piątek, 13 maja 2022

Epilog - A życie toczy się dalej

 

 

Epilog

A życie toczy się dalej

Sophie

 

 

Pół roku później

Maggie była w drugiej ciąży.

Alice miała kolejne dziecko.

Moja bratowa też.

Chciałam się cieszyć ich szczęściem.

Ale…

Ja nic.

Tego dnia w pracy dostałam miesiączkę, więc byłam nie tylko obolała i humorzasta, ale jeszcze zrozpaczona.

Jeszcze przed ślubem przestałam brać pigułki i nie stosowaliśmy żadnych zabezpieczeń, ale nic to nie dało.

Nie zaszłam w ciążę.

Może nie było mi dane, żebym miała własne dziecko?

Nie miałam dać dziecka Alexowi.

Wiedziałam, że będzie rozczarowany, ale będzie się starał mnie pocieszyć.

Jechałam Raptorem do domu na lunch i pogrążałam się w coraz ciemniejszych myślach, na które nie pomagały żadne metody, które przez tyle lat pozwalały mi na skupianie energii na najważniejszych rzeczach.

O, Boże!

Kiedy zaparkowałam na naszym podjeździe, spojrzałam na nasz dom i wreszcie dotarło do mnie, że umknął mi priorytet.

Najważniejszy był Alex.

A on chciał, żebym była szczęśliwa.

Więc…

Skup się, Sophie.

Wykrzesałam z siebie całą energię, wyprostowałam się, postarałam się o pogodny wyraz twarzy, chwyciłam z fotela pasażera torby ze styropianowymi pojemnikami i wysiadłam.

Zamknęłam drzwi i automatycznie natychmiast zapikałam w zamki, poszłam do drzwi i otworzyłam je z klucza, żeby zaraz za progiem wstukać kod do alarmu.

- Wróciłam - zawołałam do domu, chociaż podejrzewałam, że Alex był w studio, które dla niego rozbudowałam tak, jak to zaplanowałam dawno temu i miał zamknięte drzwi, więc by mnie nie usłyszał.

Ale nie był.

Zaskoczył mnie i, kiedy wyszłam z korytarza wejściowego, nadszedł od strony salonu, obejmując mnie od razu w talii i przyciągając do siebie, by wziąć moje usta w swój głęboki, mokry, namiętny pocałunek.

Mój ulubiony.

Całe zdenerwowanie, frustracja odpłynęły w sekundę, kiedy rozchyliłam wargi, żeby wpuścić jego język do środka, chociaż, niestety, wywołany podnieceniem skurcz macicy przypomniał mi o pewnej niedogodności.

Nie mieliśmy szans na kontynuację.

- Cześć, kochanie - wymruczałam do jego ust, trzymając dłonią jego kark, kiedy się odrobinę odsunął.

Między nogami miałam powódź i nie było to pozytywne uczucie.

Ale zawsze lubiłam jego pocałunki.

Alex przesunął swoje ręce tak, żeby zabrać mi z ręki torbę z naszym lunchem, a potem zdjął mi z ramienia torebkę.

Wszystko wylądowało na podłodze.

Ale, kiedy poczułam jego palce na rozporku, odsunęłam się.

- Przykro mi, kochanie - powiedziałam, a właściwie wymamrotałam, nie patrząc mu w oczy - Nic z tego, dostałam miesiączkę.

Wtedy usłyszałam, jak to zabrzmiało, a, co ważniejsze, poczułam, że mój ukochany mąż zesztywniał.

No, tak.

- Nic nie szkodzi, Księżniczko - powiedział łagodnie i ujął moją brodę, żeby pocałować moje usta krótko i delikatnie - Będziemy mieli jeszcze mnóstwo innych okazji.

Wiedziałam, że to miało podwójne znaczenie.

Alex wiedział, czemu tak zabrzmiałam i chciał mnie pocieszyć.

Robił to już szósty raz od naszego ślubu.

Schyliłam się, podniosłam z podłogi torbę i torebkę, postarałam się o uśmiech i powiedziałam podnosząc wyżej torbę z cateringiem - Kupiłam pancakesy na lunch.

Poszliśmy w stronę kuchni.

*****

Alex

Tego samego dnia po południu

Alex zadzwonił, kiedy wiedział, że Sophie nie będzie w domu przynajmniej przez dwie godziny.

Nie chciał jej okłamywać.

Ale musiał to zrobić w tajemnicy przed nią, bo się martwił.

Widział, jak wysilała się by okazywać spokój, a nawet przywoływała pogodny wyraz twarzy.

Pragnęli dziecka, ale u Sophie mogło to się zmienić w obsesję, jeśli Alex nie zadziałałby szybko.

Tim w tej sytuacji nie mógł pomóc.

Nie chodziło o wsparcie psychologiczne.

Więc Alex musiał szukać porady u kogoś innego.

Znał przynajmniej dwie takie kobiety, do których mógł się zwrócić.

- Hej, Eva - przywitał się po tym, jak zdecydował, z kim chciał rozmawiać, wybrał numer i uzyskał połączenie.

- Jesteś teraz w domu? - spytał po usłyszeniu powitania - Muszę pilnie porozmawiać.

- Och - powiedziała mu do ucha kobieta, której kiedyś Alex nie nazwałby swoją przyjaciółką - Tak, ale Jimmy…

- Nie - przerwał jej - Chcę porozmawiać z tobą, nie z Jimmy’m.

- Dobrze - odparła natychmiast Eva i, nie pytając go o przyczynę tego nagłego telefonu, dorzuciła - Możesz przyjechać.

To było to.

Na te kobiety zawsze można było liczyć, więc gdyby Sophie porozmawiała z nimi zamiast to dusić w sobie, na pewno by coś doradziły.

Ale nie poprosiła ich o pomoc.

Więc Alex musiał zrobić to za nią.

Pojechał do domu Evy i Jimmy’ego Mustangiem, a po drodze zastanowił się, co chciałby powiedzieć.

Doszedł do wniosku, że najlepsza dla niego będzie szczerość.

Pełna szczerość.

Kiedy wszedł, przywitał się i usiedli w kuchni, bo Eva robiła coś na kolację dla swojej rodziny, Alex zebrał się na odwagę i nie zwlekając powiedział szczerze wszystko, co leżało mu na sercu.

Wszystko.

- Och, Alex - powiedziała cicho Eva, kiedy skończył.

Nie przerwała swojej pracy.

Zrozumiała chyba nawet więcej, niż Alex chciał jej powiedzieć, bo w jej głosie brzmiało prawdziwe uczucie.

I nie była to po prostu litość.

- Mówisz, że byliście u lekarza - podsumowała Eva.

- Sophie była - powtórzył Alex coś, co już powiedział.

- A… - Eva się zawahała - ty?

- Sophie nie chciała - odpowiedział Alex.

Eva myślała przez chwilę intensywnie, cały czas mieszając coś w misce, a później podeszła do zlewu, umyła ręce i odwróciła się przodem do Alexa.

- Wiesz, Alex - zaczęła opierając biodra o blat za nią i patrząc na niego poważnie - …jeśli lekarze mówią, że Sophie może mieć dzieci, to może. Ale psychika ludzka to potęga. Może być tak, że Sophie chce dziecka za bardzo, albo coś innego jej przeszkadza w zajściu w ciążę.

Alex przestał słuchać uważnie, bo, co prawda wiedział z doświadczenia, że Eva może mu powiedzieć, co mógłby zrobić dla jego kobiety.

Po to tam pojechał.

Ale, po wcześniejszym pytaniu Evy, zaczął się zastanawiać nad tym, czy to nie była jego wina.

Może to on nie mógł mieć dzieci.

Postanowił pójść do lekarza.

Szybko.

Nawet, jeśli miałby to zrobić w tajemnicy przed Sophie.

Po prostu musiał wiedzieć.

- Alex - Eva pochyliła się do niego i skupiła na sobie jego uwagę - Myślę, że powinniście sobie zrobić wakacje.

- Co? - Alex zmarszczył brwi.

Wakacje od robienia dziecka?

- Powinniście wyjechać gdzieś, by przestać słuchać o cudzych dzieciach - szybko wyjaśniła mu Eva - Wyluzować. Przestać myśleć o swoim dziecku. Niech Sophie na tydzień lub dwa zajmie się czymś innym.

- Och - mruknął Alex.

- Gdzie Sophie chciałaby pojechać i co zajęłoby ją tak, że przestałaby myśleć o zajściu w ciążę? - spytała Eva, ale odpowiedź była oczywista dla nich obojga.

Europa.

Rzym, Włochy, Anglia, Hiszpania, a może Turcja.

- Zastanów się - podpowiadała Eva - Przemyśl to dobrze. Może coś ci podpowie twoja mama, bo wiem, że mają z Sophie wspólne zainteresowania.

Tak!

To był dobry pomysł!

Genialny!

Alex wyprostował się i uśmiechnął.

- No, widzę, że przyjąłeś - mruknęła Eva, wracając do zaczętej kolacji.

- Tak - odpowiedział Alex rześkim, bardziej radosnym głosem.

To było to.

- Dzięki Eva - dodał ciszej i wstał ze stołka.

Podszedł do niej, pochylił się z boku jej szyi i pocałował ją w policzek.

- Sophie docenia to, że jesteś jej przyjaciółką - powiedział do niej.

Uśmiechnęła się łagodnie.

- Ja też - dodał jeszcze ciszej.

A potem przeprosił ją za sprawiony kłopot (i usłyszał, że nie było za co, chociaż było, bo była zajęta), podziękował za dobrą radę, pożegnał się i zabrał się stamtąd, żeby wrócić do swojego domu, który zbudowała jego Sophie, przed kolacją, którą on miał ugotować dla nich obojga i przed jego wyjściem do pracy na nocną zmianę.

Jego żona powinna tam być wkrótce i mogliby razem zjeść, zanim musiałby ją opuścić na całą noc.

Ale może mógłby coś dla niej zrobić.

Musiał pomyśleć.

I porozmawiać ze swoją mamą.

*****

Sophie

Dwa miesiące później

- Europa była cudowna - opowiadałam głośno i z żarem wszystkim moim przyjaciółkom przyjaciołom podczas lunchu, na który spotkaliśmy się w barze niedaleko butiku Aleka i Sama po naszym powrocie z podróży niespodzianki, którą mój szalony, bardzo kochany mąż zorganizował jako prezent dla mnie na naszą pierwszą rocznicę ślubu.

Wspaniały prezent!

Nieco wcześniejszy niż faktyczna rocznica, ze względu na to, że trwało lato, a później pogoda mogłaby być brzydka i nie zobaczylibyśmy tyle cudownych rzeczy, ile chcieliśmy zobaczyć.

Prezent obejmował podróż samolotem do Europy i dwutygodniową wycieczkę po wybranych przez niego (chociaż tu, jak podejrzewałam, pomogła mu Mama Juliet) perłach architektury.

- Widzieliśmy Alhambrę i Casa Mila w Hiszpanii, byliśmy w pensjonacie, który miał stare rodzinne tradycje i był niesamowity! - mówiłam i pokazywałam na laptopie niektóre zdjęcia, chociaż podejrzewałam, że nie doceniliby uroków architektury, dla których Alex zabrał mnie właśnie w te miejsca - Zobaczyliśmy The Gherkin i most w Bristolu, kiedy byliśmy w Anglii. A później jeszcze pojechaliśmy na kilka dni do Rzymu.

Popatrzyłam na roześmiane twarze moich przyjaciółek (i Aleka i Sama).

Cieszyli się moim szczęściem i podnieceniem.

Kochałam ich wszystkich.

Wróciliśmy z Alex’em z Europy zaledwie dzień wcześniej i od razu umówiłam się na lunch z dziewczynami, Alekiem i Samem.

Uwielbiałam dzielić się z nimi naszym szczęściem.

Tego samego dnia mieliśmy być na kolacji u Mamy Juliet, bo Alex następnego dnia miał być w pracy na dziennej zmianie.

Zapytałam go, czy pozwoli mi pojechać wtedy do Marii bez niego, żebym mogła jej poopowiadać o naszej podróży i zgodził się.

Niezależnie od tego, musiałam wygospodarować czas na odwiedzenie dwóch budów domów, które zaczęły się przed naszym wyjazdem.

To z ich powodu nasz drugi miesiąc miodowy (znowu) musiał zostać ograniczony do dwóch tygodni.

Niespodzianka, którą zrobił mi Alex była podwójna.

Mój mąż bowiem postanowił zacząć korzystać z pieniędzy, jakie odziedziczył po ojcu.

Uznałam, że trochę „odpuścił”.

Cieszyłam się z tego (że odpuścił, nie zależało mi na pieniądzach).

Nie chciał ich ruszać, bo nie lubił myśleć o nich jako o brudnych, ale podobno Mama Juliet powiedziała mu, że połowa z nich to były pieniądze po dziadkach Alexa.

Więc miał lżejszy bagaż z przeszłości.

A w wyniku tego nasza podróż po Europie była „wypasiona”.

Mieszkaliśmy w pięknych hotelach, jeździliśmy wynajętymi SUV’ami, a część podróży odbyliśmy słynnym Orient Expressem.

Kochaliśmy się (i pieprzyliśmy) na różne sposoby we wspaniałych, oryginalnych sypialniach (i nie tylko).

Nie mieliśmy wiele czasu na zachwycanie się, ale zrobiłam mnóstwo zdjęć i wspomnienia miały nam zostać na całe życie.

Cudowne.

Teraz wróciliśmy do codzienności, ale mój zapał powrócił, miałam zapas energii i zamierzałam pracować do upadłego.

Miałam cały szkicownik pomysłów na nowe domy, Alex miał swój szkicownik z pomysłami na obrazy i zamierzaliśmy rozwijać nasze zamiłowania.

Alex zgodził się, żeby jego mama zorganizowała przy pomocy znajomej wystawę jego obrazów, co było dodatkowo genialne!

Na samym wstępie wystawy, przy wejściu, miała wisieć „Królowa Lodu”, czyli Angela.

Żeby ludzie zobaczyli, jak zmieniało się życie Alexa.

Potem miały być moje portrety.

Ten, na którym moja twarz była w obramowaniu dłoni Alexa i ten z dzieckiem na ręku.

Alex od czasu naszego ślubu namalował jeszcze kilka.

Jeden z nich przedstawiał mnie śpiącą, wtuloną w białe poduszki, z rozrzuconymi czarnymi włosami i emanującą takim spokojem i szczęściem, że sama nie uwierzyłabym dwa lata temu, że taka mogłam być we śnie.

Ale był też obraz „Balans”, który mnie początkowo nieco zdziwił.

Przedstawiał bowiem całkowite przeciwieństwo.

Była to prawie abstrakcja, ale dało się zauważyć w tym zarys postaci, białą i filigranową przeplecioną z czarną i masywną, ale uzupełniało się tak absolutnie, że od razu zrozumiałam, co Alex chciał mi powiedzieć.

Balans to harmonia, ale nie koniecznie dwie części tego samego.

Yin i yang.

Wystawa miała być za dwa miesiące i Alex obiecał jeszcze dwa obrazy z naszej podroży, ale nie chciał mi powiedzieć, co na nich będzie.

To miała być kolejna niespodzianka.

A ja kochałam niespodzianki, jakie robił mi mój mąż.

*****

Cztery miesiące później

Czekaliśmy z Alex’em w poczekalni na badanie USG, a ja aż podskakiwałam na krzesełku ze zdenerwowania.

Dwa miesiące temu, kiedy nie nadeszła kolejna miesiączka, zrobiłam nieśmiało test ciążowy i popłakałam się ze szczęścia na widok dwóch przecinających się, różowych kreseczek stanowiących mój plus.

No kto by pomyślał, że taka głupotka może dać tyle radości.

Alex był wtedy w pracy na nocnej zmianie i nie powinnam była mu przeszkadzać (dlatego zrobiłam test pod jego nieobecność), ale nie mogłam się powstrzymać, zrobiłam zdjęcie plusika i mu je wysłałam.

Zrobiłam to w oszołomieniu bez wyjaśnienia, więc, oczywiście, pierwszym pytaniem minutę później było Co to?

Skoro płakałam ze szczęścia w łazience i nie usłyszałam sygnału SMS’a, więc zadzwonił następną minutę później, zaniepokojony tym, co mi się mogło stać i mogłam mu to wyjaśnić osobiście.

Siąkając nosem do telefonu i jąkając się.

A potem oniemiał, jak sądziłam, ze szczęścia.

Na dobre dwie minuty.

Zanim wyszeptał - Nie płacz, kochanie. Wszystko będzie dobrze.

A ja się roześmiałam.

- Wiem, głuptasie - wychrypiałam do słuchawki - To ze szczęścia.

No i zaczął się ze mnie śmiać.

Oczywiście.

Ale przecież wiedział, że jego żona to wariatka (chociaż nigdy w życiu nie pozwoliłby mi tak tego nazwać).

A potem…

Byliśmy razem u mojego lekarza ginekologa, który potwierdził ciążę i polecił nam szkołę rodzenia.

Poinformowałam wszystkie swoje przyjaciółki, powiedzieliśmy o tym Mamie Juliet, Marii, Vito (i przez niego Lanie) o wiele za wcześnie, niezgodnie ze zwyczajem, bo jak byłam jeszcze w drugim miesiącu ciąży.

Zaraz po wyjściu od lekarza.

Nie mogłam się opanować, a Alex dał mi to.

Za to teraz mieliśmy wreszcie po raz pierwszy zobaczyć nasze maleństwo na obrazie USG, bo nie byłam na żadnym badaniu po tamtym pierwszym.

Poprosiłam o USG 3D i zdjęcie maluszka, żebym mogła pokazywać je wszystkim bliskim i przyjaciołom.

Przyszedł mój lekarz, wskazał mi pokój, w którym miałam się przygotować do badania, pielęgniarka mi pomogła, a kiedy po badaniu ubrałam się i położyłam się na leżance, przyszedł Alex i wreszcie miałam mieć USG.

Zamarłam.

Głowica trzymana przez lekarza ślizgała się po żelu na moim brzuchu, a lekarz wpatrywał się w obraz 3D na monitorze z takim skupieniem, że się przestraszyłam.

Alex trzymał mnie za rękę i poczułam, jak zacisnął palce na moich, więc wiedziałam, że i on się przestraszył.

- Hmmm - wymamrotał lekarz, odwrócił się do mnie i uśmiechnął się - Nie wiem, czy to państwa ucieszy…

- Co? - prawie krzyknęłam ze zdenerwowania.

- Spokojnie - lekarz dopiero wtedy dostrzegł, że byliśmy oboje z Alex’em spięci do granic niemożliwości - Wygląda na to, że to ciąża mnoga.

- Co? - wydusił Alex, a ja spojrzałam na niego z otwartymi z oszołomienia ustami.

Bliźniaki?

- Proszę spojrzeć tu - lekarz zaczął pokazywać nam na ekranie jakieś cienie i wypukłości - …to jest jedna główka i rączka… - przesunął palcem - tu jest druga… - i nie skończył, tylko przesuwał dalej - …a tu trzecia.

Trzecia?

Trojaczki?

O, kurwa!

Skarciłam się w myślach, bo, chociaż nie na głos, ale właśnie przeklęłam przy moich dzieciach.

Dzieciach!

W liczbie mnogiej.

Spojrzałam na mojego kompletnie oszołomionego męża i zaczęłam się chichotać na widok jego miny.

- Wygląda na to - powiedziałam przez swój śmiech - że moje ciało chce nadrobić stracony czas.

Alex wreszcie się ocknął i spojrzał na mnie z uśmiechem.

- Tak - wymamrotał - …wygląda na to - i pochylił się nade mną, żeby mnie pocałować.

Z otwartymi ustami, językiem się wsuwającym między moje wargi, powoli, ale wcale nie delikatnie.

Lekarz chrząknął znacząco.

Oderwaliśmy się od siebie.

- Przyjmuję to za znak, że się cieszycie - powiedział jakby do siebie.

- Tak - powiedziałam szczęśliwa, kiedy spojrzałam na niego.

- Tak - mruknął Alex, brzmiąc na tak samo szczęśliwego.

*****

Cztery miesiące później

Byłam jak balon i właśnie pękałam.

Wiedzieliśmy, że poród będzie wcześniej, byliśmy na to przygotowani i w szkole rodzenia poznałam różne możliwe scenariusze tego wydarzenia.

Nadal ten rodzaj bólu czułam po raz pierwszy i przekleństwa od godziny nie chciały przestać płynąć mi z ust.

Nie mogłam ich powstrzymać.

Alex był ze mną i nasłuchał się za wszystkie czasy.

Szczęśliwie nie przyjmował tego do siebie, a jeśli nawet miałby to zrobić, był zbyt przejęty oczekiwaniem na nasze dzieci.

Lekarz zalecał cesarskie cięcie nieco przed terminem pojedynczej ciąży i Eva nam powiedziała, czego moglibyśmy się spodziewać, bo ona tak właśnie urodziła Davie’go.

Ale nasze dzieci nie poczekały na wyznaczony termin.

Chciały pokazać się nam dwa dni wcześniej.

Niecierpliwe.

Niewiele, ale Alex się zdenerwował, a ja wstrzymywałam parcie, zagryzałam zęby i przeklinałam z bólu.

Alex przywiózł mnie do szpitala moim Raptorem, co było dla niego wielkim poświęceniem, ale chwilowo nie byłam w stanie tego docenić.

Czekaliśmy niezbyt długo.

Wreszcie sama (bez Alexa) trafiłam na salę operacyjną, anestezjolog dał mi znieczulenie i dolną część mojego ciała schowano za parawanem.

Następnym, co zobaczyłam, były trzy - jeden po drugim czarne łebki, czerwone twarzyczki i, hmmm, cóż, olbrzymie, jak na takie małe ciałko, jądra, a potem usłyszałam krzyk.

Dwie córeczki i synek.

Wszyscy trafili do inkubatorów i zabrano ich do sali noworodków, gdzie przez szybę mogli je zobaczyć Alex, Mama Juliet, Maria i nasi przyjaciele.

Cały tłum.

Ja zostałam zawieziona na salę pooperacyjną, gdzie, zmęczona i oszołomiona lekami, zasnęłam.

Kiedy obudziłam się dwie godziny później, przewieźli mnie do pokoju, gdzie czekał już na mnie mój mąż i ogromne bukiety kwiatów.

Ale pierwszym pytaniem, jakie zadałam, było:

- Dobudujemy do naszego domu kolejne pokoje dla naszych dzieci?

Alex zachichotał, pochylił się i pocałował mnie.

- Może najpierw niech wyjdą z tego szpitala? - zapytał mnie, a ja po krótkim namyśle przytaknęłam.

Mogłam z tym poczekać te kilka dni.

Nawet, jeśli nie mogłam się doczekać, żeby wziąć nasze dzieci w ramiona.

Całą trójkę.

*****

Ponad rok później

- Hej, Eva - powiedziałam do telefonu, kiedy moja przyjaciółka zadzwoniła, żeby zaprosić nas na kolejne urodziny jej najmłodszego synka.

Imprezy u Evy i Jimmy’ego były najlepsze.

A ja byłam właśnie świeżo po urodzeniu bliźniaków, więc zostałam zwolniona od wszelkiej pomocy przy organizacji tego konkretnego święta.

 Obchodziłyśmy wszystkie urodziny naszych dzieci razem, wymieniałyśmy się opieką, odwiedzałyśmy się przy innych okazjach.

Chociaż, oczywiście, starałam się nie obarczać ich naszym licznym i żywiołowym potomstwem.

Miałam pomoc Mamy Juliet i Marii, więc nie byłam pozostawiona sama nawet w te dni, kiedy Alex szedł do pracy, a lubiłam ruchliwość naszych dzieci, więc nie narzekałam na nich.

Nigdy.

Ellena Sophia, na którą mówiliśmy Lella, była z nich najsilniejsza, ale to Julia Eva, czyli Jules, była najtrudniejsza do utrzymania.

Jej małe ciałko wydawało się nie mieć kości, tak była giętka i elastyczna.

Xander, czyli Alexander Romulus, był z nich najspokojniejszy, chociaż najbardziej uparty.

Dążył do celu jak czołg.

Nasi dwaj najmłodsi synowie jeszcze nie dawali się we znaki, bo spali, szczęśliwi po najedzeniu się.

Oczywiście, że dobudowałam do naszego domu trzy kolejne pokoje z osobnym korytarzem i z łazienkami.

Znalazłam sposób na dobudowę następnych, jeśli będzie trzeba.

Oczywiście, że sprzedałam Raptora, który i tak nie był mi już potrzebny, a kupiłam (kupiliśmy) siedmio miejscowego Forda Equator’a.

I to jeszcze zanim dowiedziałam się, że znowu jestem w ciąży, a na pewno, zanim okazało się, że znowu jest to ciąża mnoga.

Wydawało się, że jest to moje błogosławieństwo i przekleństwo.

Że będziemy mieli z Alex’em dużo dzieci, ale wszystkie urodzą się prawie równocześnie.

Rozmawiałam z przyjaciółką przez głośnik, siedząc-leżąc w fotelu i przytulając na ramionach obu moich miesięcznych synków, żeby im się odbiło, po nakarmieniu ich, bo, dzięki Bogu, nie potrzebowali pobytu w inkubatorach aż tak długo, jak trojaczki rok wcześniej.

Dwa dni temu wróciliśmy wszyscy do domu.

W ostatnich miesiącach ciąży dokończyłam również nowy dom dla Maggie i Davida, bo ich poprzedni zrobił się zbyt mały, skoro Maggie miała niedługo urodzić ich trzecie dziecko.

Kupili działkę budowlaną na Upper Avenues i tam zbudowałam im taki dom, który był rozległy, ale nadal był Domem Babci.

Taki klimat chcieli oboje w nim zachować, więc taki dla nich zrobiłam.

Z tapetami, serwetkami, licznymi ramkami ze zdjęciami itp.

Podobał mi się.

W życiu każdej z nas było coś nowego.

Alex chciał zrezygnować z pracy w straży.

Nie lubiłam tego, ale nie naciskałam.

Bardziej lubiłam, jak pracował w domu, malował kolejne obrazy, spełniając się w uwalnianiu natchnienia.

Może przyszedł czas na kolejny krok naprzód w życiu również naszej rodziny.

Życie toczyło się dalej i nie było w nim niczego bardzo złego.

Najwyżej drobne chmurki.

Ale takie właśnie jest życie.

I tak najważniejsze było to, że ja i mój mąż ciągle i ciągle rozmawialiśmy ze sobą zawsze i o wszystkim.


 

 

#####

 

Wszystkie nazwiska, postacie i zdarzenia są fikcją, wytworem wyobraźni autorki.

Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń lub osób, żywych lub zmarłych, jest przypadkowe.

 

#####

 

Przewiduję kontynuację dla Was tej serii.


 https://monique-romans-24.blogspot.com/ 

#####

dziękuję

Monique.1.b

 

https://www.paypal.com/paypalme/Monique1b?country.x=PL&locale.x=pl_PL

 

 

 

7 komentarzy: