy ich o to nie prosiłam.

Miałam wspaniałą ekipę.

Najlepszą.

Zimą mogłam zacząć zastanawiać się nad łazienkami.

Mogliśmy.

Razem z Alex’em.

Alex bowiem sprzedał swoje mieszkanie.

Jeszcze finalizował formalności, ale kupiec już chciał się wprowadzać.

Wiązało się to z przenosinami lustrzanych drzwi do garderoby i łóżka.

Zdecydowaliśmy się wykorzystać je w naszej sypialni.

Jedno i drugie.

Kochałam to.

Mieliśmy więc pieniądze zarobione przeze mnie na Domu-Skale i ze sprzedaży przez Alexa jego mieszkania, trochę mebli i pomysły.

Mogliśmy zacząć wykończać nasz dom.

A piątek poświęciliśmy z chłopakami na tradycyjne, wspólne wyjście do baru, by oblewać zakończenie prac nad domem Eryka i Diany.

Alex pracował od szóstej po południu, więc nie poszedł z nami, ale upewnił się, że nie będę wracała sama do domu.

Rozmawiał o tym z Sammy’m.

Nie słyszałam, co mu powiedział, ale ich twarze mówiły o twardych słowach i męskim porozumieniu.

Cóż, wiecie, faceci.

I tak dalej.

A tak serio?

Byłam bardzo z tego zadowolona.

Prawie szczęśliwa.

Nawet, jak miałam ochotę powiedzieć poradzę sobie.

I nawet jak miałam swój nowy przenośny GPS z funkcją przycisku paniki, do którego aplikację miał Alex na swoim telefonie.

Bo, hmmm… ojciec Alexa mógł być w areszcie, a Ian w więzieniu stanowym za porwanie, ale nadal nie wiedzieliśmy, jak daleko sięgała ich sieć.

A poza tym lubiłam, jak się mną opiekowali.

Tak dla odmiany.

W ciągu tych kilku dni byliśmy jeszcze raz na rozmowie z Timem i wyglądało na to, że nasze wspólne rozmowy (we trójkę z Alex’em) dawały nam o wiele więcej niż tylko ustalenie, że nie musimy na siłę starać się opiekować wszystkimi.

Uczyły nas po prostu rozmawiać.

Rozmawiać ze sobą o wszystkim, co mogłoby w jakiś sposób kiedykolwiek stanąć między nami.

Bo, cóż, nie wszystko dawało się rozwiązać za pomocą seksu.

Niestety.

Kończyliśmy tak drobne sprzeczki.

Kończyliśmy tak radosne informacje.

W ten sposób mówiliśmy sobie, że się kochamy, podobamy się sobie i przytulaliśmy się do siebie.

Nadal to nie było wszystko.

Rozmawiałam też przez telefon z Mamą Juliet i z Vito.

Umówiłam się na kolejny wyjazd do rodziny, kiedy mielibyśmy z Alex’em dzień wolny od pracy i innych zajęć.

Mieliśmy na co czekać.

A tego dnia wypróbowałam przepis, który dała mi kiedyś Maggie, ale danie wymagało nieco więcej czasu na przygotowanie go, więc musiałam wybrać na nie odpowiednią chwilę.

Taki dzień właśnie nadszedł.

I pachniało obłędnie.

Cieszyłam się, że Alex wrócił do domu, bo cieszyłam się, że Alex wrócił do domu, ale również od tego zapachu zrobiłam się strasznie głodna.

Wygłodniała.

Przywitałam go w progu (jak często mi się to zdarzało) gorącym, chociaż krótkim pocałunkiem i od razu przeszliśmy do kuchni, podczas gdy ja, podniecona, cały czas trajkotałam o mojej próbie upichcenia czegoś nowego.

Podałam pieczeń i ziemniaczki na talerze, spróbowaliśmy i śmialiśmy się radośnie z mojego strachu przed zepsuciem tego (o czym Alex doskonale wiedział), bo było pyszne!

Pochłaniałam to.

Alex też.

Prawie skończyliśmy kolację, kiedy zadzwonił mój telefon.

Poszłam po niego do salonu, spojrzałam na wyświetlacz i zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam Alice Dzwoni.

- Hej, Alice - odebrałam z uśmiechem na ustach, kiedy wracałam do kuchni.

- Sophie - rzuciła krótko Alice takim tonem, że przystanęłam i spojrzałam na Alexa przestraszona - Eva rodzi. Jest źle. Jesteśmy w szpitalu.

Szepnęłam prawie bezgłośnie do Alexa - Eva!

A potem patrzyłam, jak Alex wstał i zabrał nasze talerze do zlewu, poszedł obok mnie do salonu, po drodze biorąc mnie za rękę.

Przez ten czas Alice powiedziała mi do ucha w którym szpitalu i na jakim oddziale była Eva, że wszyscy tam jadą i rozłączyła się.

Zabrałam z salonu moją torebkę, do której włożyłam telefon, Alex wziął kluczyki od Mustanga, schował swój telefon do kieszeni i poszliśmy do drzwi.

Kiedy wychodziliśmy i zamykał drzwi na klucz, powiedziałam mu to, co powiedziała mi Alice.

Zeszliśmy na parking i przekonaliśmy się, że nie było tam Hondy Aleka ani starego, białego Pontiaca Soniji.

O ile Alek już powinien być w domu, to Sonija niekoniecznie.

Mogła jeszcze pracować.

Pojechaliśmy do szpitala we dwójkę, nie zastanawiając się nad tym ani chwili dłużej.

Kiedy wreszcie dotarliśmy do szpitala i do poczekalni oddziału położniczego, wszyscy tam już byli.

Wszyscy.

Maggie siedziała na szpitalnej, pokrytej kremowym skajem kanapie z Marią, która tuliła się do jej kolan, a niedaleko nich, przy Marii, siedział Matt.

Na tej samej kanapie, nieco odsunięty, ale nadal blisko Matta siedział Bert, który szukał czegoś na swoim telefonie i co chwilę pokazywał to Mattowi.

Alice siedziała na krześle wsparta o Eddiego, a Sonija (wyjątkowo cicha) o Benji’ego.

Alek i Sam stali przy oknie z boku, trzymając się za ręce.

Jimmy, kiwając się nerwowo, pochylony do przodu, z łokciami opartymi na rozstawionych kolanach i zaciśniętymi modlitewnie dłońmi przyciśniętymi do ust, siedział na krześle, które stało najbliżej drzwi.

David, jak zwykle najspokojniejszy, chociaż niezwykle poważny, stał naprzeciwko drzwi wejściowych i uważnie patrzył na każdego wchodzącego, chociaż miałam wrażenie, że obchodziła go głównie Maggie, a w drugiej kolejności Jimmy.

Kiedy weszliśmy, Jimmy poderwał się, przywitał nerwowo, a potem z powrotem usiadł i wpatrzył się w drzwi.

Przywitaliśmy się krótko, cicho i poważnie ze wszystkimi, dowiedzieliśmy się, że jeszcze nic nie wiadomo i trzeba czekać, a potem ustawiliśmy się przy oknie niedaleko Davida.

Alex stanął oparty biodrami o parapet, ja oparłam się o jego brzuch plecami, owinął mój brzuch ramionami i czekaliśmy.

Myślałam o tym, że była to jedna z tych chwil, kiedy czułam bezsilność.

Byłam absolutnie bezradna, bo nawet nie mogłam powiedzieć słowa pocieszenia do nich wszystkich.

Nie wiedziałam jakie.

Mogliśmy tylko czekać.

Czekaliśmy dość długo.

Alek i Sonija nerwowo.

Jimmy, podskakując na każdy dźwięk dochodzący od drzwi.

Maria głaskana przez Maggie.

A ja patrzyłam na dzieci i czułam ciężar w sercu.

Eva dała im dom.

Bert’owi babcię, której nie miał dopóki Alice nie miała Eddiego.

Mattowi i Marii miłość mamy i taty, chociaż nazywali ją i Jimmy’ego babcią i dziadkiem.

Byli ich jedyną rodziną.

Po długiej, strasznie długiej chwili do poczekalni wszedł lekarz, po którym było widać zmęczenie po przeprowadzonej operacji.

- Pan Spark - zwrócił się do wszystkich, a potem, kiedy Jimmy wstał i podszedł do niego dwa kroki, odwrócił się do niego i dodał - Gratulacje. Ma pan zdrowego syna. Chłopiec ma…

Nie słuchałam.

Odwróciłam się do Alexa z uśmiechem i łzami w oczach jednocześnie, bo przeniknęła mnie ulga i radość.

Dzięki Bogu!

A potem wszyscy podchodziliśmy do siebie, wymienialiśmy się słowami radości, ściskaliśmy się, całowaliśmy i czekaliśmy na naszą kolej, by pogratulować Evie i Jimmy’emu ich syna.

Mieli syna.

*****

Alex

Alex stał przy drzwiach i patrzył.

Chryste Wszechmogący, jaka ona była piękna!

Widział to wiele razy, ale nie przyzwyczaił się do tego.

Uznał, że nigdy się nie przyzwyczai.

Za każdym razem uderzało to go tak samo mocno i za każdym razem myślał o tym, że była jeszcze piękniejsza niż dotąd.

Weszli do pokoju Evy, która leżała na płaskim łóżku po znieczuleniu zewnątrzoponowym, by pogratulować jej i Jimmy’emu syna.

Sophie wzięła na ręce dziecko, które podał jej Jimmy i patrzyła znowu z tym wyrazem twarzy, którego przedtem Alexowi nie udało się uchwycić.

Teraz to widział.

Wiedziałby, jak to namalować.

Chociaż nie był pewien, czy potrafił.

Wygięcie na końcach lekko rozchylonych warg, gładkość czoła, drżenie nozdrzy, lśnienie oczu…

Cud.

Sophie doświadczała cudu, bo trzymała go w swoich ramionach.

Alex ponownie pomyślał, że chciałby, żeby to było ich dziecko.

Tak.

Chciałby mieć z Sophie córkę całą tak piękną jak ona lub syna, który miałby ciemne włosy i oliwkową cerę swojej mamy.

Jimmy podszedł do niego i Alex zwrócił się do szczęśliwego ojca.

- Gratulacje, stary - powiedział po raz pierwszy w pełni szczerze.

Bez zazdrości.

- Dzięki - mruknął Jimmy i zrobił krok w stronę Sophii - Davie chyba powinien trafić do łóżeczka.

Sophie westchnęła, ale oddała dziecko tatusiowi.

- Naprawdę - powiedziała do Evy - Jest śliczny. Taka jestem szczęśliwa, że wszystko jest dobrze.

Patrzyli, jak Jimmy delikatnie i troskliwie odkładał małego Davida Richarda do łóżeczka.

- Dziękuję - odparła Eva i odwrócili się do niej - ja również. Jestem szczęśliwa, że u was wszystko dobrze. Martwiłam się.

No, tak.

Mogli ukrywać wieści przed Evą, ale jej mało umykało, jeśli chodziło o problemy między tymi, na których jej zależało.

Sophie była jej przyjaciółką.

A Eva dbała o swoje przyjaciółki.

- Przepraszam, że nie mówiliśmy ci wszystkiego - powiedziała Sophie, podchodząc bliżej do jej łóżka - Nie chcieliśmy cię martwić.

Tak.

Sophie też zauważyła, że Eva wiedziała wszystko.

- Nie będziemy cię już dzisiaj dłużej męczyli - powiedziała cicho Sophie do Evy - Opowiemy ci więcej za kilka dni. Odpoczywaj - dodała i pocałowała Evę w policzek.

- Tak - mruknął Alex, nie podchodząc - jeszcze raz, gratulacje.

Pożegnał się z daleka, od drzwi, z Evą machnięciem ręki, z Jimmy’m skinieniem brodą i wyszli.

Reszta już się rozproszyła.

Został David, który teraz wszedł do pokoju, żeby powiedzieć Jimmy’emu, że zabrali z Maggie dzieci do swojego samochodu, żeby dać im kolację.

Alex i Sophie poszli na parking do Mustanga.

Kiedy wsiedli, Alex zawahał się.

- Sophie… - zaczął niepewnie, kiedy zapinali pasy i uruchamiał silnik - chcesz jechać do domu?

- Niekoniecznie - Sophie spojrzała na niego z ciekawością.

Alex odwrócił się do niej przodem i pochylił się w jej stronę.

Spojrzał badawczo w jej oczy.

- Nie będzie ci przeszkadzało, jeśli pojedziemy najpierw do studio? - zapytał i zobaczył, jak jej twarz się rozjaśniła.

- Absolutnie nie - powiedziała natychmiast.

Rozjaśnił się, wyprostował i złapał za kierownicę.

Jego piersi przeniknęło ciepło.

Poczuł to.

Pełna akceptacja.

Dlatego nie pojechali od razu do jej mieszkania, ale najpierw pojechali do jego studio, żeby mógł od razu przenieść na płótno to, co zobaczył w wyrazie jej twarzy, kiedy trzymała na ręku dziecko.

Doświadczanie cudu.

*****

Dwie godziny później

Alex malował.

Pracował już ponad godzinę i nie zauważył upływu czasu, ale właśnie skończył i spojrzał za siebie na skuloną postać Sophie, siedzącą cicho w kącie na podłodze jego pracowni ze szkicownikiem na kolanach.

Próbował uchwycić to piękno, chociaż wiedział, że nigdy nie da rady.

Za mało umiał.

Kiedy zaczął wycierać pędzel szmatką, Sophie podniosła głowę, złapała jego wzrok i uśmiechnęła się do niego.

Alex poczuł ulgę graniczącą prawie z euforią.

Sophie to akceptowała.

Nawet to lubiła.

Nie była zniecierpliwiona, znudzona, nie robiła tego dla niego.

Na siłę.

Po prostu chciała być z nim, a zwłaszcza być z nim wtedy, kiedy robił to, co go najbardziej zajmowało.

- Sophie - zawołał cicho, a ona natychmiast wstała.

Na jej twarzy malowała się ciekawość.

- Mogę zobaczyć? - zapytała z autentycznym podnieceniem i z radością w głosie.

Wyciągnął do niej rękę.

Podskoczyła w miejscu, a potem podeszła szybko, prawie podbiegła, podniecona i radosna, złapała jego dłoń i dopiero wtedy odwróciła się przodem do obrazu, który skończył.

I zamarła.

Alex nie był pewien powodu, ale potem to usłyszał.

Jej urywany oddech.

Jakby powstrzymywała płacz.

Uniosła dłoń do ust.

Odwrócił ją przodem do siebie, żeby widzieć jej oczy.

- Sophie - szepnął, kiedy objął ją ramionami - Co?

- To jest… - urwała, bo jej oddech się rwał - to jest takie … piękne.

Poczuł, że jego twarz łagodnieje, a potem pochylił się i wziął jej usta w gorącym, ale powolnym pocałunku.

- Ty jesteś piękna - szepnął, kiedy wreszcie odsunął się odrobinę.

Jej oczy były półprzymknięte, nieprzytomne i, pieprzyć go, znowu, jak zwykle, chciała więcej.

I była jeszcze piękniejsza.

- Co robiłaś? - spytał, nie odsuwając się, żeby pomóc jej oprzytomnieć, bo chciał zabrać ją do domu i tam dokończyć to, co oboje mieli ochotę zrobić.

Zawsze mieli ochotę.

- Och! - zawołała cicho i szarpnęła głową, jakby zadowolona, że zapytał - Szkicowałam Dom Nad Potokiem - dokończyła i już, jak to ona, była gotowa biec po szkicownik, żeby mu pokazać, co robiła.

Podskoczyła przy tym, więc ją puścił, a ona pobiegła te kilka kroków, złapała szkicownik z podłogi i wróciła do niego.

- Dom Nad Potokiem? - spytał podczas tego, bo nie rozmawiali o tym wcześniej, a przynajmniej nie przypominał sobie tego.

Podała mu rysunki.

- Tak, to ten dom, o którym ci mówiłam - prawie zawołała, podniecona  - Ten, co ma być nad rzeką Jordan.

Och, tak, mówiła.

Przypomniał sobie.

Przypomniał sobie również, że żaliła mu się, że nie ma serca do tego projektu i ma tylko mgliste pojęcie, co to miałoby być.

A teraz trzymał w ręku szkicownik zapełniony pomysłami.

Chryste!

Opierała się o jego ramię piersiami, owijając jego rękę swoimi dłońmi, wskazywała detale palcem, wyjaśniała mu, a potem zamilkła i dygotała z podniecenia, z oczekiwania na jego zdanie.

Oglądał wszystko w ciszy, bo był przejęty, zachwycony i oszołomiony.

Nie doceniał jej talentu.

Siedziała tam nad tym, kiedy on pracował nad dokończeniem jej portretu, a był pewien, że zaczęła od pustych kartek.

Teraz miał w rękach pełen obraz domu, pięknego, strzelistego w formie, prostego i przejrzystego jak woda, nad którą miał stać.

- Otoczaki - szepnął.

- Co? - zapytała z zaskoczeniem i wzięła od niego szkicownik.

- Przez te duże, przejrzyste okna powinno być widać meble wyglądające, jak wygładzone przez nią otoczaki, jak w potoku - wyjaśnił jej.

- Och - szepnęła i podniosła ołówek w lewej ręce, by dorysować kilka elementów - Tak, masz rację. To będzie super.

Kiedy dokończyła wyglądało to tak, że westchnął.

- Jezu, jaki ty masz talent - mruknął do siebie.

Szarpnęła głową do góry i poczuł na sobie jej gorący wzrok.

- Mój tata mówił tak samo - powiedziała mu z uśmiechem.

- Mówił? - zapytał i przekrzywił głowę, żeby na nią spojrzeć.

Skinęła głową z uśmiechem, a on przypomniał sobie swojego.

Niechętnie.

- Mój mówił, że to gówno - mruknął niewyraźnie, wskazując brodą na obrazy i marszcząc się.

- Co?! - krzyknęła Sophie z zaskoczeniem i nieomalże z obrazą.

Przyszła dwa kroki w kierunku sztalug i odwróciła się do Alexa.

- Powinien być z ciebie dumny - powiedziała z przejęciem wymachując rękoma (z ołówkiem i szkicownikiem) - Przecież ty masz większy talent niż ja!

Alex wątpił w to, chociaż było mu przyjemnie, że tak mówiła.

Nadal.

- Niestety, on tak nie myślał - powiedział z goryczą i jego usta się wykrzywiły - Dla mojego ojca sztuka, artyści nie byli warci nawet odrobiny miejsca na świecie. Dla niego zawsze liczyła się tylko władza i pieniądze.

Alex zobaczył minę Sophie i przypomniał sobie, że już jej to kiedyś powiedział.

Wyglądała, jak ktoś, kto zaczynał rozumieć znaczenie tych słów.

- Twój ojciec jest porąbanym palantem - powiedziała twardo i prawie rzuciła szkicownik i ołówek na stolik, przy którym się znalazła.

Tak, Sophie miała prawo nienawidzić jego ojca.

Nie zmieniało to faktu, że Alex nosił w sobie jego geny i był obciążony przez dziedzictwo, które tamten mu zostawi.

Alex westchnął i opuścił głowę.

- Alex - szepnęła Sophie, obejmując dłonią jego szczękę.

Nie miał pojęcia, jakim cudem znalazła się tak blisko niego.

Nie zauważył, kiedy się poruszyła.

- Twój ojciec nie wie, co traci - szepnęła.

Chryste, jak on ją kochał.

- Nie jesteś taki jak on - szepnęła znowu i wiedział, że odczuła, o czym myślał, ale zacisnął usta - Nie jesteś! - potrząsnęła nim lekko.

Nie było to nic dziwnego, że wiedziała, co czuł, skoro mówili sobie wszystko, ale nie zmieniało to sposobu jego myślenia o sobie.

Ale postarał się odepchnąć to.

Czuł bowiem, że mógłby z tym żyć, z tym wszystkim, co miał z winy swojego ojca, jeśli ona nadal by go kochała tak, jak to robiła.

Postarał się uśmiechnąć, chociaż czuł w tym fałsz, a może tylko wysiłek i wiedział, że Sophie też to zauważyła.

- Jedźmy do domu - mruknęła do niego, a on chętnie się na to zgodził.

Chciał mieć swoją Sophie w domu, w mieszkaniu, w którym byłoby łóżko, gdzie mogliby być blisko siebie tak, jak to oboje lubili.

*****

Sophie

Parę dni później

Jechaliśmy z Alex’em jego Mustangiem do baru na lunch z Mamą Juliet, żeby porozmawiać.

Tego dnia, kiedy Eva urodziła Davie’go, wyszliśmy ze szpitala milczący, ale w pośpiechu.

Alex pospieszał.

Dowiedziałam się dlaczego, kiedy w Mustangu zapytał mnie, czy możemy najpierw pojechać do jego studio.

Kiedy się zgodziłam, wyraz jego twarzy zmienił się i to było zachwycające.

Dopiero wtedy spostrzegłam, że od czasu, kiedy wzięłam na ręce maluszka, twarz Alexa stała się zamknięta, ostrożna.

Ale, kiedy na jego prośbę zgodziłam się pojechać najpierw do studio, zamiast do domu, uwolnił to.

Najpierw pojawił się blask w jego oczach.

A potem na twarzy zobaczyłam natchnienie.

Nigdy czegoś takiego nie widziałam.

Nie u niego.

Kiedy dotarliśmy na miejsce i wpuścił nas, żeby mu nie przeszkadzać szukałam sobie kącika, czegoś do roboty, starałam się usunąć sprzed jego oczu.

W studio był stary, ale rozłożysty, więc wyglądający na wygodny, fotel i mały, kwadratowy stolik, zawalony papierami i ołówkami.

Fotel stał tak, że byłabym na nim z przodu Alexa, który stanął za sztalugami (po tym, jak założył starą, poplamioną koszulę), więc wzięłam tylko ze stolika szkicownik i ołówek i poszłam w stronę drzwi, by być za plecami Alexa.

Tam usiadłam na podłodze z lewą nogą podgiętą pod udo prawej i położyłam na niej szkicownik.

Patrzyłam, jak Alex, nieco nieprzytomny i nie dostrzegający otaczającego świata, maluje z zapałem i cieszyłam się, że to miał.

Zapał.

Znałam to.

Widywałam to u mojego taty i u innych, również w college’u.

Kiedy zapał przygasał, nie byli sobą.

Cokolwiek właśnie natchnęło Alexa, dało mu ten zapał.

Potem moje myśli wróciły do tego cudownego, ślicznego maleństwa, które trzymałam na rękach tak niedawno.

Syna Jimmy’ego i Evy.

I do tego, jak wyglądał Jimmy, kiedy patrzył na swojego syna i swoją żonę.

Wyobraziłam sobie przez chwilę, jak pięknie byłoby trzymać w ramionach syna, którego dałby mi Alex.

Albo córkę; też dobrze.

Cokolwiek.

Kiedy o tym myślałam, mój niewidzący wzrok przesunął się po obrazie, przedstawiającym moje piersi obmywane wodą.

A potem wróciłam do tego, patrząc uważniej.

Woda spływająca ze wzgórz.

Przejrzysta, lśniąca, czysta, odsłaniająca wszystko, co było pod nią, ale skrywająca to, spływająca kaskadami i rozpryskująca się na krzywiznach.

 Pomyślałam o Domu Nad Potokiem.

Potok spływający z gór jest czysty, przejrzysty, zasłania, ale nie do końca to, co jest pod nim.

Szkło.

Duże, szklane powierzchnie, lekko skośny, czarny dach, ciemne, może czarne drewno na detalach elewacji, drewniany taras na palach na stoku w stronę rzeki i kremowe fragmenty ścian.

Bezwiednie zaczęłam przeciągać ołówkiem po kartce.

A potem bardziej świadomie.

I jeszcze.

Pracowałam bardzo długo.

Kiedy zamalowałam szkicami czwartą kartkę, podniosłam znad niej głowę i uśmiechnęłam się do siebie.

Miałam to.

Dom Nad Potokiem właśnie ożył w moich myślach.

Alex skończył malować, wycierał pędzel o szmatkę, odwrócił się do mnie i zobaczyłam po jego oczach, że się nasycił.

A potem prawie skakałam i krzyczałam ze szczęścia, kiedy mnie zawołał i pozwolił mi to obejrzeć.

Znałam wielu różnych artystów i wiedziałam, że to ogromny zaszczyt, zobaczyć ich dzieło bezpośrednio po zakończeniu, jako pierwsza osoba.

I to, co zobaczyłam było takie piękne.

Czyste piękno.

A potem…

Po naszej rozmowie…

Byłam w szoku.

Pamiętałam, jak nasz tata był dumny z Vito, kiedy ten dawał pierwsze koncerty na gitarze w szkole, chociaż to było takie nic.

Szkolne popisy.

Tata przejmował się niepowodzeniami moimi i Vito, ale nie zależało mu na tym, żebyśmy byli najlepsi.

Po prostu chciał, żebyśmy robili to, co lubiliśmy najbardziej.

Ale przy tym nie cierpieli.

I zawsze, ale to zawsze pokazywał nam, jak bardzo był z nas dumny.

Więc…

Skoro pamiętałam wzrok Jimmy’ego skierowany na jego syna, kiedy wspominałam, jak patrzył na swojego syna mój brat, no, po prostu nie mogłam tego pojąć.

Nie mogłam pojąć, jak jakikolwiek ojciec mógłby być taki dla swojego syna, jak ojciec Alexa był dla niego, nawet, jeśli nie był jego ulubieńcem, lub oczekiwał od niego czegoś innego.

Dlatego mnie to gryzło.

I coraz mocniej nienawidziłam ojca Alexa za to, co mu zrobił.

Jeszcze bardziej chciałam pomóc Alexowi przejść nad tym, ale bez zrozumienia tego, co się stało, nie mogłam.

Tego wieczoru, po powrocie do mieszkania, położyliśmy się od razu do łóżka, bo było późno i mieliśmy za sobą męczący dzień.

Kiedy leżałam na Alexie, nie mogłam spać i czułam, że on również.

Zaczęłam więc go głaskać, a potem całować.

Ucieszyłam się, bo nie odtrącił mnie, ale również mnie głaskał, całował, a potem odwrócił mnie na plecy i wsunął ręce pod satynową koszulkę, którą miałam na sobie.

A potem mnie kochał.

Długo.

Delikatnie.

Pieszczotliwie.

Namiętnie.

Aż do spełnienia.

Następny dzień mieliśmy prawie wolny, bo Alex szedł do pracy na szóstą wieczorem, a ja miałam wysłać kilka e-maili, zadzwonić, pojechać na ukończoną budowę, którą chłopaki od rana jeszcze sprzątali, na spotkanie z dwoma (różnymi, po kolei) inspektorami, którzy mieli dokonać odbiorów i tyle.

Śniadanie jadłam milcząc, tak samo też wstałam i szykowałam się na mój dzień, więc Alex rzucał mi zaniepokojone spojrzenia.

Aż w końcu nie wytrzymał.

Złapał mnie, kiedy przechodziłam obok niego, objął oburącz w talii, przyciągnął do siebie przodem, zmuszając mnie do podniesienia głowy, żebym patrzyła mu prosto w oczy.

- Sophie, co się dzieje? - zapytał surowo.

- Hmmm - zamruczałam i odwróciłam wzrok na jego ramię.

- Przecież widzę, że coś cię gryzie - łagodniej naciskał Alex, przesuwając dłoń na moją szyję - Porozmawiaj ze mną.

Zagryzłam wargę, nieśmiało podniosłam wzrok do jego oczu i zdecydowałam się.

- Nie mogę tego pojąć - szepnęłam.

Alex zmarszczył brwi, więc pospieszyłam z wyjaśnieniami.

Oparłam się dłońmi o jego klatkę piersiową i mocniej zadarłam głowę.

- Nie mogę zrozumieć, dlaczego tak to czujesz - mówiłam głośniej - Nie dowiem się, dlaczego twój ojciec jest taki, nie obchodzi mnie to, bo on mnie nie obchodzi, ale chcę wiedzieć, co się stało, że ty tak to czujesz. Co on ci zrobił.

Zobaczyłam, jak przez twarz Alexa przepływa zrozumienie, zamknęła się, ale potem jakby podjął decyzję i zacisnął wargi.

- Chodź tu - popchnął mnie w kierunku kanapy.

Usiadł na niej prawym bokiem do oparcia, z prawą nogą zgiętą w kolanie i podwiniętą pod lewą, usiadłam naprzeciwko niego, z lewym ramieniem na oparciu kanapy.

Wyciągnęłam prawą rękę i lekko dotknęłam jego szyi czubkami palców.

- Opowiedz mi o swoim bracie - poprosiłam, bo nigdy o nim nie mówił, a czułam, że to jest klucz do zrozumienia.

Alex zamknął oczy, ale po sekundzie otworzył je i patrzył wprost na mnie.

- Nie pamiętam - mruknął.

Westchnęłam.

- Pamiętam tylko to, że pewnego dnia mój brat zniknął - powiedział mi szybko Alex.

- Nie byliśmy bardzo blisko siebie - wyjaśnił - Imponował mi, chciałem go naśladować, ale nie spędzaliśmy razem wiele czasu.

Zacisnęłam usta, bo przypomniałam sobie jak dużo czasu ja spędzałam z moim bratem, kiedy miał siedem lat.

Aż do tych kilku tygodni, kiedy byłam w poprawczaku i w szpitalu.

Ale potem również.

- Opowiadali o wypadku - Alex mówił martwym, pustym głosem, którego nie lubiłam, wręcz nienawidziłam - Nie wprost do mnie, ale słyszałem. Wiedziałem tylko, że mój brat zniknął, że nie wróci. Nie rozumiałem tego. Na pogrzebie wszyscy traktowali mnie, jakbym był trędowaty. Nikt do mnie nie podchodził, nikt ze mną nie rozmawiał. Mój tata był jedynakiem, a jego rodzice dawno zmarli, a rodzina mojej mamy była trochę dziwna i nie rozmawialiśmy z nimi ani o nich. Nie było tam nikogo, kto mógłby się mną zająć. Moja mama płakała i podali jej środki uspokajające, więc nie zajmowała się mną, bo spała. Mój ojciec przemawiał i był tam, gdzie lubił najbardziej, w centrum uwagi.

Poczułam skurcz serca i łzy pod powiekami, ale bardzo starałam się skupić na słuchaniu tego, co mówił Alex.

- Kolejnego dnia, kiedy wróciłem ze szkoły - kontynuował Alex - … pokój brata był opróżniony. Całkiem pusty. Mamy nie było w domu i powiedziano mi, że wyjechała. Potem dowiedziałem się, że była w odosobnieniu, w jakimś domku na uboczu, gdzie faszerowali ją lekami.

O, Boże!

Na myśl o tym, jak samotny musiał być Alex jako siedmiolatek, łzy same popłynęły mi po policzkach.

Zobaczył to i przetarł mi je kciukiem.

- Nie płacz, Sophie. Miałem wtedy miss Rosie - powiedział pocieszająco - Miała mnie nauczyć gry na fortepianie, ale nienawidziłem tego. Więc spędzaliśmy razem czas, rozmawialiśmy, śmialiśmy się.

Alex przerwał, zachmurzył się, zobaczyłam, jak zadrgały mu mięśnie szczęki, a tę dłoń, którą trzymał na kolanie zacisnął w pięść.

- A potem miss Rosie odeszła - zakończył głucho.

- Ale wtedy wróciła twoja mama - zauważyłam cicho.

- Tak - westchnął i rozluźnił się - Co prawda była wycofana, cicha i nie miałem z nią dobrego kontaktu, ale wróciła.

A potem znowu zobaczyłam, jak napiął mięśnie.

- Dużo później dowiedziałem się, że ojciec nadal zmuszał ją do brania środków uspokajających - warknął - Żeby była cicho. Dlatego była taka wycofana i cicha.

Zamyśliłam się.

Alex milczał przez chwilę, a potem przyciągnął mnie na swoje kolana.

- A teraz mam ciebie - powiedział.

Siedziałam bokiem do niego na jego kolanach, przytuliłam twarz do jego szyi i myślałam.

Tak, miał mnie.

A ja miałam jego.

Kochaliśmy się, rozmawialiśmy, ale ta chmura z jego przeszłości wisiała nad nami i groziła nam.

Bałam się jej.

Nie rozmawialiśmy więcej o tym od tego czasu, ale nie odpuściłam.

Chciałam wiedzieć i dlatego właśnie poprosiłam o spotkanie z jego mamą.

Pojechaliśmy na nie razem, bo Alex też chciał wiedzieć.

Razem mieliśmy pytać i dowiadywać się, więc razem mieliśmy również zjeść lunch i porozmawiać z Mamą Juliet.

- Anthony był ulubieńcem ich ojca - powiedziała mi cicho Juliet, a potem mówiła patrząc na Alexa i trzymając w swojej jego dłoń na stoliku między nami, kiedy już jedliśmy, opowiedzieliśmy jej o co nam chodziło i przekonaliśmy ją, że musimy wiedzieć - Był od ciebie starszy od pięć lat, ale całkiem inny niż ty. Lubił nauki ścisłe. Był prymusem i wściekał się, jeśli dostawał gorsze noty.

Siedzieliśmy w najdalszym, cichym kącie baru i nikt nas nie mógł usłyszeć.

Ta rozmowa i tak była bardzo trudna.

Wstrzymałam oddech, bo mówiła to wszystko sucho, jakby z wysiłkiem i nie byłam pewna, czy przy tym nie cierpiała.

- Kochałam moich synów jednakowo, a Alex był młodszy, więc więcej przebywałam z nim - powiedziała Mama Juliet, odwracając głowę do mnie, więc wiedziałam, że to zauważyła, a potem spojrzała z powrotem na Alexa - Ale Anthony był pupilkiem ojca. Jego dumą. Arthur cały czas się nim chwalił. Kiedy został kapitanem drużyny juniorów, kiedy został przewodniczącym rocznika, kiedy występował z przemówieniem. Zawsze. I Anthony się do tego dostosowywał. Zawsze musiał być najlepszy, być liderem we wszystkim.

Zamilkła na chwilę i popatrzyła na stolik między nami, a jej palce zacisnęły się na dłoni Alexa i zobaczyłam, jak zbielały jej kostki.

- Anthony zginął, bo wracał po ciemku, ukradkiem, z jakiegoś spotkania z kolegami i nie chciał, żebyśmy go nakryli - powiedziała mi - A jego ojciec wracał z randki, którą nazwał spotkaniem biznesowym. Wjechał na podjazd bardzo szybko, bo spóźnił się na kolację. Chciał ukryć ślady szminki i czegoś tam, nie wiem czego jeszcze… - przerwała, zorientowała się, że jej głos brzmiał goryczą i westchnęła - Kiedy Arthur zabił własnego syna, tego, z którego był taki dumny, znienawidził Alexa - spojrzała łagodnie na Alexa i przykryła jego dłoń drugą ręką - Przepraszam, kochanie, że tak mówię.

- Nie, mamo - powiedział Alex, ale jego głos nie był właściwy - Ja wiem, że ojciec mnie nienawidzi. Po prostu nie wiedziałem dlaczego.

- Chciał cię zmienić, żebyś był taki, jak jego wyobrażenie o Anthonym - odparła Juliet - Bo myślę, że tak naprawdę jego też nie znał.

Wyprostowała się i spojrzała na mnie.

- Tak się ucieszyłam, kiedy Alex cię znalazł. Kogoś, kto jest silny i go akceptuje, wspiera - powiedziała - Jego ojciec był zawsze tak naprawdę słaby. Bał się tego, że Alex mógłby się okazać utalentowany, że jest lepszy od niego.

Spojrzałam szybko na Alexa, który wyglądał na zszokowanego tą opinią.

- Widzisz, kochanie - powiedziała do niego jego mama, dostrzegając to - Rozmawiałam z terapeutami i oni mi to uświadomili. Dzięki temu wyzwoliłam się spod wpływu Arthura. Kiedy zrozumiałam, że tak naprawdę jest słaby i boi się, znalazłam siłę w sobie.

- Alex jest utalentowany - wypaliłam nagle cicho, ale stanowczo.

- Co? - Juliet odwróciła do mnie szybko głowę.

- Sophie - mruknął w tym samym czasie Alex ostrzegawczo.

Zlekceważyłam go.

- Te obrazy, które wiszą u ciebie na ścianie? - spytałam Juliet - To Alex je namalował. A nie są jego najlepszymi.

Juliet spojrzała na Alexa ze zdumieniem.

- Powiedziałeś, że to twojego kolegi - szepnęła.

Zacisnęłam usta.

Alex opuścił wzrok na stół i zaczął wysuwać rękę z uścisku jej dłoni, ale go nie puściła.

- Alex - powiedziała cicho Juliet - Czemu mi nie powiedziałeś? Bałeś się, że ja tego nie docenię?

Alex spojrzał na mnie prawie ze złością.

Zagryzłam wargę i odsunęłam się lekko na oparcie mojego krzesła.

- Kochanie, spójrz na mnie - powiedziała Juliet stanowczo, potrząsając lekko dłonią Alexa - To jest piękne.

Alex szarpnął głową, żeby na nią spojrzeć i rozchylił usta.

- Masz talent! - mówiła Juliet i zamrugała, jakby hamowała łzy - Jestem z ciebie taka dumna - dokończyła szeptem.

Poczułam, że oczy zaczęły mnie szczypać, kiedy Alex szybko spojrzał na mnie kolejny raz i tym razem w jego oczach była tylko ulga i radość.

O, Boże!

Może mogłam mu to dać.

Może mógł jeszcze wierzyć, że był dobrym synem.

Że był synem dla swojej mamy.


 

2 komentarze: