środa, 11 maja 2022

19 - Nie zostawiaj mnie

 

Rozdział 19

Nie zostawiaj mnie

Sophie

 

 

 

 

O, Boże kochany!

Kiedy zobaczyłam błysk i usłyszałam ogłuszający huk wystrzału, byłam pewna, że nic nie mogę zrobić, że nie zdążę, zaraz oberwę, ale i tak odruchowo się cofnęłam w bok i tyłem do ściany.

W tej samej chwili do studio wtargnęli głośni, czarni faceci, a Alex rzucił się całym ciałem na mnie.

Całym!

Ciałem!

Na mnie!

Przewróciliśmy się i uderzyłam krzyżem o ścianę.

Zabolało.

Stęknęłam.

A potem byliśmy na podłodze.

Ja na tyłku.

Nie myślałam.

Alex leżał częściowo na mnie, a ja trzymałam się go, oburącz kurczowo obejmując od tyłu jego żebra i nagle dotarło do mnie, że się nie poruszał.

Nie poruszał się!

- Alex - szepnęłam z przerażeniem i starałam się przesunąć dłonie na jego ciele, wyprostować pod nim nogi.

Zrobić cokolwiek.

Poczułam ciepłą wilgoć.

Moja dłoń na jego boku była mokra i lepka.

Wilgoć rozpływała się szybko, nasączając nasze ubrania.

Ciało Alexa było ciężkie i nieruchome.

Była silna, ale nadal: on był ciężki i nieruchomy!

- Alex! - krzyknęłam.

Poczułam ruch wokół mnie.

Wielu osób.

Zobaczyłam, że jego oczy są otwarte, pociemniałe i skupione.

Ale nie na mnie.

Na czymś, co czuł, co go…

Bolało?!

Postarałam się mocno, bardzo mocno i z olbrzymim wysiłkiem wreszcie odwróciłam jego ciało na mnie, żeby był całkiem na plecach, wysunęłam spod niego swoje nogi i uklękłam obok niego, starając się delikatnie ułożyć jego głowę na podłodze.

Położyłam go płasko, uklękłam nad nim i zobaczyłam to.

Skoczył przede mnie, plecami zwrócony do mnie, więc kula, która była przeznaczona dla mnie, wbiła się w prawą, dolną część jego klatki piersiowej.

Teraz płynęła stamtąd krew, a kiedy podniosłam na jego żebrach koszulkę, zobaczyłam pęcherzyki powietrza, tworzące czerwone banieczki, pojawiające się w ranie przy każdym jego wdechu.

Słyszalnym wdechu.

Bolesnym, wysilonym wdechu.

O, Boże!

Położyłam tam płaską dłoń i nacisnęłam.

- Sophie - szepnął na wydechu.

Rozpacz i bezsilność wręcz mnie rozrywały.

- Alex! - wrzasnęłam znowu cholernie głośno i bardziej niż bardzo rozpaczliwie i wreszcie ktoś to zauważył.

Poczułam czyjeś pieprzone ręce na sobie.

Złapali mnie za ramiona.

Nie pozwoliłam sobą poruszyć.

Przycisnęłam mocniej płaską dłoń do żeber Alexa, żeby zatkać tę cholerną dziurę i spojrzałam w jego piękne, zielone oczy.

- Nie, nie, nie, nie! - jęczałam błagalnie.

Tak cholernie bezsilna.

- Sophie - usłyszałam głos Davida - Pozwól nam się nim zająć.

Podniosłam głowę.

Byli tam pieprzeni ratownicy.

Wreszcie!

Odsunęłam się na kolanach w stronę głowy Alexa, a właściwie odpełzłam i nie patrzyłam, co robili przy jego ranie.

Musieli zrobić to, co robili.

Znali się na tym.

Mieli go uratować.

Patrzyłam w oczy Alexa.

Chciałam tylko, żeby Alex był ze mną.

I nie umiałam zrobić nic, by zatkać tę cholerną dziurę.

Klęczałam przy jego głowie, nieco z tyłu.

Trzymałam jego głowę dłońmi w jego włosach.

Twarzą blisko jego twarzy.

Patrzył tylko na mnie, ale jego oczy były nieprzytomne.

Zaczął je zamykać.

Alex!

Narastał we mnie skowyt.

- Nie zostawiaj mnie - jęknęłam - Nie odchodź!

Odsunęli mnie, upadłam na tyłek i patrzyłam, a potem wstałam, na kolana, później na proste nogi, żeby iść za nimi, dokądkolwiek by poszli.

Nie widziałam nic więcej.

Nikogo.

Nie obchodziło mnie nic.

Tylko Alex.

Nie mogli zabrać Alexa ode mnie!

Zabrali go na nosze, podnieśli, a potem poszli do drzwi.

Ktoś próbował mnie zatrzymać, ale odepchnęłam go.

Musiałam iść za Alex’em.

Nie mogli go ode mnie zabrać.

Alex nigdy by mnie nie zostawił.

Nie dałby się odepchnąć.

Nie odszedłby.

Nie, nie, nie, nie!

Wsiedliśmy do karetki, słyszałam, że David coś komuś tłumaczył, ale nie obchodziło nie to.

Byłam z Alex’em.

Moim Alex’em.

I czułam, jak powoli umierałam od środka.

*****

David

Dwie godziny później

Gówno!

David dotarł do pieprzonego szpitala po załatwieniu cholernie wielu pieprzonych formalności.

Cholernie upierdliwych i długich formalności, których ni za cholerę nie chciała przełożyć ani pieprzona policja, ani jebane FBI.

Kurwa!

Zostawił swojego Grand Cherokee na pieprzonym przyszpitalnym parkingu i wszedł szybkim, pewnym krokiem wprost na cholerny SOR.

Klął w myślach, wściekły na cały świat.

Kurewsko wściekły!

Martwił się o Sophie i o Alexa.

Ale również o swoją kobietę.

Nie mógł wcześniej zadzwonić do Maggie, bo nie wiedział, do którego szpitala ich zabrali, więc nie wiedział, co miałby jej powiedzieć.

Chociaż wiedział, że czekała na informację.

Kiedy już się dowiedział, dokąd ma jechać, postanowił najpierw sam pojechać i sprawdzić, czego potrzebują.

Głównie Sophie.

W ostatnich tygodniach przeżyła naprawdę dużo.

Za dużo jak na jedną kobietę.

A jego Maggie wiedziała o wszystkim i, chociaż żyła głównie ich ślubem, martwiła się o swoją przyjaciółkę.

Kiedy wszedł na korytarz Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, zobaczył, że zostawiono Sophie samą sobie.

Kurwa!

Siedziała samotnie na podłodze na korytarzu tuż przy samych drzwiach wejściowych na blok operacyjny.

Głowę opierała o dłonie wbite we włosy, a ręce, zgięte w łokciach, trzymała na kolanach i kuliła ramiona.

Miała nadal na sobie to samo ubranie i nie była umyta.

Cholera jasna!

Poszedł zdecydowanie w jej kierunku, patrząc tylko na nią, a wtedy z boku podeszła do niego pielęgniarka.

Zatrzymał się.

- Zna ją pan? - spytała cicho, wskazując głową Sophie.

- Tak - mruknął David.

 - Nie pozwala nam się dotknąć - wyjaśniła - Nie chce stamtąd odejść nawet na sekundę. Nie chce się ani umyć, ani przebrać. Nie mogliśmy jej zbadać. Może spróbuje ją pan przekonać. Może panu się uda.

David skinął głową i podszedł do Sophie.

- Yo - mruknął cicho, siadając na podłodze obok niej, a wtedy podniosła głowę i półprzytomnie spojrzała w jego stronę.

Nie odpowiedziała.

Miała na sobie tę samą koszulkę, która nasiąkła krwią Alexa, takie same, nasiąknięte krwią dżinsy i brudne buty.

David później dowiedział się, że zabrali do wyrzucenia jej całkiem zakrwawioną kurtkę.

Jej brudna torebka leżała na podłodze obok niej.

Włosy miała w nieładzie, a dłonie i twarz miała brudne od zaschniętej krwi.

Kiedy na niego patrzyła, widział czystą rozpacz.

Pieprzyć go!

- David - jęknęła w końcu.

A potem szepnęła z rozpaczą - On nie może odejść. Nie zostawi mnie.

Z jej oczu znowu popłynęły łzy, a David wiedział, że to nie pierwsze.

- Sophie - powiedział delikatnie - zadzwonię do Maggie…

- Nie! - przerwała mu szybko prawie krzykiem - Ona myśli o waszym ślubie. Nie możesz jej psuć wspomnień tych dni. Musi być szczęśliwa.

Jak ona mogła w takiej chwili myśleć o Maggie i jej szczęśliwych wspomnieniach, tego David nie wiedział.

Wiedział tylko, że te kobiety właśnie takie były.

Jego kobieta też.

Myślały o innych.

Dlatego David wątpił, by Maggie mogło cokolwiek bardziej zepsuć wspomnienie tych dni, niż świadomość faktu, że porzuciła przyjaciółkę w potrzebie.

- To może Alice? - spytał David, bo Sophie potrzebowała kogoś, a wiedział, że te kobiety czynnie pomagały sobie wzajemnie.

Zresztą wiedział, że Maggie da mu do wiwatu za to, że nie zadzwonił do niej i nie powiedział jej, dokąd miałaby przyjechać.

- Tak, może… - szepnęła zrezygnowana Sophie.

Jak martwa.

Musiał coś zrobić.

- Sophie - David zwrócił się do niej przodem - Alex będzie potrzebował twojej siły, kiedy się skończy operacja.

- Będzie? - szepnęła.

Skinął głową.

Pieprzyć go, na twarzy Sophie zaświtała taka nadzieja na jego słowa, że kopnął się w swój cholerny tyłek w myślach za to, że nie powiedział tego wcześniej.

- Musisz się umyć i przebrać - dodał.

- Tak - Sophie powiedziała trochę głośniej.

David zobaczył w jej oczach cień tej Sophie, którą znał.

- Tak, masz rację. Tak, tak - powiedziała gorączkowo, wyprostowała się lekko, przełknęła i spojrzała na swoje dłonie.

- Ale nie mam w co się przebrać - zmartwiła się.

- Załatwię coś na szybko, a potem Alice przywiezie ci jakiś sweter - zaproponował David - Tak?

- Tak - powiedziała Sophie.

A potem od razu wstała, rozgorączkowana, spiesząca się, żeby skierować się do pokoju pielęgniarek i szybko wrócić na posterunek, a kiedy David wstał za nią, odwróciła się do niego, spojrzała mu prosto w oczy.

 - Myślisz, że będzie dobrze? - wyszeptała prawie błagalnie.

Złapała go przy tym lekko za przedramię.

- Tak, Sophie - powiedział do niej z pewnością w głosie - Będzie dobrze.

I musiało być.

Wierzył w to i Sophie zobaczyła tę wiarę w jego oczach, bo skinęła mu lekko głową, zanim poszła dalej.

*****

Sophie

Godzinę później

Kiedy skończyła się operacja, lekarz wyszedł do nas i powiedział, że wyjęli mu kulę z płuc, stan Alexa został ustabilizowany, ale stracił dużo krwi i trzeba czekać, aż się okaże...

Wcześniej umyłam się, ubrałam w szpitalną koszulkę (chyba pielęgniarki, taką jednorazową, ale to nie było ważne).

Moją koszulkę i stanik pielęgniarka zabrała do wyrzucenia, podobnie jak wcześniej kurtkę.

Nie wiedziałam, co zrobić z torebką, bo ją potrzebowałam, ale pielęgniarka dała mi foliową torbę, żebym mogła ją na razie schować.

Spodnie lekko zaprałam, więc schły na mnie.

Kiedy myłam ręce i twarz, myślałam tylko o tym, że to krew Alexa.

Alex mnie uratował.

Alex mnie uratował.

Zasłonił mnie przed kulą.

Później przyjechała Alice z Eddiem i przywiozła mi swój sweter.

Ubrałam się w niego, nie oglądając.

Był czysty, ciepły i wygodny.

I mogłam się w nim pokazać Alexowi, kiedy tylko by się obudził.

Kiedy się obudzi.

Jedynie to było ważne.

Czekałam.

Żeby Alex się obudził.

Obudzi się!

Alice przywiozła mi również kawę w kubku termicznym i coś do jedzenia.

Kawę przyjęłam z wdzięcznością, ale nie mogłam jeść.

Objęła mnie ramieniem i tak siedziałyśmy przy sobie w poczekalni SOR.

Nie byłam sama.

Zawsze dotąd byłam sama.

Potem przyjechali inni.

Wspierali mnie.

Nas.

I to było piękne.

Nie pogrążałam się cały czas w czarnych myślach, nie miałam czasu na poddawanie się.

Miałam na kim się oprzeć.

Pomyślałam, że powinnam zadzwonić do Mamy Juliet, ale nie chciałam jej denerwować, dopóki nie było nic wiadomo, dopóki trwała operacja.

Potem, kiedy lekarz wyszedł i powiedział mi, że mogę iść do Alexa, zadzwoniłam i ostrożnie powiedziałam jej tylko tyle, że Alex został ranny i żeby przyjechała do szpitala.

Żeby wiedziała.

A potem, nie oglądając się na nikogo, poszłam do mojego Alexa.

Kazali mi umyć ręce mydłem dezynfekującym, założyć jednorazowy fartuch i foliowe ochraniacze na buty.

Zrobiłam to niecierpliwie.

Kiedy weszłam do pokoju, w którym leżał, zobaczyłam jego szczupłe, wysportowane ciało ukryte pod cienką kołdrą i bandażami, a jego twarz pod rurkami z tlenem.

W gardle miał grubą rurę, która tłoczyła mu powietrze do płuc.

O, Boże!

Gdzieś tam, pod tym wszystkim, był mój Alex.

Maszyna oddychała za niego?

Nie chciałam o tym myśleć.

Nadal miałam nadzieję, którą dał mi David.

Pielęgniarka pozwoliła mi usiąść na krześle obok łóżka i wziąć w dłoń jego lewą rękę, bo prawą miał podłączoną do wenflonu.

- Dziękuję - szepnęłam do niej z uczuciem, ale nie spojrzałam na nią.

Usiadłam, pochyliłam się w stronę tego cholernego łóżka z moim ukochanym i ujęłam jego dłoń w obie ręce.

- Hej - szepnęłam - Jestem tu.

Milczał, ale nie oczekiwałam odpowiedzi.

Najważniejsze było to, że walczył.

Był ze mną i chciał być.

- Wszyscy tu są - mówiłam mu - Wszyscy. Nasi przyjaciele. Twoi kumple z pracy, wszystkie kobiety. To przyjaciele, których mi dałeś. Wspierają nas. Są tutaj dla nas. Olgierd specjalnie zmienił grafik i zamienił się z inną jednostką.

Wzięłam urywany, głęboki wdech.

- David zajął się naszymi samochodami - opowiadałam - Zabrał je spod studio. Poprosiłam, żeby twojego Mustanga zaprowadził do naszego domu. Dałam mu pilota i kod do alarmu, więc wstawił go do naszego garażu. Będzie tam na ciebie czekał.

Pocałowałam jego palce w mojej dłoni.

- Mój Raptor stoi tu, na przyszpitalnym parkingu - ciągnęłam dalej - więc będę mogła szybko pojechać do domu albo do sklepu, jeśli będziesz cokolwiek potrzebował. Jak tylko się obudzisz, przywiozę ci twoją koszulkę, żebyś nie musiał spać nago, bo wszystkie pielęgniarki ślinią się na widok twojej super klaty.

Poczułam łzy spływające mi z oczu, ale nie wytarłam ich.

- Zadzwoniłam przed chwilą do twojej mamy - kontynuowałam cichym głosem - Jak tylko przyjedzie, to przyjdzie tu do ciebie. Nie chciałam jej denerwować, więc nie wie, jak wyglądasz. Mógłbyś się obudzić, żeby jej nie przestraszyć.

Zacisnęłam zęby, bo poczułam nagły szloch wyrywający mi się z gardła.

Przycisnęłam czoło do jego palców i tak trwałam, dopóki się nie uspokoiłam.

A wtedy zaczęłam mówić dalej.

Mówiłam wszystko.

Musiałam mówić.

O wszystkim.

O naszym domu, o naszych planach, o sukience na ślub Maggie i Davida, o tym, co myślałam o jego obrazach, o moich projektach.

Wszystko to, co mi przychodziło na myśl.

Nie zastanawiając się.

Żeby mieć Alexa bliżej siebie.

Żeby wiedział, że byłam z nim, dla niego.

Paplałam.

Mówiłam tak nawet wtedy, kiedy poczułam, że za mną cicho otworzyły się drzwi i ktoś wszedł.

Przestałam mówić dopiero wtedy, kiedy poczułam dłoń na ramieniu.

Odwróciłam głowę i zobaczyłam mamę Alexa.

Wstałam ostrożnie, odwróciłam się do niej i znalazłam się w jej ramionach.

Kochających, czułych objęciach mamy.

Omójbosze!

Zamrugałam gwałtownie, żeby powstrzymać kolejne łzy.

O, Boże!

Kochałam ją.

- Jesteś tu już ponad godzinę - powiedziała do mnie cicho, a ja się zdziwiłam, bo czas upłynął mi tak, że nie zauważyłam tego.

Spojrzałam niepewnie na Alexa, leżącego nieruchomo na łóżku.

- Posiedzę z nim - powiedziała Juliet - Idź odpocząć. Napij się czegoś, zjedz, idź do łazienki.

Pomyślałam, że martwiła się o mnie, ale też chciała pobyć sama z Alex’em.

Musiałam jej to dać, nawet, jeśli bardzo, bardzo nie chciałam wychodzić.

Spojrzałam na nią, zagryzłam bok wargi i uśmiechnęłam się niepewnie.

Skinęłam głową i odsunęłam się na bok, żeby mogła usiąść na krzesełku, które wcześniej zajmowałam.

A potem wyszłam do poczekalni.

Kiedy weszłam z korytarza szpitalnego do poczekalni SOR przystanęłam oszołomiona tłumem, jaki tam był.

Wzruszenie ścisnęło mnie za gardło.

Byli tam wszyscy.

Naprawdę wszyscy!

Nie było Evy, ale wiedziałam, że nie zostawiłaby dzieci.

Tym bardziej, że był tam Jimmy.

Była nawet Sonija, która nie wyglądała na głośną.

Ani trochę.

Ale byli wszyscy strażacy z ich jednostki, nawet ci, których jeszcze nie poznałam (widziałam ich tylko raz na jakiejś imprezie).

Olgierda, ich kapitana, poznałam kiedyś przelotnie, więc skinęłam mu głową, a stojącej obok niego kobiety nie znałam w ogóle.

Była to szczupła brunetka o łagodnych, brązowych oczach, mojego wzrostu lub nieco niższa, ale nie podeszłam żeby się przedstawić.

Wyglądało na to, że byli razem, ale nie miałam do tego głowy.

Chciałam być bliżej moich przyjaciółek.

Podeszłam najpierw do Alice i Maggie, które stały blisko siebie, oparte o swoich mężczyzn.

Zobaczyłam, że Sonija ruszyła w moją stronę.

- Hej, kochanie - Maggie wyciągnęła do mnie rękę.

- Jak się masz? - spytała jednocześnie Alice.

- Dobrze - powiedziałam cicho do nich i uścisnęłam obie ich dłonie, które do mnie wyciągnęły.

Poczułam ciepły, krótki uścisk dłoni Soniji na ramieniu, więc odwróciłam się lekko i wykrzywiłam w półuśmiechu.

- Potrzebujesz czegoś? - spytała Maggie.

- Przyniosę ci kawę - usłyszałam z boku i spojrzałam, a tam, blisko nas, stali Alek i Sam, a Alek przywitał się krótkim machnięciem dłoni, od razu odwrócił się i wyszedł z sali.

- Dzięki - powiedziałam jeszcze do jego pleców, a potem przyznałam cicho i niechętnie - Zjadłabym coś.

- Mam dla ciebie kanapkę - powiedziała Alice.

- Okej, dzięki - powiedziałam i odsunęłam się od nich na krok, znowu niechętnie przyznając - Muszę iść do toalety.

Zobaczyłam kilka kiwających głów, a potem pobiegłam do ubikacji, żeby jak najkrócej być z dala od pokoju, w którym był mój Alex.

Kiedy wróciłam, Alek dał mi do ręki plastikowy kubek z (wstrętną) kawą z maszyny, Alice dała mi kanapkę i usiadłam na krzesełku obok niej, żeby wzmocnić się dla Alexa.

Potrzebowałam mieć dużo siły.

Mógł tam być przez całą noc.

Gapiłam się w podłogę i żułam.

Jednak, kiedy jadłam (coraz wolniej) dotarło do mnie, że jesteśmy na SOR, Alex jest nieprzytomny i czekaliśmy, żeby się okazało, czy będzie dobrze.

Zadławiłam się kęsem kanapki, kiedy łzy zatkały mi nos.

Przełknęłam, wciągnęłam to i popiłam kawą, nie patrząc na nikogo.

Ugryzłam znowu moją kanapkę i żułam mozolnie, bez przekonania, kiedy dziewczyny zbliżyły się do mnie.

Zauważyły.

- Sophie - usłyszałam głos Maggie i podniosłam zamglony wzrok, który dotąd uparcie wbijałam w podłogę.

Alice położyła mi rękę na kolanie.

I była tam Eva, która powinna być w domu z dziećmi.

- Nie jesteś sama - powiedziała cicho Eva.

- Alex jest silny i nie zostawi cię - powiedziała Alice.

- Pamiętasz, jak miałaś złamaną rękę - usłyszałam głos Eddiego i podniosłam głowę, żeby zobaczyć, że stał nad nami - Byliśmy u ciebie na rozmowie z White’m.

Skinęłam głową.

- Alex powiedział wtedy, że zostanie z tobą - przypomniał mi Eddie i znowu kiwnęłam głową - Ten facet wyglądał, jak ktoś, kto zamierzał dotrzymać słowa.

Rozluźniłam się nieco, chociaż od tego czasu między nami bywało różnie.

Ale wiedziałam, co chciał mi powiedzieć Eddie i byłam mu wdzięczna.

Więc ponownie skinęłam głową.

- Znam Alexa dłużej niż ty - powiedziała mi Eva, a ja przytaknęłam, kiedy złapałam jej wzrok, chociaż mogła się mylić, bo nie wiedziała wszystkiego - …początkowo, te ponad dwa lata temu, myślałam, że jest trzpiotowatym podrywaczem, chociaż czułam w nim jakąś desperację. Jakby maskował samotność. Kiedy Jimmy miał swój wypadek, dowiedziałam się, jaki Alex jest naprawdę.

Zatrzymałam oddech i zagapiłam na nią, bo Eva zawsze potrafiła celnie dostrzec różne rzeczy w ludziach, ale nigdy nie mówiła o tym.

Nie, jeśli nie było potrzeby.

- Pomagał mi. Oni wszyscy pomagali, ale wiesz, co chcę powiedzieć - powiedziała Eva - Alex był troskliwy, opiekuńczy. Wobec ciebie też taki jest. Zawsze jest. Zawsze będzie. Nie opuści cię. Nie zostawi cię. Nigdy.

Nie zostawi mnie.

Skinęłam znowu głową, tym razem prawie z uśmiechem.

I wzięłam kolejny kęs kanapki do ust.

Tym razem prawie z apetytem.

O, Boże!

Jak dobrze było mieć przyjaciółki.

Dzięki Alexowi.

*****

Alex

Jakiś czas później

Alex poczuł się dziwnie.

Odzyskiwał świadomość, budził się, ale nie ze snu.

Nic go nie bolało.

Tak właściwie to niewiele czuł.

Był w dziwnym, nie znanym mu miejscu i wszystko, nawet powieki miał strasznie ciężkie, a dookoła niego szumiało i pikało kilka urządzeń, których nie rozpoznawał.

Próbował otworzyć oczy, ale robił to powoli, jakby spał przez lata.

Spróbował przełknąć i poczuł coś w gardle, co go dusiło.

Najpierw spanikował.

Jednocześnie poczuł, że oddychał.

Więc się uspokoił.

Próbował podnieść rękę.

- Alex! - usłyszał szept Sophie.

Chryste, Sophie!

Jej głos był wypełniony ulgą, łzami i uczuciem.

Jego Sophie.

Udało mu się otworzyć oczy, więc zobaczył ją przy łóżku.

Szpitalnym łóżku, na którym leżał bez koszulki, okryty cienką kołdrą, pod którą, jak czuł, nie miał bielizny.

Chryste, jaka ona była piękna!

Spróbował znowu podnieść rękę do ust, w których coś mu przeszkadzało.

Przytrzymała go; poczuł, że to jej palce obejmowały go cały czas.

- Nie dotykaj - szepnęła nagląco Sophie i dotknęła jego twarzy - Pójdę po lekarza, to ci to wyjmą.

Pochyliła się, pocałowała go w policzek i odeszła.

Dopiero wtedy Alex zobaczył swoją mamę, śpiącą w fotelu, odsuniętym w róg sali i liczne urządzenia, które znał tylko z filmów.

Był w szpitalu.

Przypomniał sobie.

Podpisał dokumenty w studio, dozorca powiedział mu, że dostaną pieniądze za kaucję na konto bankowe przelewem, miał zabrać jeszcze te kilka rzeczy do bagażnika, a dozorca poszedł coś załatwić.

Wyszedł, żeby wystawić stolik na śmietnik, miał wrócić po fotel i wtedy poczuł uderzenie w głowę.

A potem była ciemność.

Aż do chwili, kiedy się ocknął, leżąc pod ścianą w swoim studio, a jakiś facet groził Sophie bronią.

Sophie była w niebezpieczeństwie!

Musiał bronić swojej Sophie.

Więc skoczył.

Akurat wtedy, kiedy tamten strzelił.

Alex pamiętał również hałas wyważanych drzwi, twarz Davida, kiedy kumpel pochylał się nad nimi, dziwne gniecenie w klatce piersiowej podczas każdego wdechu i słowa Sophie.

Nie zostawiaj mnie.

Przyszła Sophie, a z nią lekarz z pielęgniarką.

Alex zobaczył, że Sophie podeszła do jego mamy, obudziła ją i obie patrzyły, jak lekarz wyjmował pewnym ruchem rurkę z jego gardła na hasło - Wydech.

Mało przyjemne.

Zakasłał.

Pielęgniarka podała mu plastikowy kubek i pozwoliła mu się napić, a lekarz w tym czasie badał go i wypytywał o różne rzeczy.

Alex odpowiadał cicho, chrapliwie i cierpliwie, ale cały czas szukał kontaktu z oczami Sophie i swojej mamy.

Widział tylko radość na ich twarzach.

Dobrze.

Trzymały się za ręce, przytulały się do siebie.

Bardzo dobrze.

Były razem.

- Dobrze - powiedział lekarz na koniec egzaminowania go - Przeniesiemy niedługo pana na inną salę. Będzie pan mógł przyjąć gości.

I uśmiechnął się do Alexa.

Gości?

Lekarz i pielęgniarka wyszli.

Sophie podeszła do niego, a za nią jego mama.

- Kochanie - szepnęła mama.

- Wszyscy tu są - Sophie powiedziała mu coś, o co chciał spytać.

Prawie się uśmiechnął, ale poczuł, że zamykają mu się oczy.

Pomyślał tylko jeszcze, że teraz on chyba też to miał.

To, co mieli jego kumple.

Kogoś, kto się o niego martwił.

- Śpij, kochanie - usłyszał głos Sophie.

- Nie zostawiaj mnie - wymamrotał.

Zasnął, więc nie zobaczył, że zamarła, a potem podniosła dłoń do ust.

Nie zostawiła go.

Ani na chwilę.

*****

Dwa dni później

Alex miał dosyć leżenia.

Powiedzieli mu, że po operacji musi przebywać pięć dni w szpitalu, ale już po dwóch miał dosyć.

Trzeciego cholernie mu się nudziło.

Głównie z braku możliwości ruchu.

Kiedy Sophie pojechała (po wielu namowach Juliet i Alexa) do domu umyć się i przebrać, przyniosła karty, więc grali w Cribbage.

I przekonał się, że miał przyjaciół.

Były u niego kobiety, głównie Eva, ale na krótko przyszły też Maggie i Alice, a nawet Sonija weszła z nimi, ale nie odzywała się.

David przyszedł sam, a potem dołączyła do niego Maggie, ale zdążyli przez chwilę porozmawiać bez niej, więc Alex mógł mu podziękować.

Usłyszał - No, co ty, stary.

Odwiedzili go faceci z pracy z kapitanem na czele, Eddie, Alek i Sam.

Chociaż akurat z dwóch ostatnich Alex się nie ucieszył, ale przyszli głównie do Sophie, bo przynieśli jej sukienkę druhny do przymiarki.

Jedynym plusem było to, że mógł ją w niej zobaczyć.

Minusem było to, że złapał na ten widok głębszy wdech i przypomniał sobie, że miał tego nie robić.

Sukienka była bowiem obcisła i bardziej odsłaniała kształty Sophie niż ją ubierała, więc jego kobieta wyglądała tak gorąco, że Alex prawie cieszył się, że ból przypomniał mu, że nie mogą sobie pozwolić na seks.

Jeszcze na długo musiał o tym zapomnieć.

Miał rehabilitacje, których elementem były ćwiczenia oddechowe, ale nadal czuł przy tym ból.

Przy każdym głębszym wdechu.

Terapeuta, który początkowo przychodził na krótko dwa razy dziennie, pokazywał mu, jak kaszleć, co było zabawne, więc Alex usłyszał, jak Sophie się z tego śmiała.

To kochał.

Tego, że przy tym bolało, nie.

To samo dotyczyło zresztą poruszania się.

Sophie pomagała mu w ćwiczeniach barków, bo chciała się ich nauczyć od terapeuty, żeby mogli to robić sami w domu, po jego wyjściu ze szpitala.

Był tak cholernie niezdarny.

Z pomocą terapeuty Alex zaczął siadać, wstawać przy łóżku, ale na razie na tylko kilka minut.

Zaczął lepiej rozumieć, co czuła Sophie, kiedy nie mogła być samodzielna, kiedy miała złamaną rękę.

Nienawidził tego, że nawet do ubikacji musiał iść z pomocą innych.

Był właśnie u niego terapeuta na ćwiczenia, który przyszedł podczas chwilowej nieobecności Sophie.

Zresztą pół godziny wcześniej, niż miał przyjść.

Alex chciał skorzystać z jego obecności i pójść do toalety.

Przez pół pokoju o (prawie) własnych siłach.

Terapeuta prowadził go pod ramię, asekurował, ale Alex dał radę.

Kiedy korzystał z ubikacji, terapeuta stwierdził, że jeszcze ten jeden raz odwiezie go do łóżka wózkiem.

Więc po niego poszedł.

Alex nie opierał się, bo zakręciło mu się w głowie.

Siedział na sedesie i czekał na tamtego.

A potem, kiedy facet kończył pomagać mu usiąść na wózku, usłyszeli huk przewracanych rzeczy.

Wjechali z toalety do pokoju i zobaczyli Sophie.

Alex chciał się zerwać z wózka, przerażony jej miną, ale nie mógł.

Był tak cholernie słaby.

A Sophie skamieniała stała na środku pokoju, wpatrzona w jego, akurat puste, łóżko, a przed nią leżały rozrzucone kubki z wylaną kawą i pojemniki z rozwalonym jedzeniem.

Jej twarz wyrażała czyste przerażenie i rozpacz.

- Sophie - chrapliwie krzyknął Alex tak głośno, na ile zdołał.

Wreszcie zobaczył, że odwróciła się do niego, a wtedy zaczęła się trząść i przestraszył się, że upadnie.

Wyciągnął do niej ręce.

Nie mógł zrobić nic więcej.

Był taki cholernie bezsilny.

Terapeuta zostawił go i podszedł szybko do Sophie, ale ona odepchnęła go i przez sekundę patrzyła tylko na Alexa, a potem ruszyła w jego stronę.

Szybko.

Upadła na kolana przy jego wózku, zakopała się twarzą w jego nogach, objęła ramionami jego biodra i zaszlochała.

Trwała tak przez krótką chwilę.

Kurwa.

Jakie to było złe uczucie, nie móc wziąć swojej kobiety w ramiona, by pocieszyć ją, podnieść, albo chociażby podtrzymać.

Pieprzona bezsilność.

Za namową terapeuty Sophie pozwoliła położyć Alexa do łóżka, a potem weszła do niego, położyła się wzdłuż niego po jego lewej stronie i trzymała się, dygocząc i szepcząc - przepraszam.

Przez ten czas terapeuta wezwał pielęgniarkę, która chciała podać Sophie środek uspokajający, ale ta nie chciała.

Prosiła tylko, żeby mogła poleżeć tak z nim, na jego łóżku przez kilka minut i co chwilę powtarzała - przepraszam.

Pielęgniarka posprzątała, postawiła na przesuwanym stoliku nędzne resztki jedzenia, które udało jej się uratować, bo jeden pojemnik, szczęśliwie, nie otworzył się, spojrzała jeszcze raz na nich i wyszła.

Dopiero wtedy Alex uścisnął lekko bok Sophie.

- Sophie - poprosił cicho - Porozmawiaj ze mną.

Poczuł, że wzięła głęboki wdech, ale nie odezwała się.

- Księżniczko! - popchnął Alex - Mów do mnie.

Sophie odsunęła lekko twarz od jego szyi, przesunęła dłoń na jego brzuch tam, gdzie był brzeg bandaża, a potem zaczęła mówić.

- Mówiłam ci, że moja mama zmarła na raka - Alex skinął głową, bo mówiła o tym.

Może nie jemu, ale słyszał, bo mówiła przy nim jego mamie.

- Przez trzy miesiące opiekowałam się nią. To znaczy… - Sophie wzięła głębszy wdech i przycisnęła czoło do jego szczęki - Na przykład codziennie rano, po wstaniu, brałam jogurt i szłam do niej, żeby dać jej go na śniadanie.

Alex poczuł jej napięcie, nerwowo przełknęła ślinę, więc zwrócił głowę bardziej w jej stronę.

Przycisnął policzek do jej włosów.

- Pewnego dnia weszłam do jej pokoju, a łóżko było puste - ostatnie słowo Sophie powiedziała w taki sposób, że Alex poczuł to boleśnie w klatce piersiowej, chociaż nie był to ból związany z jego raną - Wynajęta pielęgniarka powiedziała mi, że tata zawiózł ją do szpitala. Pojechałam tam, a potem… - Sophie zakrztusiła się, jakby tłumiła płacz.

Kurwa, nadal to ją bolało.

Po latach.

Nie przeszła żałoby.

- …w szpitalu - ciągnęła Sophie - okazało się, że mama już zmarła. Nie pożegnałam się. Nie zdążyłam się pożegnać.

I to było to.

Po tych słowach zaczęły z jej oczu płynąć łzy nieprzerwanym strumieniem i Alex w końcu usłyszał od niej to, czego już się spodziewał, że ten widok i to uczucie opuszczenia wracało do Sophie, jako koszmar we wszystkie te noce, kiedy budziła się z płaczem.

Takim samym płaczem jak teraz.

- Sophie - powiedział cicho i potrząsnął nią, żałując jak cholera, że nie mógł jej objąć mocniej i przyciągnąć do siebie - Ja nigdzie nie idę. Zostanę z tobą. Nie zostawię cię.

Uniosła się na łokciu, spojrzała na niego, jej wargi się rozchyliły i, pieprzyć go, zapłakana była taka słodka, że chciał ją pocałować.

Ale nie mógł się tak zgiąć.

- Słyszałeś? - szepnęła niedowierzająco.

Patrzył na nią bez słowa, a potem uśmiechnął się lekko.

- Słyszałeś - potwierdziła szeptem.

Nie musiał na to odpowiadać.

- Kocham cię, Księżniczko - powiedział zamiast tego - I nigdzie się nie wybieram.

- Dobrze - szepnęła i pogłaskała całą dłonią jego lewy policzek.

Zostawiła tam rękę, położyła się z powrotem na jego ramieniu i oparła czoło o jego drugi policzek, kiedy uspokajała oddech.

Pomilczeli przez chwilę.

- Kocham cię, Alex - dodała Sophie - Nigdy mnie nie zostawiaj.

- Nie wiem, czy pamiętasz, ale obiecałaś wyjść za mnie za mąż - przypomniał jej poważnym głosem, spoglądając na nią z ukosa.

- Pamiętam - powiedziała, a w jej oczach pojawiła się miękkość.

- A to oznacza, że ty również nigdy nie możesz mnie zostawić - dokończył.

- Dobrze - mruknęła.

Westchnęła z dobrze słyszalną ulgą.

Potem zeszła z jego łóżka, pochyliła się, pocałowała go w usta i skierowała się do zimnych resztek przyniesionego jedzenia.

- Musisz mieć na to wszystko więcej siły - stwierdziła przy tym poważnie.

Alex zaśmiał się cicho, przypominając sobie, że to też było bolesne ćwiczenie oddechowe.

 

2 komentarze: